Strona główna Eseje Tadej Karabowicz – Poezja ponad wszystko

Tadej Karabowicz – Poezja ponad wszystko

0
193
Poeta Tadej Karabowicz w huculskim Sardaku. ma j 2025. Zdjęcie autorskie Aliny Karabowicz
Poeta Tadej Karabowicz w huculskim Sardaku. ma j 2025. Zdjęcie autorskie Aliny Karabowicz

Poecie Bohdanowi Wrocławskiemu

Dominika Majuk w opracowaniu zamieszczonym w Leksykonie Teatru NN w Lublinie napisała: „Trudno powiedzieć dlaczego Edward Stachura wybrał Lublin i studia na KUL-u”. Zastanawiam się także nad tym zdaniem encyklopedystki Teatru NN i wydaje się, że po wojnie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim funkcjonowała dobra filologia francuska, którą Stachura uważał za swoją. Natomiast Mirosław Derecki (1936-1998) – przyjaciel lat lubelskich Steda, świetny redaktor i autor wydawnictw prasowych formuje dosyć kontrowersyjną tezę, przeciwstawiając Francję – miejsce urodzenia Edwarda Stachury (ur. 18 sierpnia 1937 w Charvieu) z Lubelszczyzną „wówczas jeszcze deskami zabitą”. A więc Dereckiego nie ominął aspekt kompleksu, że coś co może wydawać się „zabite deskami”, nie musi być gorsze od „jakiejś” francuskiej miejscowości, którą trudno jest wymówić, nie znając zasad pisowni języka francuskiego. Piszę o tym bez uszczypliwości, bo Derecki – rówieśnik Stachury, przychodził do lubelskiego Związku Literatów Polskich na ulicę Graniczną 9 z twarzą ukrytą w siwych włosach i prowadził ciekawe rozmowy o literaturze. Zawieszony siwymi włosami, ukrywał młodzieńczą tajemnicę znajomości swoich studenckich szalonych lat ze Stedem – jak Stachura wchodził do akademika przez okno. Ten wątek odkryła dopiero jego pośmiertna książka „Lubelskie lata Edwarda Stachury” wydana w 2009 roku przez oficynę Teatru NN.

Mirosław Derecki był starszy o całe pokolenie od nas, wówczas młodych lubelskich poetów: Zofia Luchowska-Kuna (1952-1992), Urszula Jaros (1955-2007), Wojciech Pruchniewicz (1955-2011), Urszula Gierszon, Mirosława Niewińska, Marek Danielkiewicz, którzy kurczowo trzymaliśmy się ZLP, jak szalupy na wezbranym morzu rzeczywistości. Organizowaliśmy kameralne spotkania poetyckie w lokalu ZLP, naznaczonym przeszłością, obrazami i starymi meblami. Tutaj w sekretariacie stała słynna kozetka, na której sypiał Edward Stachura, niestety utracona przy kolejnych przeprowadzkach. Spotkania te nazywałem obcowaniem poetyckim z „Duchami ks. Ludwika Zalewskiego”, bo to była jego rezydencja i jego pragnienie przekazania tego tajemniczego domu, napełnionego odgłosami literatury, przyszłym lubelskim pokoleniom poetów i pisarzy.

Jak pisze o Stedzie Dominika Majuk, cytując Mirosława Dereckiego, nie wszystko było wówczas jednoznaczne. Oto cytat z Dereckiego: „Co [Edward Stachura] miał wspólnego z kolegami ze swojego roku, z tych zapyziałych miast i miasteczek Lubelszczyzny, wówczas jeszcze deskami zabitej, on, który urodził się w «słodkiej Francji», dokąd jego rodzice wyruszyli kiedyś w poszukiwaniu pracy i chleba, a Polskę zobaczył po raz pierwszy na własne oczy, będąc już jedenastoletnim chłopcem?”. A dalej komentarz Dominiki Majuk: „Derecki sugeruje, że po nieudanym starcie do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku, Sted zainteresował się Lublinem z uwagi na fakt, że w podlubelskich Tomaszowicach mieszkała jego siostra. Jednak siostra Edwarda Stachury – Eliana – wraz z mężem i córką zamieszkała w Tomaszowicach około roku 1961. Dlatego najprawdopodobniej, po niepowodzeniu w Gdańsku, starał się uciec przed poborem do wojska. Podjęcie studiów na katolickiej uczelni odbywało się w dużym pośpiechu. W Archiwum Uniwersyteckim zachowało się podanie przyszłego studenta, pod którym widnieje data 24 IX 1957 r.: „Uprzejmie proszę o warunkowe dopuszczenie mnie do egzaminów wstępnych na filologię francuską. Oświadczam, że wszystkie dokumenty dostarczę do dn. 26 bm. Równocześnie oświadczam, że w bieżącym roku nigdzie nie starałem się o przyjęcie na studia wyższe”.

A jednak górę brała Poezja, wymawiana i pisana z wielkiej litery, wysublimowana i piękna, niezależna i kapryśna, o czym wspomina Waldemar Michalski, także rówieśnik Edwarda Stachury, poeta i krytyk literacki, będący na lubelskim Parnasie, ważną postacią literacką: „Stachura nie miał w Lublinie łatwego życia. Jednak pomimo wielu nieprzyjemności, których tu doznał, Lublin był dla Stachury miastem powrotów. Wraz z wyprowadzeniem się na stałe do Warszawy nie przekreślił lubelskich znajomości, nie zaprzestał przyjazdów, po latach obraz miasta odbijał się echem na kartach jego książek. W liście do Kazimierza Zająca w 1960 roku pisał: „Czasami tęsknię do Lublina, choć było to dla mnie miasto przeklęte i w którym opadały mnie co jakiś czas, bardzo często nieszczęścia jedno po drugim, jak z puszki Pandory”.

Więc siedzieliśmy w lokalu ZLP i także próbowaliśmy otworzyć puszkę Pandory, która czasami była konserwą rybną, czyli przystawką do alkoholu. W tamtych czasach, alkohol nie był jeszcze zabroniony w miejscach publicznych, a takim miejscem był przecież lokal ZLP na ul. Granicznej. Piliśmy alkohol z kryształowych kieliszków, które w zabytkowej szafie wyszperała poetka Urszula Jaros. Może to była spuścizna po ks. Ludwiku Zalewskim, jak i obrazy oraz stare meble. Jednak dla ścisłości literackiej – domeną naszych spotkań nie był alkohol, a Poezja, wymawiana i pisana wówczas z wielkiej litery. Zapisywana jeszcze wtedy wiecznym piórem, bądź już długopisem na kartkach papieru. Zosia Luchowska-Kuna, pracująca nieopodal w redakcji, chwaliła się nawet długopisem na cztery wkłady: czarny, niebieski, zielony i czerwony. Czy ktoś pamięta takie długopisy? Później, gdy do codzienności weszły komputery i telefony komórkowe, Poezja zanurzyła się we wszechobecną wirtualność.

Po latach, parafrazując dyskurs Dominiki Majuk, trudno powiedzieć, dlaczego Lublin stał się miejscem poezjotwórczym dla Steda. Może poprzez lessowe wzgórza Lublina, które oferują piękne widoki na miasto. A może poprzez literacką historię, gdzie Franciszka Arsztajnowa wypatruje uważnie, skryta za firanką, jak idzie do niej na herbatę ulicą Złotą młody Józef Czechowicz. W jej gościnnym saloniku, stoją już na stole, nakryte białą serwetką lubelskie cebularze, które lubił poeta oraz filiżanki i lśniące łyżeczki. W srebrnej cukierniczce pachnie cukier z trzciny cukrowej, zakupiony w kolonialnym sklepie. Albo dlatego, że Julia Hartwig w mityczny i trudny do ogarnięcia sposób, pisała wiersze o Lublinie, mieście jej dzieciństwa i młodości. W jednym z najbardziej wstrząsających utworów, zawarła prawdę biograficzną o sobie. Mowa o wierszu „Elegia Lubelska” – wcale nie prostym w swojej filozoficznej i arkadyjskiej wymowie oraz mimice. Utwór pochodzi z jej tomu „Nie ma odpowiedzi” z 2001 roku. A może dlatego, że zapach dymu z fajki poety Aleksandra Rozenfelda snuje się Krakowskim Przedmieściem i zatrzymuje mnie, by powiedzieć: „Dzień dobry panie Aleksandrze!”. Albo dlatego, że poeta Tadeusz Kwiatkowski-Cugow mówi do mnie: „Definitywnie wyprowadzę się z Lublina, ale tylko wtedy, gdy znajdę do kupienia posesję na wsi, która będzie miała studnię z żurawiem”. Było to tak rozbrajające, że byłem gotów jechać z Cugowem i szukać miejsc zapomnianych, gdzie przy studniach stoją żurawie i można nimi czerpać wodę z głębiny.

Porażające było zwłaszcza to, że Cugow, zdeterminowany jakimś impulsem twórczym, dusił się w Lublinie i postanowił szukać poza miastem swojej poetyckiej Idylli, ze skrzypiącym żurawiem przy studni. Biografia poety przypomina, że to za namową Edwarda Stachury, Cugow przyjechał do Lublina i tutaj zamieszkał w okolicach 1966 roku. Wówczas tak wiele dobrego zrobił dla miasta. Był założycielem Międzynarodowego Kongresu Poetów „Arkadia”, jak również inicjatorem corocznych Wigilii Poetów i Ułanów. Był okres, że w sklepach monopolowych Lublina sprzedawała się wódka o nazwie Cugowianka, nawiązująca do słynnych posiedzeń poetyckich w jego mieszkaniu na ul. Narutowicza.

Tadeusz Kwiatkowski-Cugow miał świadomość niezwykłości utworu Józefa Czechowicza o tytule „Księżyc w rynku”, bo sam w uduchowiony sposób recytował wiersze:

Kamienie, kamienice,
ściany ciemne, pochyłe.
Księżyc po stromym dachu toczy się, jest nisko.
Zaczekaj. Zaczekajmy chwilę –
jak perła
wypadnie w rynku miskę –
miska zabrzęknie.

W płowej nocy,
po kątach nisz głębokich
po bram futrynach i okien
załamany,
bez mocy,
cień fiołkowy uklęknie.

Gwiazdy żółte, które lipcowy żar ściął,
lecą – kurzawą – lecą,
firmament w złote smugi marszczą,
za Trybunałem
na ślepych szybach świecą
cichym wystrzałem.

Noc letnia czeka cierpliwie,
czy księżyc spłynie, zabrzęknie,
czy zejdzie ulicą Grodzką w dół.
On się srebrliwie rozpływa
w rosie porannej, w zapachu ziół.

Jak pięknie!

Zacytowany utwór Józefa Czechowicza „Księżyc w rynku” pochodzi ze zbioru: Franciszka Arnsztajnowa, Józef Czechowicz „Stare kamienie” ( V Biblioteczka Lubelska Towarzystwa Miłośników Książki. Lublin 1934) i nie można oprzeć się jego fascynującej nastrojowości.

Pamiętam, jak na majowych Dniach Książki w latach osiemdziesiątych stałem na Placu Litewskim i promowałem swój pierwszy tom poetycki „Zapatrzenia” (1985). Książka była maleńka, a Plac Litewski ogromny. Stolik dzielony z poetką Urszulą Gierszon, moje krzesło na którym siedziałem, wydawały się rzeczywiście szalupą na wezbranym morzu Poezji – także wymawianej i pisanej z wielkiej litery. Nie wiem czemu, ale znowu czułem zapach gazu łzawiącego, którym w stanie wojennym funkcjonariusze milicji rozganiali ludzi na Placu Litewskim. Byłem wówczas, jako student wśród ludzi i gaz łzawiący długo nie dawał dojść moim oczom do normalności. A jednak Poezja przezwyciężyła wspomnienie, podchodzili ludzie do naszego stolika i miałem okazję podpisać wiele egzemplarzy swojego debiutanckiego tomu wierszy. To była niezmiernie odświętna chwila, wręcz magiczna i ważna. Po latach zdominowała ją sympatyczna scena, gdy Dni Książki przeniosły się pod Wojewódzką Bibliotekę Publiczną im. Hieronima Łopacińskiego. Siedzieliśmy przy podobnym stoliku z moimi ulubionymi poetkami Aliną Jahołkowską i Ewą Bechyne-Henkiel i promowaliśmy swoje książki. Sprzedałem wtedy w czasie dwudniowych Dni Książki jeden egzemplarz mojej pracy naukowej „Dziedzictwo i tożsamość kultury ukraińskiej” (Wydawnictwo Studio Format, Lublin 2012). Kupił ją znany lubelski historyk dr Mariusz Sawa, związany wówczas z IPN. Wtedy jeszcze nie znaliśmy się, dlatego po latach uważam, że książkę tę należało dr Mariuszowi Sawie po prostu w ludzki sposób podarować, a nie sprzedawać.

Poetka Alina Jahołkowska zaproponowała rzecz niebywałą. Dyskretnie wyciągnęła z papierowej torebki własną nalewkę z malin i ponalewała nam do filiżanek po kawie. Siedzieliśmy więc przy stoliku zastawionym naszymi książkami i piliśmy jej świetną nalewkę, małymi łyczkami, trochę ukradkiem, a trochę oficjalnie, by nam inni poeci zazdrościli. Rozkosz picia mocnej domowej malinówki uderzył mi do głowy. Maliny pochodziły z Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego, gdzie Alinka miała dużą letnią willę poetycką, którą zbudował dla niej jej Orfeusz. Willa była jak skarb, miała duże okna, tonęła w książkach i zasuszonych ziołach. Picie alkoholu wówczas w miejscach publicznych było już zabronione, a zwłaszcza przed biblioteką, gdzie z okazji Dnia Książki wygłaszano przemówienia, wręczano odznaczenia państwowe, nagrody i dyplomy. Byli więc oficjalni przedstawiciele władz biblioteki oraz wydziałów kultury miasta Lublin i Urzędu Marszałkowskiego.

A oto ostatni akapit Dominiki Majuk – encyklopedystki Teatru NN o poecie Edwardzie Stachurze. Mówi on o rozstaniu Steda z Lublinem, miastem Józefa Czechowicza, do którego ufnie przybył, gnany nieznanym losem: „W Kancelarii Rektorskiej KUL 8 maja 1958 roku zostało sporządzone pismo o następującej treści: „Z polecenia Przewodniczącego Senackiej Komisji Dyscyplinarnej uprzejmie zawiadamiam, o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego przeciwko Edwardowi Stachurze, stud. I roku Fil. francuskiej, z powodu czynów nie licujących z godnością studenta Katolickiego Uniwersytetu”. Już 14 maja 1958 roku Stachura, decyzją dziekana, został skreślony z listy studentów KUL. Oficjalny powód: niedopuszczenie do egzaminów w semestrze II. Rok później kłopotów nie ubyło. Przed pisarzem stało widmo nie zdanych egzaminów i kolejna już groźba skreślenia z listy studentów. Stachura wystosowuje do dziekana jedno ze swych słynnych później podań: „Uprzejmie proszę o dopuszczenie mnie do egzaminu z hist. literatury francuskiej. Zdaję sobie sprawę z wszystkich moich nierozważnych czynów i boleję nad nimi jak mądry. Chciałbym, bardzo chciałbym zaliczyć ten rok i przenieść się na inny uniwersytet. Ja się mogę wydawać rozmaicie, ale nie posiadam tego talentu, proszę mi wierzyć. Ja myślę, że nikt nie powinien mi tego zabraniać, bo mimo wszystko, jestem czysty naprawdę i trochę czułości mnie też się należy, bo to jest jak oliwa na wodę. Uprzejmie proszę o przychylne załatwienie mojej prośby”. Po zdaniu egzaminów poprawkowych [Edward Stachura] wyjechał z Lublina”.

Tak kończy się opowieść Dominiki Majuk, jednakże ma ona swoje przedłużenie we wspomnianej już książce Mirosława Dereckiego „Lubelskie lata Edwarda Stachury” (Lublin 2009). Trzeba przyznać, że była to książka cenna i ciekawa, a jednocześnie niszowa i autorska, nie trafiła więc pod przysłowiowe strzechy, chociaż stała się ważnym przyczynkiem do badań literckich nad twórczością Edwarda Stachury w jego lubelskim wątku. To tak jak i siedzenie na Dniach Książki na Placu Litewskim, czy przed Wojewódzką Bibliotekę Publiczną. Nie weszło ono do historii literatury, nie zostało zauważone przez lubelskie media, ale wiele zmieniło we mnie. Bo sama filozofia promocji literackiej na Dniach Książki, przeformowała naturę mojej Poezji.

Poezja wyszła z szafy i patrzyła na rozległy Plac Litewski, spacerowała Krakowskim Przedmieściem, szła na Stare Miasto i widziała lubelski Zamek. Płynęły nad nią obłoki na lubelskim niebie i ciągnęło ją poza cerkiew na ul. Ruskiej, w stronę dalekich osiedli pełnych współczesnych bloków mieszkalnych na Kalinowszczyźnie. Poezja wiedziała, że czas nie stoi w miejscu, że płynie – jak zielone wody lubelskiej rzeki Bystrzycy i bezwiednie znika…

Lublin, maj 2019 / maj 2025

Tadeusz Karabowicz (także jako Tadej Karabowicz, ur. 6 kwietnia 1959 roku w Sawinie) – poeta, tłumacz, literaturoznawca, krytyk literacki. Członek Lubelskiego Oddziału Związku Literatów Polskich i Narodowego Związku Pisarzy Ukrainy. Honorowy członek Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu oraz członek kolegium redakcyjnego e-Dwutygodnika Pisarze.pl, a także czasopisma literackiego „Siwacz” i gazety literackiej Narodowego Związku Literatów Ukrainy w Kijowie „Literaturna Ukraina”. Redaktor naczelny rocznika rocznika literackiego „Ukraiński Zaułek Literacki” (od 2001). Mieszka w Lublinie.

Poprzedni artykułAnna Andrych – Wiersze Tygodnia
Następny artykułRoman Soroczyński – Polska – Królestwo

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko