Adam Majewski w tomie wierszy Ameryka. Esej poetycki nie koncentruje się na przedstawieniach całych Stanów Zjednoczonych oraz „polskich akcentów” Chicago, Nowego Jorku czy Wschodniego Wybrzeża, czyli rejonów, gdzie naszych rodaków jest najwięcej. Można jeszcze dodać, że nie ma w tych wierszach tęsknoty za polską wierzbą czy pejzażem Mazowsza, rzeką Wisłą i górskim landszaftem Tatr. Jego książkę można zadedykować tym, którzy mają ten przywilej, że przyjechali do Ameryki zwiedzać ją, a nie w niej pracować. Jego wiersze są pisane już w XXI wieku, kiedy emigracja i twórczość emigrantów stała się historią, a twórcy przebywający poza granicami kraju z własnej woli wybrali osobne drogi i posługują się innymi językami, wyrażają odmienne emocje.
Majewski jest pierwszym znanym mi polskim poetą, który swoją twórczością podejmuje jakiś dialog z Ameryką. Jego wiersze (szkice? proza poetycka?) są opisem wędrówki po południowo-zachodnich stanach, takich jak Kalifornia, Nowy Meksyk czy Luizjana. Właśnie w Luizjanie poeta spędza najwięcej czasu. Temu stanowi poświęca kilka wierszy w części II, jak Metempsychoza, ogrody Dzielnicy Francuskiej w Nowym Orleanie (s. 13) czy Nowoorleański przewodnik po sprawach ostatecznych (s. 16). Także w części VIII znajdziemy dwa wiersze, jednym z nich jest Marksville, Luizjana (s. 61), który w pełni oddaje falowanie i muzyczność tej poezji.
W utworze Marksville, Luizjana najważniejsze są dwa słowa – muzyka i cisza. Podmiot liryczny mówi: „Podbój kosmosu / bez muzyki nie byłby możliwy”. Kończy tę część stwierdzeniem, że: „Ciszę należy zagłuszyć / choćby muzyką ciała / szmerem oddechu / i szeptem”. Tego nie wiemy, czy faktycznie podbój kosmosu bez muzyki byłby niemożliwy, natomiast wiemy, że autor eseju poetyckiego o Ameryce bez muzyki po prostu nie może się obyć – jest od niej najprawdopodobniej uzależniony. Świadczy o tym wiele wierszy w tym tomie, gdzie słowo muzyka króluje, np. Kawałek o dawnych idolach (s. 57), Luka (s. 59), Swedish Rhapsody (s. 63) czy bardzo ironiczny tekst Mardi Gras, kołysanka (s. 65) – zostańmy przy nim dłużej.
Kołysanka to zapomniany dzisiaj gatunek literacki (należą się poecie brawa, że go przypomina), wymazany z leksyków i słowników literackich. Celem kołysanki jest wywołanie senności, a wreszcie snu – tutaj ironia zostaje zastąpiona paradoksem. Jak można nazwać nowoorleański karnawał kołysanką? Gdy cała dzielnica francuska przystraja się w kolory, a jej ulice wypełnia muzyka na wiele dni, a nawet tygodni? Na ten czas do miasta ściągają radosne i kolorowe tłumy turystów z całego świata – dominuje taniec, krzyki, wrzawa, przede wszystkim muzyka, w tym nowoorleański jazz. Można powiedzieć, że miasto przez ten czas nie śpi.
Należy jeszcze zwrócić uwagę na dwa ostatnie wersy każdej z trzech zwrotek Mardi Gras…, rozpoczynające się od słowa „której” dwa razy i trzeci raz – „który”. To wiersz pisany w smutnym tonie, a parafrazując go jak najkrócej, można opisać sytuację liryczną tak: w pierwszej zwrotce mowa o muzyce, której nikt nie wykona. W drugiej zwrotce mowa o melodii, której nikt nie zachowa, w trzeciej o koncercie, który nigdy się nie odbył i nie odbędzie.
Wróćmy do Marksville, Luizjana, gdzie w drugim punkcie podmiot liryczny mówi: „Cisza jest obca / jak słowa wypowiedziane / w języku Indian / / Mieszkańcy / Tunica-Biloxi Tribe / wysiadają z ciężarówki” (s. 62). Porównanie ciszy do słów jest paradoksem – cisza jest bezdźwięczna, a słowa dźwięczne, nawet wypowiedziane w języku Indian, którym mówi garstka ludzi. Przecież nie to poeta miał na myśli. W tym przypadku cisza staje się milczeniem, jest jemu równoważna, ponieważ w obu przypadkach mamy do czynienia z brakiem dźwięków. Poeta milczy, bo nie zna języka Indian, ale na dowód tego, że nie jest niemową, kończy wiersz dwiema zwrotkami – po dwa wersy każda – w języku angielskim. Po raz kolejny pojawia się wszędobylska muzyka, tym razem „country music”. Wokół małej miejscowości Marksville żyją Indianie z wymienionego przez poetę plemienia. Są rdzennymi mieszkańcami Luizjany, – uznanym przez władze federalne plemieniem, składającym się głównie z ludów Tunica i Biloxi, obecnych w środkowo-wschodniej części tego stanu.
Rzeczywista wędrówka przez Stany Zjednoczone nie skłania poety do przywoływania mitów, stereotypów i własnych wcześniejszych wyobrażeń na temat opisywanych miejsc, a zarazem jest przez niego literacko „przepracowywana”, staje się metaforą ludzkich dążeń i poszukiwań. Mimo wszystko Ameryka pozostaje mitem, ponieważ sama w sobie jest mitem Amerykanów. Są oni przeświadczeni, że nigdzie w świecie nie jest tak dobrze, jak w Ameryce, że im jest lepiej niż reszcie świata.
Tom rozpoczyna się w zupełnie zaskakujący sposób paradoksem w utworze Zamknięte usta Ameryki (s. 9). Ta krzykliwa Ameryka, głośna na cały świat i na ustach całego świata w wierszu poety-podróżnika z Gdańska ma zamknięte usta. Można zapytać, dlaczego? Odpowiedz czytelnik znajdzie już w pierwszej części wiersza.
Pierwsza zwrotka: „Oto ślady człowieka / na srebrnych globie / Tonie w zachwycie”. Autor zastosował przerzutnię i druga zwrotka: „Matka Ziemia / Na jej czarnych ustach / ślady milczenia”.Trzecia zwrotka – jedno słowo: „Cisza” i dwa wersy po trzy kropki.
Pomiędzy śladami człowieka na srebrnych globie a Matką Ziemią znajduje się pustka, albo próżnia, w której nie rozchodzą się żadne fale dźwiękowe – w ten sposób widziana z kosmosu Ameryka ma zamknięte usta. W tym momencie oglądana z wysokości prawie czterystu tysięcy kilometrów niewiele ma do powiedzenia. Potwierdza to druga cześć wiersza – jesteśmy już na ziemi, jest upał nad brzegami rzek Missisipi i Red, oglądamy telewizję. Przemawia prezydent Richard Nixon. O czym mówi, nie dowiemy się, ani w którym roku przemawia. Jedynie, co wiemy, to, że: „Słońce dopala się / na oczach / mieszkańców Luizjany”, jak i to, że: „Owoce / dojrzewają / po cichu”. Tak jak mówi Biblia – „poznacie ich po owocach”, podmiot tego wiersza mówi, że owoce dojrzewają po cichu. Dojrzewanie po cichu, w jakichś warunkach cieplarnianych, chyba nie jest konieczne. Po prostu dojrzewać po cichu to świadomie odsunąć się na koniec kosmosu lub na margines, z dala od fleszów i mikrofonów massmediów, zrezygnować z zaszczytów, samemu się izolować, samemu się wykluczyć – nawet jeśli zostało napisane, że Matka Ziemia jest zachwycona. Na jej czarnych ustach są ślady milczenia, co jest bardzo wymowne – sama cisza jest bardzo wymowna.
Poeta prezentuje własny poetycki punkt widzenia na temat Ameryki. Jego wiersze nie są pisane Whitmanowską frazą, wersami długimi jak włoski makaron, przegadane. Whitman to był gaduła i nudny pleciuga, a jego liczne wyliczanki mogą przyprawiać o ból głowy. Wiersze Majewskiego są pisane nie przez emigranta czy uchodźcę, ale wędrowca, dla którego Ameryka nie jest ziemią obiecaną, ani nadzieją na lepsze życie. Wybierając się w podróż, tym bardziej tak daleką – za ocean do Ameryki, musimy mieć jakieś oczekiwania, wizję tego, co będzie można tam zobaczyć, podpatrzeć, a także czego będzie można się nauczyć. Już starożytni Rzymianie o tym wiedzieli i wiedział Mały Książę – podróże kształcą.
Tom jest podzielony na dziewięć części. Najkrótszą z nich jest część VII, która zawiera tylko jeden bardzo krótki wiersz zapisany kursywą pt. Zło (s. 51). Natomiast najwięcej utworów znajduje się w części VIII – dziewięć wierszy. Nas najbardziej zainteresuje część IV, w której znajdują się dwa wiersze-eseje poświęcone Los Angeles i Kalifornii. O tym stanie jest przede wszystkim wiersz Hipocentrum (s. 34). Tytuł odwołuje się do położonego w głębi ziemi środka lub punktu, od którego rozchodzą się fale sejsmiczne. Gdy tylko uświadomimy sobie, że Kalifornia codziennie „się trzęsie”… (Wiem to z własnego doświadczenia, bo przez dziesięć lat mieszkałem w San Francisco i przeżyłem kilka poważnych trzęsień ziemi).
Utwór rozpoczyna się stwierdzeniem, że: „Kalifornia jest otwarta na ocean / w którym można /surfować jak w żadnym innym miejscu na Ziemi”. Druga zwrotka jest kolejnym takim opisaniem pewnej obserwacji: „Kalifornia jest otwarta na / ludzi / odwróconych od / tego wszystkiego, zamkniętych w kampusach / korporacji”.
Trzecia zwrotka mówi o tym, że: „Kalifornijskie kolorowe motyle / siedzą na mizernych / kwiatach maczka / uboczki, klarkii,. kalandry, / ciągną sok z wykwitu rozgrzanej ziemi”. Wymienione w niej rośliny występują na pustyniach w południowo-zachodniej części USA. Klarkia i kalandra pięknie kwitną i często trafiają do ogrodów jako rośliny ozdobne.
Czwarta zwrotka rozpoczyna się słowami: „Kalifornia otwiera się tak / szeroko / aż / zanika / granica / między nią / a światem, a wielkim / uskokiem Andreas”. Hipocentrum Majewskiego nabiera dla mnie podwójnego znaczenia. Po pierwsze jest to piękny wiersz (krótka poetycka rozprawa naukowa), w którym autor opisuje uroki tego wspaniałego, zachodniego stanu USA, a także panującego w nim stanu umysłu.
I w ostatniej, piątej zwrotce jest dygresja – odejście od słowa Kalifornia rozpoczynającego każdą wcześniejszą zwrotkę – którą otwierają słowa: „Tarcie gorących i w gruncie rzeczy / kruchych / płyt tektonicznych / ma tu wymiar ledwie poetyckiej metafory / bo w patosie poety pobrzmiewa świat wyobrażony / spiłowany przy pomocy słów / nie ten, który jest / i trzęsie się w posadach”.
Mocne i groźne zakończenie wiersza brzmi niczym biblijny gniew Boży z Księgi Izajasza, w której podano słowa proroka: „niebiosa się poruszą i ziemia się wstrząśnie w posadach, na skutek oburzenia Pana Zastępów, gdy rozgorzeje gniew Jego”. Piękna Kalifornia jest tylko kruchym kwiatem, bo uskok Andreas ciągnie się wzdłuż zachodniej i południowej Kalifornii – od Los Angeles do aż po San Francisco, które leży w jednym z najbardziej zagrożonych miejsc na Ziemi (na północno-wschodniej części uskoku, który może w każdej chwili zniszczyć tę piękna krainę, a nawet całkowicie ją zetrzeć z powierzchni ziemi).
Poezja Adama Majewskiego najbardziej przypomina mi twórczość amerykańskiego poety Williama Carlosa Williamsa i chociaż między nimi jest wiele różnic, i chociaż dzieli ich sto lat, to jest i także wiele podobieństw. Jest w niej słownictwo nacechowane emocjami i skojarzeniami, czego przykładem jest wiersz Luka (s. 59), gdzie „oglądamy” wraz z podmiotem lirycznym zapis z koncertu na YouTube z roku 2014. Autor wyciąga z rozsypanej „pamięci przedmiotów” niedzisiejszą, już mocno archaiczną kasetę magnetofonową z roku 1987 lub 1989. Obaj poeci wierszy raczej nie układają, a je komponują.
Teraz niech będzie przykładem filozoficzny wiersz o bardzo długim tytule: Mantra, w trakcie szukania noclegu na szlaku Pacific Crest Trail (s. 25). Mimo, iż szlak ma ponad cztery tysiące kilometrów długości i ciągnie się od Meksyku aż po Kanadę, to Majewski zamyka wszystko w piętnastu wersach, w których rozpisuje wyimaginowaną rozmowę pomiędzy uczniem a opiekunem świątyni i guru. Opiekun filozoficznie stwierdza, że „źródło / mądrości: nowa pustynia”. Guru nie mówi o mądrości jako takiej, ale o czasie, który dopiero zacznie biec od punktu zero aż do punktu będącego wrotami świętego miejsca. Jego słowa powtarza echo – domyślany się, że odbite od jakiejś przeszkody (gdyby nie przeszkoda, nie byłoby echa). To nie może być głos w pustym wnętrzu, jednak poeta kończy utwór: „Głos / w pustym wnętrzu”. To „puste wnętrze” może być wnętrzem kogoś poszukującego na tak wielkim, trudnym do przebycia szlaku – wyznaczonym przez człowieka – w poszukiwaniu Boga. Przecież mantra to nic innego niż modlitwa – aby ją zmówić, człowiek potrzebuje ciszy, miejsca, w którym drugi człowiek nie będzie mu przeszkadzał. Modlitwa nie jest łatwa, to jest taka ziemska rozmowa z Bogiem, skupienie umysłu, osiąganie wewnętrznego spokoju. Przez nią człowiek łączy się z transcendentalnym aspektem bytu. Jego wnętrze nie może być puste, a jeśli jest puste i powstaje w nim echo, wtedy człowiek nie słyszy siebie samego. Pustka to nic dobrego.
Ostatnim utworem – zamykającym ten tom – jest wiersz bez tytułu, napisany kursywą rozpoczynający się słowami: „Muzyka, jak mówią, koi nerwy. Okleja zmysły / niewidzialną tkanką / rozedrganych cząstek” (s. 70). Jest to swoisty mini esej o muzyce i jej znaczeniu w życiu człowieka, a także o tym, jaką rolę ona odgrywa w życiu poety – twórcy tego zbioru wierszy. To, że muzyka towarzyszy nam wszędzie, nie trzeba mówić głośno: od narodzin, pierwszej randki, poprzez ślub i wesele, wizytę u dentysty, w drodze do pracy, w windzie i na pogrzebie. Lubimy słuchać muzyki w lesie i nad morzem. Wiersz, a zarazem cały tom się kończy słowami: „Wszystko jest muzyką. Wszystko płynie…” i trudno z poetą się nie zgodzić.
Muzyka towarzyszy nam wszędzie. Podczas treningów słuchamy jej po to, aby biec szybciej, ćwiczyć ciężej i dłużej. Reguluje nasze tętno do tego stopnia, że jej słuchanie jest zabronione podczas oficjalnych zawodów. Kiedy planujemy romantyczną kolację, również sięgamy po ulubione płyty, tym razem po to, by było nastrojowo, tajemniczo, przyjemnie. Lubimy słuchać muzyki w drodze do pracy, na spotkaniu ze znajomymi, podczas odpoczywania na plaży. Ciągle szukamy rozwiązań technologicznych, które nam to ułatwią i poprawią jakość dźwięku. Dlaczego muzyka od zawsze odgrywa w naszym życiu tak wielką rolę? Naukowcy obserwują reakcje mózgu, by się tego dowiedzieć.
Adam Majewski: Ameryka.
Esej poetycki,
red. Andrzej Appel,
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Kraków 2023
(Biblioteka Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, t. 33).






