Strona główna Eseje Agnieszka Czachor – Gdy rozsądek śpi

Agnieszka Czachor – Gdy rozsądek śpi

0
158

Agnieszka Czachor – Gdy rozsądek śpi

Kiedy rozsądek opuści człowieka, błyskawicznie przekonuje się on, że emocje prowadzą go jedynie do trwogi. Taki człowiek wówczas przestaje sobie radzić z życiem i histerycznie pragnie przynależeć do czegokolwiek i kogokolwiek po czym ulega presji jakiegoś guru czy dyktatora.

Emocje to nie wiedza. One powinny być traktowane jako konsekwencja rozsądku, a nie motor napędowy. Są emocje bardziej racjonalne i mniej, to zależy od sytuacji. Ważne jest aby emocje były w zgodzie z racjonalnym umysłem, jeśli tak jest nie ma wewnętrznych konfliktów. Najgorsze jest jednak niesłuszne poczucie winy, a bardzo często człowiek jest wmanewrowany przez współczesną kulturę w takie samopoczucie. To dotyczy również niesłusznego poczucia wstydu, wynikającego z niepodzielania idei modnych i głoszonych przez większość społeczeństwa. Niebezpieczne jest to, że nienawidzi się w człowieku tego, co najwspanialsze. Czyli niezależne myślenie, rozum, zdrowy rozsądek. Tak dręczeni młodzi ludzie są zagubieni i często – mówi Rand – młodzież ucieka w narkotyki. Człowiek nie jest gorszym gatunkiem ani nie jest z natury zły. Człowiek idealny u Rand jest człowiekiem rozsądnym, który pomaga innym, ale dlatego, że to sprawia mu przyjemność a nie jest obowiązkiem, że jest wynikiem jego woli, jego zgodą na daną sytuację a nie zgodą przymuszoną, bo tak należy, tak wypada, tak robią inni. Dlatego słowo: poświęcenie – którego sama nie znoszę – w języku Rand nie istnieje, bo takie słowo od razu rodzi poczucie winy w tych, dla których się rzekomo poświęcamy. Nie ma w tym wyrazie niczego szlachetnego. Równocześnie ja nie oczekuję, że ktoś poświęci się dla mnie. Jeżeli będzie chciał towarzyszyć cierpiącemu podczas choroby, to jest jego wybór. I jest wspaniały tylko wtedy, kiedy jest jego świadomą decyzją zgodną z jego charakterem a nie podporządkowaniu się narzuconemu przez społeczeństwo wymaganego zachowania.

Podobnie nie znoszę mówienia, że matka poświęca się dla dzieci. Kocham swoje dzieci, męża, rodzinę i podczas pielęgnowania maluchów, kiedy usunęłam się w cień życia, to był dla mnie najszczęśliwszy czas. W cień życia, czyli nie uczestniczyłam w wyścigu. Wielokrotnie mnie atakowano, że wypadłam z tego powodu z rynku, że już się nie wbiję, że czas uciekł, że inni zajęli moje miejsce. Nawet jeśli inni zajęli moje miejsce to nie zamieniłabym tamtego czasu na inny. Moja decyzja, co do macierzyństwa była świadoma, jak również ta, że odsuwam się wtedy od spraw zawodowych. Moje najlepsze teksty powstały podczas drzemek dzieci, o czwartej rano, bo później byłam cała dla nich. Nie nawiązywałam wówczas żadnych współprac, nie zabiegałam o znajomości środowiskowe, nie byłam aktywna w mediach społecznościowych. Czy coś straciłam? Według mnie nie. Ludzie z zewnątrz lubią kłóć takich jak ja, w ich mniemaniu, brakiem spektakularnego sukcesu. Wtedy pytam: czym jest taki sukces? I nie czekając na odpowiedź, mówię dalej: sukces trwa tylko kilka godzin. Wygrywasz konkurs, odbierasz nagrodę i gratulacje, pijesz lampkę wina a kiedy budzisz się rano, jesteś tą samą osobą, co przed wygraną. A, kiedy patrzysz na rosnące maluchy, to wiesz, że to jest prawdziwy cud, skarb a sukces jest wówczas, kiedy budzimy się w spokojnym życiu. Sukces to szczęście, ale nie to szczęście, które mówimy, że jest ulotne. To nie przyjemność ani motyle w brzuchu. To życie według własnych wartości.

Emocje nie są źródłem, a pochodną własnego wewnętrznego treningu. One są sumą składową, są czymś wtórnym. Nie należy się na nich koncentrować, bo to prowadzi w ciemną uliczkę. Nie pragnij uznania, pochwał i akceptacji osób, które cię atakują, a chętnie atakują, bo sami słuchają tylko swoich emocji. Człowiek, który ma poczucie własnej wartości nie żebrze ani nie zabiega o uznanie. On dobrze wie, że to co osiągnął, wypracował, a wypracował dla siebie, nie dla innych.

Należy pamiętać, że Atlas zbuntowany jest jedną z najpoczytniejszych książek na świecie poza Biblią. Jest to powieść, w której Rand wyłożyła swoją filozofię, powieść, która współcześnie może się wydawać za przydługą. Sama wycięłabym z niej wiele tekstu, ale należy pamiętać, że ona była pisana przed epoką Internetu. I miała na celu przede wszystkim opowiedzenie ludziom o obiektywizmie, mam w tym momencie na myśli filozofię obiektywistyczną, której Rand była twórcą. Celowo nie używam feminatywów, bo nie od każdego zawodu należy je tworzyć – według mnie – niektóre „twory” brzmią niepoważnie. Atlas zbuntowany między innymi, uratował mnie w „momencie próby”. I to zdarzenie wpisuje się również bardzo ładnie w siłę opowieści, i w jej funkcję „leczniczą”. Jest to książka, która była bardzo atakowana siedem lat temu przez opozycjonistów i prawdopodobnie to właśnie mnie do niej przyciągnęło. Książka grubachna, a jej główna bohaterka mierzy się z podobną sytuacją, z jaką ja się mierzyłam te siedem lat wstecz. A, że dzisiaj jest rocznica zdarzenia, które postawiło nas w tamtej dramatycznej sytuacji, to w sposób naturalny dzisiejszego poranka mi się przypomniał Atlas.

Co wprawia świat w ruch? Przedsiębiorcy, twórcy, inżynierzy, hurtownicy, producenci torów i właściciele hut, zarządzający kolejami i ludzie o genialnych umysłach. Każdy z nich ciężko pracuje, jeśli likwiduje swoje przedsiębiorstwo świat traci ważny trybik. Bez jednego by się obył, gorzej jeśli zaczyna tych trybików tracić coraz więcej i to z powodów niezrozumiałych dla innych, niby nagłych, i bez ostrzeżenia. Zaczyna tracić, a na jego miejsce nie powstają nowe z tej utraconej dziedziny, bo nie ma zastępców. Nie ma ludzi, którzy umieliby tych wcześniejszych przedsiębiorców zastąpić. Co się dzieje, że ci najmądrzejsi wysadzają w powietrze swoje długoletnie efekty pracy i znikają. Nie umierają, a znikają?

Fabuła służy Rand za sposób opowiedzenia o swoim systemie filozoficznym – jak już wspomniałam – który w jej czasach miał zwolenników, ale i przeciwników. U nas sama autorka jest mało znana, a jej eseje dotyczące literatury nie zostały przetłumaczone na polski, chociaż dawno nie sprawdzałam, dlatego mogę się mylić. Uważała, że żadna powieść nie wymaga przedmowy, jeśli wymaga tłumaczenia o czym jest, oznacza to, że to zła powieść. Jeśli czytelnik nie jest w stanie zrozumieć intencji autora, to jest zła powieść. Pierwsze zapiski poczyniła w roku 1945, a pierwotny tytuł brzmiał „Strajk”. W swoim dzienniku zastanawiała się, co by się stało ze światem, gdyby ci, co wprowadzają go w ruch zastrajkowali. Gdyby temu światu odłączyć silnik. To wbrew pozorom ważne pytania, bo rzadko się zastanawiamy, co by się stało gdybyśmy stracili prąd, ogrzewanie, wodę w kranie. Gdyby z powodu tegoż braku prądu w sklepach zaczęła się psuć żywność, gdybyśmy nie mogli wypłacić gotówki, gdyby w końcu padły baterie telefonów itp. W czasach Rand tych problemów by nie było, bo nie było też takiej technologii, ale i tak z jej rozważań wyłania się światowa katastrofa. Wynika to również z tego, że nie doceniamy pracy ludzi, którzy stoją za produkcją i dostarczaniem do naszych domów tego, co traktujemy jako oczywiste.

Ważne dla niej było to, aby pokazać kim są siły sprawcze i dlaczego, oraz jak funkcjonują. Kim są ich wrogowie i dlaczego się pojawiają oraz z czego wynika ich nienawiść, i ochota, aby je zniewolić. Podstawowe pytanie brzmiało: na kogo należy położyć nacisk? Na siły sprawcze, pasożytów czy świat. Rand uważa, że na świecie są ludzie pracujący i pasożyty żerujące na ich pracy, i im dokuczający. Mimo, że czerpią zyski z ich pracy, to im jeszcze rzucają kłody pod nogi i chcą założyć na szyję kolczatkę oraz na usta kaganiec.

W jej założeniu nie było, aby „siły sprawcze” gloryfikować, a pokazać, jak rozpaczliwie świat ich potrzebuje i jak podle je traktuje. Nie pokazuje bezpośrednio, co „siły sprawcze” robią, a co się dzieje, kiedy przestają to robić.

„Siła sprawcza” nie jest tutaj, według mnie, odpowiednim sformułowaniem, bo może się nam skojarzyć z rządami państwowymi i politykami. Co jest złym skojarzeniem, bo od razu wpadamy w pułapkę uznając, że to polityka sprawia, że świat funkcjonuje. Tymczasem to ludzka praca to robi, to działające przedsiębiorstwa, których właściciele są dla opinii publicznej niewidzialni i często lekceważeni. Jeśli kasjerka nie stanie za kasą to nic nie kupimy. Doskonale widać było niedawno, co się działo na lotniskach, kiedy zespoły pracujących tam ludzi zaczęły strajkować. Tutaj akurat wmieszała się polityka, ale załóżmy, że ci ludzie mają powody. Nie przychodzą do pracy. Nie ma nawet człowieka, który obsługuje windy. Nic się nie dzieje. Okazuje się, że nawet na najniższym szczebelku piramidy społecznej jest człowiek, którego brak, spowoduje zastój. Powiecie, że za chwilę zastąpi ich sztuczna inteligencja. Ok. Jednak pamiętajmy, że brak prądu stworzy zastój jeszcze szybciej. Brak prądu to brak Internetu, to nie działające urządzenia, to brak komunikacji.

Ale wróćmy do Rand. Ona jeszcze nie zna naszej technologii. Ma tylko świadomość, że to przemysł i rolnictwo jest sercem świata. Jak dobrze wiemy wątroba w organizmie w jakiś sposób się regeneruje, bez jednego płuca da się żyć, bez śledziony także, a nawet bez jednej nerki. Bez serca się nie da. Kiedy serce staje, organizm umiera.

Autorka próbuje zrozumieć, dlaczego ludzie będący siłami sprawczymi pozwalają, aby „powielacze” (ona stosuje taką nomenklaturę) na nich żerowali. Dlaczego nigdy dotąd twórcy nie zastrajkowali, przy czym twórca to tutaj każdy człowiek, który dzięki własnym pomysłom zasila sprawniejsze działanie gospodarki świata. Każdy kto jest w stanie cos tworzyć, produkować. Nie dotyczy ta nazwa tylko artystów czy pisarzy. Zastanawia się Rand, jakie błędy popełnili/ają twórcy oddając się we władanie najgorszych. Po czym pokazuje to na podstawie głównej bohaterki, która tak mnie ujęła. Chodzi o Dagny Tagart, która jest współwłaścicielką przedsiębiorstwa kolejowego. I, której ostatecznego zachowania pod koniec powieści nie akceptuję, ale zauroczyła mnie swoją szczerością, determinacją i walką o przetrwanie przedsiębiorstwa wbrew problemom kadrowym i rodzinnym odbijającym się na zarządzaniu firmą.

Dagny w efekcie nie przyłącza się do strajku, bo jest przesadnie optymistyczna i pewna siebie. Uważa, że sama da radę nawet jeśli nie będzie miała już z kim współpracować. Rzecz jasna popełnia błąd, który popełniało już miliony bohaterów nie tylko książkowych, ale i ludzi z życia codziennego. Nie wierzy w prawdziwe zło. Nie uświadamia sobie, jak bardzo jest źle, bo nie potrafi takiej wiedzy przyjąć. A na słowach „jakoś to będzie” i „na pewno się uda” można budować jedynie teksty piosenek i to do skeczy.

Popełnia błąd, ale w pewnym sensie ją rozumiemy i ją usprawiedliwiamy. Jest to częsty błąd indywidualistów i twórców. Takie osoby łudzą się, że mogą zrobić więcej niż istotnie mogą. Tutaj przydałby się umysł hazardzisty. Hazardzista bowiem doskonale orientuje się w zastanej sytuacji i jeśli jest rasowym hazardzistą, to nigdy nie wyskakuje z motyką na słońce. Potrafi obliczyć zysk i stratę. Niczego nie zaokrągla, żadnej informacji ani liczby nie lekceważy. Nie wierzy w przypadek ani w łut szczęścia. W takich grach nie można wierzyć w podobne fantazmaty. Jeśli ktoś wierzy to jest naiwny i zwyczajnie przegra mimo pięknej duszy.

Rand tłumaczy błąd optymizmu tym, że optymizm leży w naturze twórcy. Wszak, gdyby nie wierzył, że mu się uda, to nie odważyłby się na jakiekolwiek działanie. I trudno się z nią nie zgodzić choć konkluzja jest gorzka, że skazani jesteśmy na popełnianie tego błędu. Nie, nie. Rand od razu tłumaczy swoje stanowisko. Optymizm zakłada, że wszechświat jest dobry, dlatego to czego pragniemy nam się uda, ale nie ma potrzeby tego optymizmu rozkładać na poszczególnych ludzi, bo to oni najczęściej nas zawodzą i to oni rzucają nam pod nogi te kłody. Życie twórcy w opinii Rand nie zależy od innego człowieka. Pomysły pojawiają się w głowie twórcy niezależnie czy otacza go wianuszek wielbicieli czy jest samotny. Po drugie, człowiek jest istotą posiadająca wolną wolę i może iść droga dobra lub zła – to jego wybór. Konsekwencje tej decyzji również należą do tegoż wyboru, a jej wpływ dotyczy tylko tego konkretnego człowieka, a inni nie powinni rozciągać na siebie tych konsekwencji i dobrowolnie ich dźwigać na własnych ramionach.

Podsumowując, choć w naturalny sposób twórca kocha człowieka, bo kochając siebie, nie potrafi nie kochać drugiego człowieka, to nie może popełniać błędu, który objawia się czczeniem ludzkości czyli kolektywu. Nie może narzucać na siebie obowiązku odpowiadania za tę ludzkość, bo każdy z członków tej ludzkości ma swoją wolną wolę i swój umysł myślący, choć czasem myślący głupio – niestety.

Mnie Rand zafascynowała nie tyle swoją filozofią czy sposobem myślenia, a samą fabuła. Choć na dzisiejsze czasy sporo materiału bym usunęła, ale rozumiem, że wykładała na stronach tej powieści swoją filozofię, która przywraca szacunek jednostce. Pojedynczemu człowiekowi. Pochwala indywidualizm. Krytykuje kolektywizm, bo kolektywizm zawsze kogoś krzywdzi. Ktoś na kogoś pracuje. Nie mam tutaj na myśli wspierania ludzi chorych czy niepełnosprawnych albo starszych, bo to jest oczywistością. Oni nie mają siły, aby sami na siebie zapracować. Mam na myśli zdrowych ludzi w pełni sił, którzy przez Rand są nazywani pasożytami, którzy jeżdżą na plecach „twórców” i choć, jak już pisałam, czerpią z nich zyski, to ich nie szanują, a chcą nimi rządzić. Co im się zresztą udaje.

Dla mnie samej, jako czytelniczki, John Galt, o którego wszyscy w powieści pytają, jest najmniej istotny. Kiedy w końcu go znajdujemy, dowiadujemy się, gdzie jest i kim jest, to niczego nie zmienia. Co prawda to on ten strajk rozpoczął i zorganizował całą akcję, ale mnie osobiście jako postać rozczarował. Trochę trąci fanatyzmem. Sektą. To on wygłasza kilku stronnicowe tyrady na temat filozofii Rand. Są o tyle ciekawe, o ile jesteśmy zainteresowani jej spojrzeniem na świat. Dla samej powieści w takim nadmiarze są szkodliwe, ale musimy pamiętać, że Rand nie mówi o sobie, że jest literatką czy pisarką. Ona jest filozofem choć beletrystykę wykorzystuje do opowiadania o tej filozofii.

Mnie postawa Dagny i Reardena dała najwięcej siły. Rearden przyłącza się do strajku, co powoduje, że para się rozstaje, bo on niejako przechodzi do świata „podziemnego”, w którym będzie pracował na własnych warunkach a nie na rzecz niewdzięczników. Czy ten „podziemny” świat jest możliwy? Niejako „drugi obieg”? Nie. Jest to swoistego rodzaju utopia choć bardzo pociągająca.

Jednak siedem lat temu, kiedy nie rozstawałam się z Atlasem zbuntowanym, bo zabierałam go ze sobą wszędzie. Zaznaczałam ważne fragmenty i zapominałam o tym, że nie mam już siły. Kiedy pracowałam dwanaście godzin na dobę i robiłam wszystko od pracy fizycznej, rozładunków aut, po obsługę klientów i pisanie faktur. Działałam na adrenalinie i nie sądziłam, że ona może człowieka tak długo napędzać, to postawa Dagny i cała opowieść popychała mnie do tego aby kolejnego dnia wstać z łóżka, siąść za kierownicą, pojechać po towar, równocześnie obgadując przez telefon publikację mojej drugiej książki. Bez spania i apetytu. Z dobrą miną do złej gry. Liczyło się tylko działanie. Ta opowieść trzymała mnie w pionie. Dobrze, że są takie książki i dobrze, że mąż kupił Atlas właśnie tamtego czerwcowego dnia.

Ayn Rand twierdziła, że jej stosunek do własnego pisania najlepiej oddają słowa Victora Hugo: „ Gdyby pisarz tworzył wyłącznie na potrzeby swoich czasów, musiałbym złamać i wyrzucić swoje pióro”.

„Powieści, we właściwym tego słowa znaczeniu – pisała w przedmowie do jubileuszowego wydania z okazji 25-lecia Źródła – nie powstają, po to, by zniknąć za miesiąc czy rok. Fakt, iż obecnie tak się dzieje – powieści są pisane i wydawane niczym czasopisma i równie szybko jak one kończą żywot – jest jednym z najsmutniejszych aspektów współczesnej literatury i wystawia bardzo złe świadectwo dominującej dziś estetyce: miłującemu konkrety dziennikarskiemu naturalizmowi, który znalazł się właśnie w ślepej uliczce i przerodził w paniczny bełkot.”

Żeby dzieło literackie zyskało ponadczasowość nie może w swojej treści zawierać błahostek dnia powszechnego. Musi nawiązywać do uniwersalnych problemów i wartości ludzkiego życia. Być może to sformułowanie zabrzmiało patetycznie, jednak oddaje doskonale moją myśl, gdyż fascynacja tą pisarką wynikła właśnie z odkrycia jej ponadczasowości.

Rand urodziła się w 1905 roku, Źródło pochodzi z roku 1943 – obecne na rynku było dwadzieścia pięć lat – a Atlas zbuntowany został opublikowany w 1957. Do czego zmierzam? Mamy rok 2025 i czytając teksty pisarki ma się wrażenie, że ona pisze o naszych czasach. Te daty są celowe, żeby wskazać rozrzut lat na przełomie, których tematy poruszane w tych powieściach są ciągle aktualne.

Żyjemy w czasach, w których kompetencje, wiedza, nauka – przestały być wartościami. Zniknęły tematy poważne, nie ma świętości, zasad, norm. Można wyśmiewać wszystko i robi się to. Jest przyzwolenie na kpiny z zaangażowania, z dążenia do celu, z konsekwencji i uczciwości.

W Atlasie zbuntowanym obserwujemy sytuację, w której jeden z głównych bohaterów jest napastowany przez własną matkę, która chce go zmusić aby dał pracę swojemu bratu. Brat ów jest typowym niebieskim ptakiem, który nic nie umie, nie ma zawodu, ale potrzebuje pracy – nie żeby zarobić na chleb, bo głoduje – potrzebuje tej pracy, żeby poprawić sobie samopoczucie. Nic nie potrafi robić, ale chce pobierać pensję za to, że nic nie robi. A nasz bohater powinien mu tę pracę dać, bo według polityków ma obowiązek względem społeczeństwa. Sytuacja paradoksalna, ale z takich paradoksów składa się fabuła tej powieści. Mamy dziewczynę, która ratuje firmę przed upadkiem pomimo tego, że jej brat siedzi na kierowniczym stanowisku i jest najzwyczajniej w świecie zadufanym w sobie głupcem. Mamy również trzy pytania, które dobrze jest sobie co jakiś czas zadać a na pewno po katastrofie.

1. Gdzie jestem?

2. Jak się tego dowiedzieć?

3. I co mam zrobić?

To są pytania, które wyimaginowany astronauta powinien zadać sobie, po katastrofie na obcej planecie. Przytacza je Rafał Mazur – autor podkastu, w którym między innymi opowiada o filozofii Rand.

Jednak podobne pytania zadajemy sobie po życiowej katastrofie.

Człowiek sam bierze odpowiedzialność za własne sukcesy jak i porażki. To jest rzecz jasna człowiek idealny, jednak jeśli wraz z ciałem rozwija się w człowieku jego duchowość, to ona reguluje nie tylko samoświadomość, ale również świadomość dotyczącą własnego postępowania. Czyli często wiemy, że sami jesteśmy sobie winni. Pewnie, że czasem usłużni „pomagają” sprowadzając nas na manowce, jednak jeśli mamy wewnętrzną siłę (jej fundament) to wrócimy do równowagi.

Żyjemy w czasach przewrotnych, dlatego warto zacząć od tworzenia w sobie siły, bo na pewno nikt inny za nas tego nie zrobi, a bardzo wielu chętnie zacznie nam wbijać do głowy, że jesteśmy nic niewarci. Rozum. To jest to czym się człowiek powinien kierować według Rand. Nie papugowaniem, nie bezmyślnym powtarzaniem za kimś. Nawet jeśli się kogoś nie lubi, to nim się go nazwie kłamcą, należy na to mieć dowody. A najlepiej sprawdzić u źródła.

„Altruizm ogłasza, że każde działanie podjęte dla dobra innych jest dobre, a każda akcja dla własnej korzyści – zła. Zatem jedynym kryterium wartości jest beneficjant: jeśli jest nim ktoś inny niż sam sprawca, to wszystko w porządku.” [Ayn Rand, Cnota egoizmu]

Niestety, sporo działań tworzonych w imię dobra innych wygląda nie za pięknie. Z takich balów charytatywnych śmiał się już Prus, bo uważał, że poza nazwą nie mają nic wspólnego z dobroczynnością [Kroniki].

Ayn Rand widzi w człowieku siłę. Uważa, że człowiek ją w sobie ma, tylko musi podjąć decyzję, czy postanawia być człowiekiem silnym czy ofiarą osób pasożytujących na nim. To pasożytowanie w różny sposób się objawia i najczęściej ma niewiele wspólnego z finansami. Ale warto w tym miejscu nadmienić o pieniądzach. Dlaczego wielu z nas boi się o nich rozmawiać? Tak jakby były tematem tabu. Nie mam na myśli rozmów towarzyskich czy chwalenia się wysoką pensją, a rozmów związanych z zawodem czy stanowiskiem, jakie się pełni. Rozmów na płaszczyźnie biznesowej. Gdzie jest praca tam powinno się również mówić o pieniądzach a nie uważać ten temat za wstydliwy. Bo pisarz żyje powietrzem i pisze z pasji, ewentualnie przymiera głodem, ale to takie „romantyczne”. Nie, nie jest romantyczne ani pełne pasji. Kiedy wyszła moja druga książka zderzyłam się z pośrednikami czyli dystrybutorami książek, bez których nie ma jak trafić do księgarń, bo księgarnie wolą podpisać umowę z „dużym graczem” na kilkanaście tytułów niż z małym na jeden. Pani, mówili, ile tej roboty papierkowej, to lepiej hurtem i za jednym zamachem. Nikogo nie obchodziła treść książki ani jakość. Pośrednik życzył sobie abym mu „sprzedała” książkę za przysłowiową złotówkę, ale on cenę windował ponad miarę. Czyli mój zbiór kilku opowiadań, który dla czytelnika, tak uczciwie mówiąc powinien kosztować góra 25 złotych po bytności u pośrednika (mam tutaj na myśli hurtownie) wskoczyłby na cenę 35, a w księgarni pochwalić by się mógł kwotą 45. Taką kwotę oferuje się grubej powieści, tymczasem nikogo to nie obchodzi, dlatego taki zbiór opowiadań jest na z góry przegranej pozycji, bo nikt nie zapłaci takiej kwoty za kilka opowiadań, żeby to zrobić, musiałyby być ze złota.

Nawiązuję rzecz jasna do awantury medialnej dotyczącej podwyżki dla pisarza a pastwiącej się nad wydawcą. Nie wiem na ile to prawdziwy problem, a na ile rodzaj reklamy, bo współcześnie wszystko jest możliwe, jednak osoba z zewnątrz jaką jest czytelnik nie zdaje sobie sprawy przez ilu pośredników książka przechodzi. A to pośrednicy na niej zarabiają najwięcej i bez znaczenia jest to czy książka okaże się punktem jeden czy nie. Oni zarabiają już na dzień dobry. Dlatego wydawcy dałabym spokój. Należy też pamiętać, że w wydawnictwie nad książką pracuje sztab ludzi. Wypromowanie książki nawet najlepszej nie jest łatwe. Nie chciałabym w tym momencie nikogo obrazić, ale bardzo często czytelnikom trzeba wmówić, że ta, o ta konkretna książka jest dla nich, że muszą ją mieć!

Co na takie praktyki Rand? Zaproponowałaby ucieczkę z takiego świata do jej świata podziemnego, do utopii, świata idealnego, gdzie nikt nikogo nie wykorzystuje. Wizja piękna, ale każdy wie, że to tylko wizja. Pisarz ma pomysł i ten pomysł realizuje, jednak okazuje się, że redaktorzy przy wielu tekstach tak bardzo pracują, że bez nich teksty te nie nadawałyby się do pokazania komukolwiek. Niedawno ktoś wspominał o pisarce, która zmieniła redaktora i żadna późniejsza jej książka już nie zdobyła popularności. Można ten temat rozpatrywać na wielu płaszczyznach czemu tak się stało, jednak pierwszy problem jaki przychodzi na myśl, to ten, że ona nie potrafiła pisać, a poprzednia redaktorka ratowała sytuację. Jednak skoro nie potrafiła, to jakim cudem została przez wydawcę zatrudniona (autorka). I tutaj kolejny rozległy temat, bo coraz rzadziej liczy się jakość pisania, a zwraca się uwagę na tematykę. Jeśli tak by nie było, to co by robiły pewne tytuły na półkach, książki, których ja nie jestem w stanie czytać. Po pierwszych dwóch zdaniach już wiem, czy jestem czy nie. I często żaden, nawet najlepszy redaktor tego nie jest w stanie poprawić.

Znowu nawiążę do Rand.

Perły przed wieprze, tak, takie słowa również słyszała, że rozrzuca w zamian nic nie dostając. Porównywano ją do Rodziewiczówny, tutaj u nas, kpiąc rzecz jasna z Rodziewiczówny. Można dyskutować czy sposób pisania Rodziewiczówny jest mistrzowski, jednak nie należy lekceważyć tego, że czytelnikom odpowiadał. Jest jeszcze jedna sprawa nad którą nie powinno się przechodzić obojętnie. Rodziewiczówna tworzyła bohatera idealnego, bohatera godnego, który godnie żyje czyli promowała etos pracy i woli, które zostały już dawno zbezczeszczone. Jako ciekawostkę warto wiedzieć, że Konopnicka, przyjaciółka Rodziewiczówny, nie znosiła jej prawych bohaterów i dała temu wyraz w emocjonalnej recenzji, która jest nawet komiczna. Mimo, że nie wiemy czy Rodziewiczównę w ogóle obeszła, bardzo krytyczna i wyśmiewająca była i aż dziw, że można coś takiego popełnić w sprawie swojej dobrej koleżanki, to sporo mówi o samej Maryśce.

Poprzedni artykułSubiektywne Kalendarium Artystyczne Anny Łyczewskiej [3-16/IV]
Następny artykułJoanna Nowocień – Wiersze Tygodnia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko