„Wiara jest także, jeżeli ktoś zrani
Nogę kamieniem i wie, że kamienie
Są po to, żeby nogi nam raniły.”
[Cz. Miłosz, Świat (poema naiwne), s. 123]
Zwykle wierzy się w coś, czego istnienia nie można udowodnić. Bo, gdyby udowodnić można było, nie byłaby to wiara, a fakt.
Kiedy wypowiadam słowa, że wierzę w coś…od razu czuję, że ryzykuję. Jakbym stąpała w próżni albo chciała przejść nad przepaścią i wierzyła, że pod stopą samoczynnie pojawi się schodek, drabina, most.
Nie wiem czy w kontekście wiary ten cytat jest odpowiedni. Jest w nim pogodzenie się z istnieniem kamieni, które nas ranią. Jest ich akceptacją. Nie ma zdumienia, że co też ten kamień narobił. Bo kamienie ranią, to oczywistość. Tyle, że to nie jest wiara a wiedza oparta na doświadczeniu. Dlatego, idąc kamienistą drogą, idziemy ostrożnie.
Ranią, ale nam nie przeszkodzą. Ranią, jednak to nie one są ważne. Ranią, ale może wierzymy w rekompensatę za te rany?
Leopold Tyrmand jest jednym z ciekawszych pisarzy Polski wojennej i powojennej. Z ciekawszych, ale równocześnie jest jednym z bardziej tajemniczych ludzi. Długo był osobą kontrowersyjną, podobnie jak Mackiewicz. Nawet jego bliscy znajomi nie wiedzieli, że należał do organizacji niepodległościowej. Działał w niej od roku 1940. Mimo, że pracował także w radzieckiej gazecie to był antykomunistą. A ta praca była przykrywką dla działalności konspiracyjnej. Był narodowości żydowskiej.
W pewnym momencie odrzuciło Tyrmanda nawet środowisko literackie. Nim nastała cenzura jego środowisko zawodowe już cenzurowało. Mimo, że nie było jeszcze odgórnych dyrektyw aby to robić.
Zły Tyrmanda to powieść, która została napisana na zamówienie i opisuje Warszawę lat 50 tych, po brzegi wypełnioną degrengoladą, rozbojem, obojętnością i „rozbójnikami”. Nie muszę na pewno tego robić, ale wspomnę o tym, że jest to powieść napisana po mistrzowsku. Kiedy się za nią zabrałam celowo nie słuchałam żadnych recenzji. Nie chciałam wiedzieć o czym jest. Chciałam aby mnie zaskoczyła, co uczyniła. Tyrmanda jako pisarza i osobowość już znałam. Zainteresowałam się nim przy okazji rozmowy Anny Poppek i Andrzeja Gelberga ze Zbigniewem Herbertem Pojedynki Pana Cogito. Podczas, której Herbert wspominał Tyrmanda, z którym się przez pewien czas przyjaźnił, jednak nagle Tyrmand się zdystansował. Istotnie, w „Twórczości” Andrzej Kijowski zamieścił wyjątkowo głupią i ordynarną recenzję, która kończyła się: „Tyrmand jest pisarzem dla gówniarzy”. Nic z tym nie miałem wspólnego. Tyrmand, pryncypialny aż do przesady, potraktował to jako moją nielojalność. Wychowany na Hemingwayu był w męskich przyjaźniach po prostu fanatykiem lojalności. Spotkaliśmy się raz jeszcze w Nowym Jorku, zaprosił mnie do siebie. Chłód jednak pozostał. Trudno mi było przepraszać go za coś, czego nie zrobiłem. Żałuję do dziś, że wtedy nie rozpocząłem rozmowy, która by wszystko wyjaśniła. Wspominał Herbert.
Pierwsze skojarzenie ze Złym miałam ze żwirem. Czytając go miałam wrażenie jakbym gryzła żwir, bo opisana w Złym rzeczywistość jest właśnie taka: w pewnym sensie jałowa, twarda i raniąca dziąsła.
Kobieta stoi w kolejce w aptece. Notabene ta apteka faktycznie istniała w Warszawie w opisanym w powieści miejscu. Dygresja: pamiętam z dzieciństwa takie kilometrowe kolejki, bo stałam w nich po leki dla babci. Gorąco, ścisk i kłótnie. Kiedy kobieta dociera do okienka okazuje się, że nie może dostać leków (nie chcę wszystkiego zdradzać) a leki są dla jej matki, która bardzo cierpi i fuksem uprasza aptekarkę, która jej niejako spod lady leki sprzedaje. Uszczęśliwiona kobieta wybiega na zewnątrz a tam ją napada kilku mężczyzn, leki lądują w błocie, zostają rozdeptane, to wszystko na oczach ludzi czekających na przystanku. Nagle! Pojawia się ktoś i robi porządek z napastnikami, po czym znika. To jest „Zorro” na miarę rzeczywistości peerelowskiej. I podobnych scen jest więcej w tej powieści. Właściwie to ma się wrażenie, że ówczesna Warszawa tonie w błocie przemocy, ale myślę, że w tamtych czasach nie tylko Warszawa w tym błocie tonęła.
Ten Zorro, to jest nasz tytułowy Zły.
Rzecz jasna ja lat 50 pamiętać nie mogę. Moi rodzice cokolwiek, ale i tak byli wtedy dziećmi, to tak na dobrą sprawę za bardzo nie zwracali uwagi na to co się działo dookoła, ale nie wychowywali się w Warszawie. Ani w żadnym dużym mieście. Wieś, prowincja. Tutaj jednak trochę inaczej było. Nie mówię, że bezpieczniej, ale inaczej. Chociaż kto wie czy nie bezpieczniej.
„Ktosiem” zaczyna interesować się milicja, lekarze (bo wiecznie mają ręce pełne roboty po jego porządkach) i dziennikarze. Społeczeństwo jakby mniej, bo społeczeństwo na razie głównie obserwuje.
Ostatnie zdanie powieści jest urwane. Urwane zostało przez autora, bo poszedł spać i miał do niego wrócić następnego dnia, ale pozostało urwane.
Zły Tyrmanda w środowisku literackim nie został dobrze przyjęty. Iwaszkiewicz miał tę powieść nazwać nawet drugą „Trędowatą”, a przypomnę, że „Trędowata była uważana za szczyt grafomaństwa.
W jednym z wywiadów Tyrmand zastanawiał się czy warto jest żyć nie mając żadnych szans. Czy warto się upierać przy jakiejś postawie moralnej nie mając szansy na zwycięstwo. Zadawał podobne pytania, ale równocześnie odpowiadał, że: tak! Bo indywidualizm człowieka wytwarza w jego życiu kolejne wartości.
„Zły” podobał się szerokiej publiczności zaś wśród literatów zyskał uznanie dopiero w pokoleniach kolejnych. Tak jakby środowisko literackie nie było gotowe na tego typu powieść, bo czego innego od pisarza oczekiwało, a Tyrmand się nie wpisywał w ten obrazek. To trochę, parafrazując „Rejs”, to odrzucenie przypominało stwierdzenie: że lubię tylko takie piosenki, które już znam. Dlatego w moim sercu i głowie nie ma miejsca na myśl oryginalną, na opowieść o tamtym świecie, ale opowieść indywidualną i surową. Dlatego to dopiero kolejne pokolenia potrafiły docenić pewne powieści, bo przecież odrzucenie nie spotkało tylko Tyrmanda. W tym momencie warto wspomnieć także o tym, że Leopold Tyrmand był postacią kontrowersyjną i odrzucającą kompromisy, co mogło kłuć w oczy ówczesnych literatów. Nie trzeba też daleko szukać, taki Matejko i jego Bitwa pod Grunwaldem również zebrała sporo gorzkich opinii, bo najtrudniej jest być prorokiem we własnym kraju, własnym środowisku, w którym wszyscy cię znają i niestety często życzą ci nawet, żeby ci się noga powinęła.
Jeżeli dostrzegamy współcześnie rywalizację nawet pośród recenzentów, to jakim cudem nie byłoby jej pomiędzy pisarzami. To jest nawet zdrowy odruch choć często krzywdzący, a siła tej krzywdy wynika z tego jak daleko się krytykujący posunie. Opinia Iwaszkiewicza, negatywna opinia w tamtym czasie mogła zniszczyć komuś karierę, tym bardziej, że ona się dopiero rozwijała. Jednak czemu taki Iwaszkiewicz miały komukolwiek współczuć, jeśli jemu, uznanemu pisarzowi również było niewygodnie, a gorycz się przelała, kiedy odrzucono jego Czerwone tarcze. Dlaczego komuś innemu miałoby być przyjemniej? Tym bardziej, że Iwaszkiewicz w tamtym czasie wyszedł z takiego stanowiska…jak to określić: pyszałkowatości. Bo był przekonany, że jego powieść będzie hitem, a tymczasem nie została doceniona. Czemu? Bo pokolenie czytelników chciało czegoś nowego, przestało go interesować co myślał leciwy już wówczas pisarz. Chcieli spojrzenia z ikrą, błyskotliwego, ale i nie mającego nic wspólnego z zachowaniem strusia. I to według mnie jest jedną z trudniejszych sytuacji, to żeby się nie mościć w pewnym i wygodnym swoim fotelu, a ciągle siebie samego wystawiać na mroźny wiatr i niejako utrzymywać w niepokoju, dostrzegać zmiany jakie zachodzą w ludzkich umysłach i ich otoczeniu. Bo zasiedzenie się nie służy twórczości, bo przestajemy się rozwijać. To nie dotyczy tylko literatury, to dotyczy także biznesu, prowadzenia firmy. Firma, która nie obserwuje zmian, jakie zachodzą w klientach i sytuacji, które doprowadzają do tych zmian, a osiada jedynie na laurach, to upada.
Podobnie było z Wielkim Gatsbym. Sama powieść przeszła bez echa, dopiero kolejne pokolenie się nią zachwyciło. Mnie się nie podobała, ale wiem, że w większości jeden po drugim powtarza i „chwali aż pluje”. A z Wilkiem stepowym? Co innego współcześni Hessemu w jego powieści dostrzegali i równi mu rocznikowo, a co innego ludzie młodzi.
Jak powiedział Wojciech Tomczyk w felietonie o Tyrmandzie: PRL był krainą wszechogarniającej nudy. I książki PRLowskich pisarzy były tym bardziej promowane im bardziej były nudne. Należało nudzić. Nic ciekawego się nie miało dziać. Nic intrygującego, nic zastanawiającego ani zaskakującego. Miało być szaro, buro i ponuro.
Złym zachwycił się Gombrowicz, Dąbrowska, jednak inni nazywali go „Balzakiem dla g…” Konwickiemu się podobała, ale nie napisał o tym, tylko szepnął Tyrmandowi na ucho w windzie, że dobra książka. Tyrmand był przeciwnikiem poprawności politycznej, mimo że Złego jako pierwszy wydał „Czytelnik” wówczas wydawnictwo komunistyczne. Wielu ówczesnych pisarzy uważało, że z władzą trzeba się układać i pisać biografie przodowników pracy, teksty o traktorach i wiośnie, wysłuchiwać niekończących się przemówień, mitrężyć czas na apelach i pochodach. A Tyrmand pokazał, że nie trzeba. Dlatego odniósł potężny sukces wśród czytelników, ale pozytywnych recenzji od kolegów po fachu nie uzyskał.
Zły się od początku nie podobał władzy. Nawet księgarze zaczęli protestować przeciwko sprzedaży tej powieści.
Często zapisuję sobie pewne zdania w zeszycie. Zapisuję te, które usłyszałam w radio w aucie albo na yotube. Nie oglądamy już telewizji. To znaczy tej publicznej. Jej miejsce zajął yotube. I nie tęsknię za nią. Dziwne, bo kiedyś – podobnie jak radio – wydawała mi się nieodzowna. A okazuje się, że można rzucić nałóg.
Jakie to słowa?
Z ostatnich zapisków to: Jak ocalić swoją niezależność i Rzeczywistość jest trudna, co nie oznacza, że mamy innych nienawidzić. To z Tyrmanda. O i jeszcze jedno: Dobrze jest poszukać sojuszników, ale to jest trudne, dlatego emigrujemy.
Ostatnio mam jakiś wzmożony czas przemyśleń i rozprawiania się z sytuacjami, które wydawały mi się – kiedyś – nieistotne. I wręcz alergicznie reaguję na zachowania infantylne, w których biorą udział dorośli. Ale może dziecinniejemy? I nie ma się czym irytować.
Jak wygląda życie w świecie na opak?
Ciężko to opowiedzieć, bo może się zdarzyć wszystko i to równocześnie w jednej sekundzie. Absurd? Tylko z pozoru. Trochę jak w Problemie trzech ciał. Ale akurat tego problemu dzisiaj rozwijać nie będę, bo go tak na dobrą sprawę do końca nie rozumiem.
Mamy w sobie – w większości – pragnienie albo może lepiej to inaczej nazwać. Wiarę w kawalerię, która przyjeżdża na końcu, ale zdąża. I nie, nie jak karetka. Zdąża na serio. Ratuje ludzi i nim wyskoczy the end wszyscy zajadają kiełbaski z grilla a szczęście kwitnie jak u nas jabłonie. Wielu z nas tego pragnie i nic w tym złego. Dlatego też tak lubimy wszelkich zmyślonych bohaterów o jeszcze bardziej zmyślonych mocach. Już nam nie wystarcza Janosik czy Zorro a chcemy Spidermana czy innego dziwoląga. Na komiksie o człowieku pająku uczyłam się angielskiego. Może nie warto się przyznawać, bo musiał być kiepski skoro się nie nauczyłam.
Dążę do tego, że współcześnie bardzo często pragniemy aby coś się zdarzyło magicznie, aby magicznie się zmieniła niewygodna sytuacja. Aby pojawił się ktoś, kto nas wyciągnie z tarapatów, załatwi za nas niefajne sprawy. Tymczasem to niemożliwe. I chyba najtrudniej jest człowiekowi zaakceptować słowo: niemożliwe, bo jest w nim zawarta ludzka ułomność. Dlatego wielokrotnie musimy zaakceptować: niemożliwe.
Często w swoim życiu słyszałam, że ludzie nie lubią prawdy. Nie mów im prawdy, bo stracisz znajomych. I to prawda jest. Nie chcemy prawdy, pragniemy ułudy, bo – mimo licznych zawodów – wierzymy, że kawaleria przybędzie. Nawet jeśli się spóźni to jej wybaczymy, ale ona nie nadjeżdża. I, co wtedy? Szukamy dla niej usprawiedliwienia. Zamiast sobie uświadomić, że możemy liczyć tylko na siebie. To jest uczciwsze, ale i bardziej pracochłonne, ale jest również obarczone zapachem zgniłego kapcia. Już tłumaczę. My, jako ludzie nie lubimy, kiedy jeden z nas przestaje nas potrzebować. Bo potrzeba, jest tym czym niewolimy drugiego. Na czym często budujemy relację.
I o tym pisał Tyrmand ( i Mackiewicz) w czasach głębokiego PRLu. Kiedy ludzie mieli tylko zginać karki i wtedy pojawia się polski Zorro! Przecież to genialny pomysł na tamte czasy, ale nie tylko, również na ten zatęchły, zakłamany czas długo po.
Co robi Zorro?
Wymierza sprawiedliwość, ale robi to po swojemu.
Czyli hołduje przyrzeczeniom braterstwa z piaskownicy, kiedy spluwając na dłoń przypieczętowywało się pakt dotyczący wzajemnego wsparcia.
Kim jest Zorro?
Nikt nie wie.
Zorro to postać fikcyjna, ale „Postać Zorro została stworzona przez amerykańskiego pisarza Johnstona McCulleya. Pojawiła się po raz pierwszy w jego powieści „The Curse of Capistrano” (polskie wydanie: „Znak Zorro”) w 1919 roku„. Tak twierdzi sztuczna inteligencja. A wiki dodaje: „Jest to obrońca mieszkańców Kalifornii (ówczesnej kolonii hiszpańskiej) uciśnionych przez lokalnych gubernatorów i dowódców wojskowych. Pojawia się jako jeździec w czarnej masce i pelerynie. Dobrze włada szpadą.”
I dalej: „Inspiracją do stworzenia tej postaci były opowieści o kalifornijskim banicie Joaquínie Murieta”
W legendarnych opowieściach banita ginie, a jego głowę „sprzedaje się” w zamian za nagrodę. To trochę jak z Robin Hoodem, który też ginie, zdradzony przez przyjaciela, czyli kolejnego Brutusa.
Skąd się bierze w człowieku pragnienie lub wiara w to, że gdzieś tam jest ktoś sprawiedliwy, jego obrońca, który przybędzie mu na ratunek? Ta wiara sprawiła, że tego typu postacie momentalnie cieszyły się popularnością, do tej plejady należy również zaliczyć Złego Tyrmanda, o którym mówiono, że wsiąka w rury czyli rozpuszcza się w powietrzu. Rozprawia się z rzezimieszkami i znika. Nosi na palcu charakterystyczny pierścień z brylantem i stosuje bokserski cios, wyprowadzany od dołu, uderzając pięścią (z tym pierścieniem) w szczękę przeciwnika.
Warszawa, w której rozgrywa się akcja jest miastem ruin, miastem, które liże powojenne rany, ale jeszcze daleko mu do zdrowia. Światek przestępczy zdaje się być większy niż świat ludzi prawych. Do tej pory nie umieszczano w powieści tego światka. Literatura miała być zamyślona, czasem przemądrzała, ale to arystokracja grała w niej główne skrzypce a nie margines społeczny. Tym bardziej, że wersja oficjalna twierdziła, że w Polsce tamtego czasu nie było takiego światka. Przestępcy mieli siedzieć na zachodzie, a nie tutaj.
Warszawa ze Złego jest dokumentem tamtego czasu. Mówi gwarą, nakreśla klimat Warszawy, której już dzisiaj nie ma, a klimat ten tworzyli jej mieszkańcy. Ludzie, którzy pamiętali ją jeszcze z przed wojny i mimo, że ta powojenna różniła się od tej z przed, to tworzyli ją ludzie o innej mentalności i nie chodzi mi o świat przestępczy.
Ludzie osieroceni, niejako porzuceni, poobijani w podobny sposób co to miasto, które jeszcze wtedy dla wielu było miastem-Ojczyzną i darzyli je silnym uczuciem. Mieszkańcy bez głosu, wystawieni na pastwę przestępców, bezsilni i przez to niemi.
W takiej atmosferze Tyrmand proponuje im powieść Zły i to czytelnicy, ci mieszkańcy, Warszawiacy stają w kontrze do znawców literatury. Mówią, że ona im się podoba, że chcą podobnych historii. Opowieści o światełku w tunelu, opowieści chwilami humorystycznej, drwiącej z ówczesnego „porządku”. Opowieści w stylu „zabili go i uciekł”. Każdy powinien tę powieść przeczytać, zwłaszcza ten kto lubi kryminały.






