O tobie, o mnie
Bądź, jakby się miał wysrebrzyć w tobie
biały księżyc. Jakby miał się zająć
zimnym ogniem planet, gwiazd,
galaktyk, czego tam jeszcze.
Czego jeszcze
nie wiesz, ubzduraj sobie
skoro myślisz, że masz czas
badać po omacku każdy sens.
Jakkolwiek
udałoby ci się zdefiniować to,
co nazwiesz czasem,
a czasem nie nazwiesz.
Fizyku, filozofiku, filologiku
bądź jak kot.
Znajdź sobie człowieka,
który cię będzie karmił i głaskał,
którego ty otoczysz futrem.
Dopóki jeszcze.
Narrator
Dopiero martwych ludzi mamy na własność
(Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”)
Nie wiem, jak zacząć. Jak cię wprowadzić
do wiersza, w którym podmiot liryczny
chowa się przed nadmiarem. Chce zapytać,
jak to jest nie być.
Nie słyszeć medialnych wypowiedzi,
na temat aktów geopolitycznych, aktów agresji,
aktów scenicznych, aktów strzelistych,
nagich.
Chce ogłuchoniemieć. Usiąść w galerii
przed obrazem Caravaggia i wyżalić oczy
światłem. Oddać cześć światłu. Oddać mu
część siebie.
Smutną i zalęknioną. Żebyś pamiętał,
jak to jest być.
Najlepszemu z twych żołnierzy
Zdejmij
buty z nóg,
słowa z ust.
Z zastygniętej lawy cnót
odcisk stóp.
Sługom nagich królów strąć
czapki z głów.
Artefakty wzniosłych póz
zostaw tu,
gdzie się nagle robi cicho.
Strzepnij kurz.
Potem przejdź,
przejdź spokojny
przez drewniany próg
w zacieniony chłód.
Z tomiku „Bosy Karmel” (2021)
Wszystkie moje koty
Teraz jest zwyczajnie inaczej, inaczej jak zwykle.
Pani sprzątająca klatkę uśmiecha się do mnie,
a ja przepraszam, że jej zadeptuję mokrą podłogę,
a ona na to: nie szkodzi, wysechnie. Jak ja to lubię,
jak lubię to wysechnie.
I nadal nie pojmuję, że nie ma przy mnie
tych, co umarli. Chociaż wiem, że umarli,
i wiem, że ich nie ma – nie pojmuję. Jak
mogą być i nie być jednocześnie, oni wszyscy.
Wszystkie moje koty Schrödingera.
Teraz jest inaczej. Chyba nadchodzi kolejna śmierć,
której się spodziewam z takim samym zdumieniem,
ale nie przepraszam, że zadeptuję mokre ślady.
Uśmiecham się, przechodząc. Mam w pamięci,
że wysechnie. Wszystka.
Tabu moje
Wiesz, kiedy na pożegnanie objęłam cię czule
zmową milczenia, niespokojne ciało moje
szybko pojęło, że już cię nie będzie
w żadnym moim znaku. Aż do tego lata.
Ach, prawda! – Czy ty w ogóle wiesz, że piszę?
Czy wiesz, że kiedy piszę, jestem
cała w drzewach, cała w szumie,
w świetle mrugającym, w sarnach i zającach?
Wiesz, że kiedy piszę kocham najmocniej?
Wyobrażasz sobie? – Niektórzy nazywają mnie poetką,
a ja im wybaczam, bo nie wiedzą, co czynią.
Dla świętego spokoju mojego ciała i duszy mojej
– wybaczam. I ciebie proszę o to samo.
Z tomiku „Złodziejka głosu” (2016)
Bogi odwrotne
Może zdołamy oddzielić od ciał
czerwone słońca wierszy,
wody gorące, zimne gwiazdy
albo na odwrót.
Dołączymy do siebie górę
i dół świata. Wtedy będziemy
jak linia horyzontu.
Tacy jedni,
tacy pozorni
To wszystko
Przychodzisz do mnie z innego języka
i muszę siebie uprościć, żebyś zrozumiał
choćby tylko tę pierwszą mnie – w dwóch słowach.
Pytasz, jaka jestem.
Przez kilkanaście dni opieraliśmy się na obrazach, może tylko dzieci
bawiły się na dworze, może jeszcze ktoś wyszedł, bo musimy pracować i wtedy
nie zawsze mamy dostęp, poza tym ekran i relacje na gorąco, płoną, w każdym kanale dym i głosy, głosy, a my w tych kanałach, a my tak bardzo blisko, a przecież mówiliśmy, tylko nikt nas nie słuchał, a teraz patrzcie, patrzymy, czerwony
pasek u dołu, płoną nowe relacje na żywo, młody chłopak opuścił ten świat,
mówił, że nie chce umierać, będzie bohaterem, nie ma wyjścia, z każdej sytuacji
jest jakieś wyjście, szukamy wyjścia, szukają, my w obrazach, liczymy, że znajdą, liczymy, że się nie powtórzy scenariusz, o którym wiemy, że może, my naród,
my honor, my ziemia współczująca, obyśmy się mylili, w obrazach siła i moc,
mówią, mówią, działają w tle, żółte paski, niebieskie paski, u dołu ekranu dzieje się,
piękna pani w hełmie w kolorze piasku pustyni, wstrząśnięta, zajmuje pierwszy plan,
kto ciebie, babo, tam posłał z nienagannym makijażem, my chcemy tła, chcemy wiedzieć, co się dzieje w tle, ono jest tak blisko, głosy, głosy, dymy, ogień,
tu naprawdę nie chodzi o miłość, wierność i że nas nie opuszczą, aż do śmierci.
Może jednak mają jakiś plan B. Może mamy. A ja mam to wszystko ująć
w dwóch słowach –
jestem zmęczona.
Taka jestem. Tylko w swoim języku mogę jeszcze cokolwiek zrozumieć.
I po raz pierwszy, tu – w wierszu – ryzykuję wspólnotę. Jakąś zbiorowość.
W obrazach. Od kilku dni mówią, wyciszamy fonię. Patrzymy na paski,
żółte, niebieskie, czerwone. Na chwilę wstajemy, żeby pokroić chleb,
posmarować masłem. Co się z nami stało? Nic. Jesteśmy normalni,
może po raz pierwszy, robimy, co się da, robimy to wszystko
i oszczędzamy krew. Kanały płoną, my tu, w bliskim dymie,
posyłamy dzieci do szkoły.
A ty przychodzisz do mnie z innego języka
i pytasz, co teraz robię.
– Siedzę w fotelu i boję się wojny.
Z tomiku „Łupki” (2013)
***
harpuny słów w gardła mórz
gorzko-słone przelane grogiem
łodzie naszych mów dryfują
– bez żagli
tylko to nas niesie
***
dosłysz to
tyka to wiersz
to dotyka
***
znacz po mnie ślad
pogrub co zapiszę
cienką linią po grób
Z tomiku „Światło” (2012)
do żet
Żulietto moja ty spolszczona Francjo
obietnico bez pokrycia dzwonniku w pustej katedrze
ciała bez Paryża za to z sercem Notre-Dame
zbliż się do mnie głodzie Esmeraldy
zapiszę cię nagą w kąpieli oddam ci swój ręcznik na zgodę
na dowód że mogłybyśmy żyć ze wspólną wanną i zapachem
kremowego mydełka Dove jedwabne od stóp do głów
moja ty mała linio Maginota na granicy z Włochami
które mam w wiecznych planach podróży moja ty
obrono południa
próbuję cię rozwiesić między metaforami wojny i pokoju
jak białe prześcieradło na sznurze przed domem
znak że ktoś tam jeszcze żyje czyta powieści Hugo
pośród zgiełku nędzników bomb i armatnich salw
la luce
powiedziałaś: jestem solarna i w fenickich lustrach
twoich oczu zobaczyłam Italię tak się zaczęła podróż
od spojrzenia poza odbicie od przeczucia
że patrzysz na mnie z drugiej strony – Żulietto
jesteśmy w Wenecji
płyniemy przez niebo gondolierów
białe chmury za którymi podążają wzrokiem
śniadzi chłopcy wołając belle belle
kołyszą się do nich nasze piersi – bellissime
pełne jesteśmy wysycone jak czerwienie owoców granatu
na płótnach malarzy – chwytamy ich dłonie trzymające pędzle
prowadzimy przez łagodny owal twarzy wprost do ust
wysysamy karmin
jesteśmy takie głodne
pachniemy bazylią i miętą
śnimy chleb maczany w oliwie
sól wiersz
Z tomiku „Za mną, przede mną” (2011)
Lublin
nie przypuszczałam że po czterdziestce można jeszcze
płakać. przecież każdy mądry może nawet doświadczony
w podróżo
waniu z punktu który nie istnieje do punktu
którego nie ma potrafi nabrać dystansu w swoje pełne czyste
i głębokie płuca. potrafi nabrać.
nie przypuszczałam że po czterdziestce.staną
przede mną ulice prawie mojego miasta i będą
ważniejsze niż grono utalentowanych wrogów
mojej własnej sprawy sprawy mojej własnej niepodległości
niepodległości mojej własnej woli przetrwania za pomocą łez.
odnowiona starówka. trochę za mało ale kiedy pada śnieg
w świetle latarni jest naprawdę pięknie. lubię siadać na murku
po farze i się zaciągać i lubię pilcha. twierdzę nawet że jesteśmy
podobni. nie ufamy tym którzy mają nadzieję.
*
czasami martwię się o moje grzeszne płuca. martwię się
żarliwie. również tym że nie mogę odejść
bez wprowadzania podziału na twoje i moje
nienaturalne już środowisko. po czterdziestce naturalne
jest unikanie. oszczędzanie sił na kolejną dedykację
– patrzę. nie proszę o komentarz.
Zosi
obsypujesz mi się jak suche igiełki jodły
przy najlżejszym dotknięciu słowa
są moimi palcami zbieram z podłogi kolorowe
nitki tasiemki niczym choinkowe ozdoby
chowam do pudełka święta
będą bez serwetek
mam wrażenie że czas się nami opiekował
zdążyłyśmy wyjąć sobie z ust szczęśliwe zakończenia
powieści z mottem: no popatrz jak to jest
ułożyć się w miękkich poduszkach losu
rodzących siebie kobiet
życie przechodzi w życie
nigdy nie uważałam
że po zmarłych trzeba płakać
głośno i wyraźnie – to horror vacui
twoich wnętrz
boso po wzorzystych dywanikach
przeszłyśmy nasz korytarz
a teraz napisałam ci wiersz





