Strona główna Rok 2025 Nr 584 Joanna Nowocień – Wiersze Tygodnia

Joanna Nowocień – Wiersze Tygodnia

0
243
Bogumiła Wrocławska
mal. Bogumiła Wrocławska

TRZY PYTANIA

dotarłeś do swojego oceanu ultramaryna obmywa stopy
za tobą ciemne żłobienia
na piasku coraz płytsze
mniej znaczące
rozkruszyłeś po kawałku
krzyż między ramionami
rozkułeś obręcze w sercu
w słonecznym splocie
dojrzewa prawda


trzej mistrzowie w tobie
już w jedności
tylko trzy pytania
tylko trzy odpowiedzi

NIEPODZIELNOŚĆ

oceniasz i ustawiasz
wyżej niżej
dalej bliżej
czasem ratujesz
zapominając
że każdy jest już ustawiony
na swoim miejscu
w jednorodnym połączeniu
ze Źródłem
i nie możesz go przesunąć
ani poprawić


wydarzasz się obok
towarzysząc i służąc za lustra
narzędzia w podróży
do przebudzenia
do wejścia w serce
w doświadczanie
człowieka

SIOSTRA ULOTNA

nie znajdziesz dla niej słów
ani definicji z ambitnego umysłu
żadna uzdolniona dłoń
nie wyrzeźbi jej formy
nie namaluje świetlistych źrenic
nie wydobędzie oddechu
z klawiszy fortepianu


z ogrodów paradise
przenika ciebie
przedwiecznym światłem
i śmierć
i miłość

SYMBIOZA Z WILKAMI

wilki wyszły z mroku
krążyły niezwyciężone
kontrolowały oddechy
pomiędzy myślami
szczerząc kły

uśpiła całą watahę
czułym dotykiem
wygłaskała zjeżone futra
ułożyła u stóp

oswajanie cieni
rodzi wilczycę

JAM

jakkolwiek się nazwę 
jakim szkicem nakreślę upiększę ocenię
słowa płyną z umysłu
sformatowane od pierwszego krzyku

obecność i czucie
rozpływają się po ciele
roztapiając mnie
w nie-wiedzeniu
w byciu miłością
w nienazwanym
bo jestem nienazwana

WE MGLE

sięgasz ręką w szczelny czas
dotykasz mlecznej zasłony
która wycisza niepokoje
roztapia dokuczliwe ślady

za tobą i przed tobą
znikają iluzje umysłu
przeszłość już nie dręczy
nie męczy oczu
nie zakłóca harmonii

zatrzymujesz myśli
w kwiatach białych magnolii
trzepocą rozwiewanymi płatkami

namacalne teraz
najbardziej obecne jest
w cichej mgle

bo chociaż słońce nie dociera
jaśniejesz

ZAKLĘCI W KAMIEŃ . ONA

ziemia wstrząsana dreszczami
wybrzuszyła góry
obnażając intymną strukturę
wyszarpała dom z jej ramion
i kazała odejść

pogodzona z ananke
zakleszczyła oczy w litej skale
wędrowała nocą poza krawędź
by spadać coraz niżej
i głębiej w ocean

kiedy wydostała się na brzeg
przywitał ją świt
przemywała kamienną twarz
a fale wyrzeźbiły krągłości

dzisiaj poczuła się wystarczająco gładka

ZAKLĘCI W KAMIEŃ. ON

rozwarstwiał się wielokrotnie
zdany na kaprysy natury
krystalizował geody
ale zawsze z cząstką siebie

przedzierał się przez ludzką zawiść
zdobiąc głowy i trony
towarzyszył żywym w świątyniach
i zmarłym w grobowcach
przechodził wewnętrzną iryzację
by wreszcie w grze ze światłem
odnaleźć własną legendę

obrastał mchami i wiedzą przodków
nabierając szorstkości
ale w głębi
kołysał tkliwą tęsknotę

dzisiaj poczuł się gotowy

JASKÓŁKA

Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Zwabiona w chłód katedry przestroga i modlitwa

(Kazimierz Szemioth, Jaskółka uwięziona)

przybiegła mokra od jesiennych liści
jakby chciała przylgnąć do ziemi
i oddać swój żal

dławiła się odkrytą zdradą
a bezsilność kaleczyła krtań
cichym wyznaniem
– zniszczył naszą pieśń

bezradnie niosła szczątki
rozsypujących się ścian
jeszcze gotowa
wybaczeniem zasklepić ból
między żebrami

wtulała się w siebie
coraz ciszej i ciszej
aż modlitwą wyrównała oddech

jaskółka nie powinna ufać skrzydłom kruka
kiedy zapada w jego mrok
odcięta od światła
wije gniazdo bez błogosławieństwa

odezwała się wiosną
– wyleciałam z cienia
teraz już rozpoznaję kruki

TRAJEKTORIE

kiedy przyszła
nie miała widocznych śladów
chłostał ją milczeniem
zdzierał skórę chłodem
który wgryzał się nocami
gdy porastała bezsennością

odkąd odszedł
rozszarpywała żałobę
a następca już formował kamienie

koła przyciągania
zataczają ciasne kręgi
trudno przecisnąć się
przez ich trajektorie
i uwolnić
czasem przez kilka żywotów

ZŁUDZENIE

nie zauważy
kiedy los pstryknie palcami
i nic już nie będzie
takie samo

codziennie stawia sobie
niewłaściwe diagnozy
i leczy jedynie objawy
jakby dom budował od dachówek
lub rysował od komina
kątem oka dostrzega
schyłek lata – zakwitają zimowity

rozpulchnia harmonogram
aby stał się
kolejnym złudzeniem
dobrze przeżytego dnia

WSPÓŁCZESNY

nosi coraz większe
papierowe figury
starannie gra
kompensacyjne role
za fasadą ukrywa lęki i gniew
buduje coraz wyższy
mur z reguł
aby mechanicznie
sprostać wymaganiom

fizycznie obecny
wewnętrznie niegotowy
zastyga w odrętwieniu

bo mniej mogą go dotknąć
tak samo przerażeni
zbytnią bliskością

CIĄGŁOŚĆ ŻYCIA

na pustyni lodowej
biel pochłania żywą
plamę atramentu
wtulone w puls mrozu
drżące oznaki istnienia
głęboko w ciałach matek
serca w delikatnych skorupkach
po trudnych zabiegach
przekazania pisklęcia
jeden cel
- ogrzać i zachować

ciągłość życia

i tylko w oddali
samotny pingwin
skazany na zagładę

SŁYSZAŁAM

sen w wodorostach
przerywają słoneczne figle
z głębiny gonię promyki
rozpoznaję bose stopy
wbiegające do stawu
pluskam się wśród rozchichotanych dzieci

najbardziej lubię pieszczotę dłoni
podających smakołyk
całuję przyjazne palce i muskam płetwami
pozwalając siebie podziwiać

słyszałam o innym świecie
gdzie jest ciemno brakuje tlenu
a w ścisku trudno pływać
najbardziej niewiarygodne jest to
że na święta wyłapują wszystkich
i… pożerają

to kłamstwo!
przecież ludzie nas kochają
Poprzedni artykułAgnieszka Czachor – Gdy rozsądek śpi
Następny artykułAdam Lizakowski – Najpiękniejszą muzyką jest cisza

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko