Polowanie. Baśń
obejmuje mnie luźny warkocz wody
spadający z wyższego piętra góry
rosną mi płetwy skrzela chwytają oddech
drobne łuski połyskują szmaragdowo
zielony żywioł znakomity jest dla radosnych
igraszek doskonały dla polowania
(łowy to jest to od czego dreszcze uniesienia
i wzrastanie)
małe rybki śmigają w panice rozpryskują się jak
srebrne iskry pogoń pogoń
pogoń
cień szczupaka nade mną
przed większym drapieżnikiem tylko ucieczka
szybkość wypryśnięcie nad powierzchnię
wyżej
w powietrze w pióra w skrzydła i pazury
w lot pod chmurami w przestrzeń niezmierzoną
w upojenie
w zachwyt
jastrząb spada na moje stado
Manipulowanie zegarem
Ojciec nakręca zegar z kukułką codziennie
wieczorem zmienia pozycję ciężarków przesuwa
z metalicznym zgrzytem łańcuszek
drgają przez moment matowe żółte ogniwa
Ojciec przy okazji popycha wskazówkę minutową
trochę w przód
pewny że nikt tego nie widzi
Rankiem zrywam się na bicie zegara o szóstej
Jak późno!
Przestrach
I ulga (pojawia się po sekundzie)
Manipulowanie zegarem dodaje
piętnaście minut czas się rozciągnął wydłużył
Znów budzę się z trwogą o szóstej
odczuwam ulgę po sekundzie
(dużo mam jeszcze czasu ze wszystkim zdążę)
a po następnej chwili
wiem
(od ilu to już lat?)
Ojciec nie dodaje mi już ani odrobiny czasu
Jest
naprawdę
szósta
* * *
Cienie coraz dłuższe
Już objęły przyjaciółki moje
brzozy i siostry ich jarzębiny
w sąsiedztwie znajomych krzewów porzeczek
obok miedzy za którą mniej znane
zagajniki pola i sady
Po drugiej stronie ścieżki
sędziwy dąb nadal w koronie słońca
jego towarzyszkę sosnę już zagarnęła szarość
Z rozświetlonej gęstwiny traw
wzleciał skowronek
Śpiewa na cześć odchodzącego dnia
W chwili zachodu
odda ciszę wieczoru we władanie
gromadzie żab
Pod latarnią księżyca
na szarym pejzażu cienie będą krótkie
Między pełnią i nowiem powoli
stopią się z ciemnością
Przesuwam się na coraz mniejsze plamy blasku
* * *
byłem skałą samotną
chmury rozdzielałem głową
głosom wiatrów zmieniałem brzmienie
hartowałem się w objęciach błyskawic
na szerokiej dolinie daleko lśniła barwami
zmiennego nieba ruchliwa woda
płynęła do celu jakiegoś a może bez celu
wiedza taka skale nie była dostępna
w czas wielkich burz woda w dolinie
urosła ogromnie
szybkością i grzmotem chciała dorównać
burzom a może nie chciała
skądże to mogłoby być wiadome
kamieniowi choćby nawet górował
nad wszystkim dokoła
wody opadły a rzeka
(rzeka to nie jest imię lecz rodzaj istoty)
zmieniła trasę swego biegu
nie wiadomo dokąd
teraz jest u mojej podstawy
i mój obraz kładzie się na niej
wchodzi we mnie a ja w nią okruchami
co mają poznać cel wędrówki przyjaciółki mojej
odchodzącej ciągle i zawsze obecnej
Powrót
w gałęziach ulic różnorodność typów
gęsto od planów intryg i emocji
puchacze polują nocą
synogarlice rzucają pióra poetom
na dole monotonnie poćwierkują wróble
wysoko kołują sokoły
zamiany i przemiany wcale nie są rzadkie
(wczoraj orzeł zmienił się w papugę
a wrony zajęły miejsce gołębi)
przedzieram się przez ten labirynt
bez wielkich zdobyczy
(to dobrze bo idzie się lekko)
z włosami pokrytymi kurzem
z piaskiem w bucie
(ostry kamień już nie rani stopy)
nagle jasność i ogromna przestrzeń
drugi brzeg tuż przed linią horyzontu
(a gdy ją opuszczałem była małą strugą)
zanurzam się
nakrywam się falą
Paradoks
ze wszystkich towarów
najdroższa jest
nadzieja
obietnice wiecznej
szczęśliwości
w mniejszej są cenie
niż nadzieja
na odrobinę więcej
marnej doczesności
gdyby było na odwrót
uciekliby stąd wszyscy
oprócz dzieci
wariatów
i paru poetów którzy
zagapili się w młodości
Ludzie i wiatr
ludzie na wietrze
wyglądają śmiesznie
idą skuleni
chwiejnym krokiem
ściskają teczki pod pachami
przytrzymują kapelusze
podmuchy szarpią ich
płaszcze i włosy
walczą
stawiają opór
narzekają i klną
tylko wariat udaje
szybowiec i biega
z rozłożonymi rękami
dokoła rynku
poeta
obciążył kieszenie
cudzym rozsądkiem
Odpoczynek
muzy śpią
pióro utknęło
w środku
metafory
porzucona paleta
usycha
z tęsknoty
fortepian wyszczerzył
klawisze
w bezgłośnym uśmiechu
cisza
jeszcze
nie słychać kroków
mistrza
Między wierszami
po prostu istnieć
czuć ręce i głowę
(ale bez bólu)
obserwować ptaki
liczyć odcienie brązu
na jesiennych liściach
(tylko żadnych porównań)
takie trwanie
między jednym
a drugim wierszem
mieści w sobie
najważniejsze sprawy
pracę i odpoczynek
jakieś radości i troski
nagle skądś wpada kamień
do spokojnej wody
i obraz na powierzchni
pulsuje
coraz szerszymi kręgami
wersów
Łowy
pod berberysem
przyczaił się wiersz
w postaci żuka
nie widzę
jak długie są
czułki wersów
metafora
chyba lśni zielonkawo
jak malachit
a może jest czarna
ostrożnie
podsuwam kartkę
Chłop
linia życia
biegnie między źdźbłami
skoszonej pszenicy
przystaje
z braku powietrza
na wyschniętej miedzy
zaduch
spieszne tykanie świerszczy
zapach macierzanki i mięty
odpoczynek
jeszcze
żywiczny oddech sosen
biały walc brzóz
i nurt rzeki
nieodgadniony
* * *
kiedy nikt nie widzi
stara kobieta tańczy
kolistymi ruchami rąk
oswaja rzeczywistość
zaklina los
rzeźbi ciemną
bryłę przyszłości
na pokrzywionych palcach
przysiadają motyle
nadziei
Westchnienie do minionego czasu
żeby tak
jeszcze raz
usiąść na brzegu
wykopu
stopy obmywa
ciepły piasek
spod kamiennego bruku
zmartwychwstaje
spalonymi kośćmi
człowiek
z epoki brązu
* * *
Jak się przedostać na tamten brzeg
Gdy rzeka coraz szersza
I mostów na niej brak?
Ciotka przebiegła po mgle lekko
W welonie włosów białych
Wreszcie w welonie!
Na stosie rzeczy nieprzydatnych
W ognisku płonie laska ciotki
Wchodzi do nieba
Prościutka smuga jasnego dymu
Będzie pogoda
* * *
I rzekł Mahomet do Góry
(z odległości znacznej)
Nie przyjdę do Ciebie!
U Twych stóp
Człowiek czuje się mały i nieważny
Na szczycie
Rozległe widoki budzą żądzę władzy nad światem
i chęć rozwinięcia skrzydeł
(których istnienie jest bardzo wątpliwe)
A wiatry wieją gwałtowne
Deszcze chłoszczą to znów słońce pali
Nie przyjdę!
I nie odrzekła mu nic
Góra





