Krystyna HABRAT.
PIĘKNY ŚWIAT, PIĘKNE ŻYCIE
Kiedy po raz pierwszy wyjechałam z mężem na wycieczkę po Europie, mając trzydzieści kilka lat, zaraz za granicą zachwycił mnie powszechny widok czerwonych pelargonii, na parapetach mijanych domów, zabudowań gospodarczych, i gdzie tylko spojrzeć. A nasz przewodnik pospieszył z wyjaśnieniem, że to tutaj zwyczajne. Wystarczy w stary garnek nasypać piasku i wetknąć weń sadzonkę, a wkrótce zakwitnie i będzie kwitła i kwitła, nawet, gdy się zapomni o podlewaniu.
My spieszyliśmy wtedy do wymarzonego Paryża, do Szwajcarii, Lichtensteinu, Austrii, Włoch i najpiękniejszych stron Jugosławii, zwiedzając tamtejsze zabytki, często określane jako cuda świata, a po drodze, podziwiając krajobrazy – takie cuda natury. Mąż już podczas studiów zwiedził kawał Europy, ale też był pod wrażeniem tego co wtedy poznaliśmy: Paryż, Wenecję, Innsbruck, Zurich, Bazyleę, Mont Blanc… Kościoły, zabytki, muzea, krajobrazy. Po powrocie zrobił mi niespodziankę: załatwił sadzonki drzew i krzewów, plan terenu z oznaczonymi rurociągami i przewodami oraz sprzęt i zaczął sadzić zieleń wokoło naszego XIV-piętrowego bloku, a sąsiedzi mu tłumnie pomagali, poczynając od skopania gliniastej ziemi, wywiezienia gruzu i cegieł po budowie. Siedem lat nasz blok nie mógł doczekać się zagospodarowania przestrzeni, aż wziął się do tego społecznie on, po pracy. Przez 4 miesiące. Jeszcze w Wigilię wiązał drzewka do palików, które ktoś pozrywał. Ale naszej spółdzielni mieszkaniowej to zazielenianie nie było w smak, bo planowała tu wielki parking wysypany żużlem. I dopięła swego. Jest parking pod oknami, ale też trochę rozrosłych się już brzóz, akacji, lip, jarzębów, klonów i jedna wierzba płacząca, bo dwie powaliła wichura. Przyjemnie teraz usiąść na ławeczce i pogadać z sąsiadami pod akacją. Rozkoszować się jej zapachem, gdy kwitnie, podobnie jak później lipą. Popatrzeć na polne kwiaty wyrastające z trawnika.
Tylko właściciele samochodów woleliby w tym miejscu jeszcze większy parking, a szczególnie ci z bloków sąsiednich, w myśl zasady, że to, co uciążliwe – warczy, dymi, truje spalinami – stawiamy koło sąsiada. Ci tak samo, u siebie mają bzy i żywopłoty, a nasz ligustr, który mąż przywoził na dachu jeszcze malucha, wycięto dla parkingu. Tamci widać byli bardziej pyskaci.
I tak jest ze wszystkim. Dobro jednych zagraża interesom innych i konflikt rośnie. Ale wracam do tych pyskatych, konfliktowych i znowu do granicy.
Czytam w „Chłopkach” – Joanny Kuciel-Frydryszak, o kobiecie, „która wyruszyła do Szwajcarii i powróciła olśniona” >> Pierwsze wrażenie, gdy się przekracza naszą granicę, to ta dziwna nieuprzejmość i niegrzeczność jednych, względem drugich. Po prostu jeden człowiek patrzy wilkiem na drugiego, nikt się do drugiego nie uśmiechnie, nikt nikomu nie ustąpi, ani w niczym nie pomoże, /…/ Jakżeż inaczej zachowuje się ludność innych krajów, a zwłaszcza Szwajcarii. Czuje się tam otoczonym życzliwością i chęcią przyjścia z pomocą. /…/ jeśli więc kobiety polskie nie będą się starały wśród swego otoczenia i swych dzieci wyrabiać grzeczność, uczciwość, uprzejmość dla ludzi i życzliwość dla zwierząt i roślin to nie przyczynią się do tego, by nasz naród mógł zaliczać się do najkulturalniejszych<<”.
Powyższy cytat pochodzi z przedwojennego czasopisma dla kobiet i autorka książki opatrzyła go takim komentarzem: „Czytelniczki pism dla kobiet wiejskich nie bardzo wiedzą, o co tym paniom chodzi. Estetyka czy savoir-vivre nie należą do ich największych problemów.”
A blisko 100 lat później co się zmieniło? Na wsiach mają już w domach podłogi, światło elektryczne i łazienki z wannami, a także radia, telewizory, telefony i komputery, ale ogólnie w kraju zmieniło się pod względem grzeczności i życzliwości wobec bliźniego na gorsze.
Nawet przez ten postęp techniczny, bo teraz, jak ktoś ma do kogoś złość, to już nie pisze o tym na płocie, ale w internecie wzywa, by wysyłać do znienawidzonego (a czemu, to nie wiadomo) polityka paczuszki z cuchnącą zawartością i podaje jego adres. Wypada to tak? Czy potem taka osoba nie ma kompleksu niższości, że jest gorsza od innych, bo nie potrafi się zachować jak należy?
W mojej pracy zawodowej stykałam się z podobnymi problemami. Jestem na to wyczulona też prywatnie. Pomagałam nieraz rozplątać jakąś sytuację konfliktową. Często ci pozornie krzywdzeni bywają najbardziej dokuczliwi. Kobieta, która nikomu z sąsiadów nie powiedziała nigdy: dzień dobry, nie uśmiechnęła się, raz w chwili szczerości czy rozpaczy wyznała drugiej sąsiadce, że ją wszyscy tu prześladują, bo jest ze wsi. Tylko nikt o tym nie wiedział i pozostali nawiązali dobre stosunki ze wszystkimi prócz niej, bo mijała każdego patrząc wilkiem i tylko odburkiwała spode łba na czyjeś: dzień dobry. A inny lokator każdego dnia po powrocie z pracy wymiatał cichcem wielką miotłą piasek spod swych drzwi do sąsiadów. Przyłapany tłumaczył, że to tamci mu śmiecą. Cóż, na wspólnym korytarzu, nikt nie pofrunie, by ominąć kawałki posadzki innych. Bardzo się zdziwił, słysząc, że z sąsiadami trzeba dobrze żyć, pomagać sobie nawzajem, zagadać, pośmiać się. Wyraźnie nikt mu tego wcześniej nie powiedział i dla niego każdy sąsiad, to był wróg, jak Kargul z filmu „Sami swoi”, którego trzeba zwalczać. Czasem wcisnąć zapałkę w drzwi, niech sobie zmienia cały zamek i klucze.
Inna pani skarżyła się, że na starość sama opiekuje się od miesięcy obłożnie chorym mężem, bo dzieci daleko za granicą. A skąd te dzieci miały się nauczyć empatii, gdy wpajano im – co dało się zauważyć – że najważniejsze to, co moje, że po trupach do celu…
Och, jak ludzie nie lubią jeden drugiego! Widziałam kiedyś, jak pracownik ustawił sobie biurko tyłem do współpracownicy, by nie patrzeć na nią. Wszyscy zaglądali tu się pośmiać. Czy tej pani ktoś współczuł. Raczej nie. Też potrafiła pokazać rogi.
Gdzie indziej podwładny wciąż, trzeba czy nie trzeba, wygadywał na szefa. Raz podczas takiej gadki, drzwi się uchyliły, a w nich stał ten szef. Przeprosił, i już zamykał drzwi, gdy w podwładnym zdążyła nastąpić olbrzymia metamorfoza. Skoczył w susach do szefa i choć ten tłumaczył, że zajrzał niechcący, myśląc, że o tej porze ta sala wolna, w przymilnych uśmiechach wciągnął go do środka, doprowadził do swego krzesła i posadził. Stanął nad nim uniżony, roześmiany, przypochlebny, że wszyscy zgłupieli. Szef również nie wiedział co począć i z trudem zdołał się wyrwać.
Przed laty koleżanka podsunęła mi pewien problem, jaki miała pewna grupa pracowników. Wzięłam sprawę pod lupę, przeprowadziłam kilka wywiadów, opracowałam anonimową ankietę i wyniki przedłożyłam dyrektorowi. Pracownicy ci uzyskali pewien przywilej, a – o ile pamiętam – chodziło o zwalnianie z pracy godzinę czy dwie wcześniej tych, którzy studiowali wieczorowo w filii politechniki przy tym zakładzie. Wyszło OK. Był nawet artykuł o mnie w ogólnopolskim czasopiśmie młodzieżowym ze zdjęciem i wywiadem. Nie dawała mi tylko spokoju jedna wypowiedź w ankiecie, gdzie odpowiadający narzekał, że tak mało ma czasu, by pogodzić naukę z pracą, a tu jeszcze ktoś zabiera mu dwie godziny na wypełnienie tej ankiety. Zdziwiłam się, bo ilość pytań była niewielka i można ją było wypełnić z namysłem w pół godziny. Przyjrzałam więc ponownie, co mogło mu sprawić taką trudność i wtedy odkryłam po szczegółach, że tak napisał mąż owej koleżanki, która prosiła mnie o zainteresowanie się ta sprawą. A przecież w rozmowie nie narzekał.
Wtedy uświadomiłam sobie, że ludzie bywają dziwni. Nie da rady zrozumieć każdego. A tym bardziej mu pomóc. Nieraz w poradni dawałam ludziom określone zalecenia, a ci rozumieli je, jak im pasowało. Czasem na odwrót. Szczególnie, gdy był to rodzic, który źle traktował swoje dziecko.
Jeszcze w pierwszych latach mojej pracy poszłam raz z koleżanką do biblioteki zakładowej poszukać książek, przydatnych w naszej dziedzinie. Wyszukałyśmy duży stos i miła pani kierowniczka oznajmiła, żebyśmy się nie trudziły, oni je nam jutro dostarczą. Upłynęło kilka dni, szef zadzwonił zapytać, co z książkami, obiecali dostarczyć. Nazajutrz drzwi naszego pokoju otworzyły się z hukiem i od drzwi szurnęły na nieco oddalony stolik paczki z książkami. Cud, że nie spadły na ziemię. Dwie młode dziewczyny, z wyglądu w funkcji gońca, mruknęły coś niezrozumiale i z trzaskiem zamknęły drzwi za sobą.
Dlaczego tak? Szef spróbował wyjaśnić sprawę i okazało się, że przecież mogłyśmy same sobie te książki przynieść. Tak zamierzałyśmy, ale nas od tego sami odwiedli. Może uprzejma szefowa miała dobre zamiary, ale jak sobie pogadali, że my obie niby tak ważne, że niby ważniejsze od nich, to im się „odechciało”. gdyby tak nie ustalili, nie wybierałybyśmy aż tylu książek, tym bardziej, że jedna z nas spodziewała się dziecka, co było już widać. Widać w tamtych paniach zawrzała zazdrość.
W wypowiedzi pani z „Chłopek” wspomniane jest o wpajaniu dzieciom przez matki zasad dobrego zachowania, które ułatwia życie tym dzieciom i wszystkim.
Miałam okazję obserwować dzieci, którym wpajano niewłaściwe postawy społeczne. Nie ułożyło się życie dziewczętom, które nieustannie słyszały, jak ich rodzinę skrzywdzono przy podziale majątku i żeby tamtym orzech pod domem nie dawał tylu owoców. Dziewczyny stroniły od ludzi, bały się. Nie ułożyło się też życie dziewczynom, których matki darły wysoko nosa i to samo przejęły córki. Chłopaki bali się ich.
Właściwie to najbardziej cenię przedwojennych dżentelmenów o uroczym stylu życia i dbających o maniery jak i piękną kaligrafię, nieco sentymentalnych, takich jakby ze starych przebojów o ostatniej niedzieli.
Znam z opowieści kogoś, kto na takie bale chodził w smokingu, że na jednym balu pojawił się kogut, no ktoś tak przebrany, o północy donośnie zapiał i zniósł jajko. A potem, może już na innym balu, męski głos zaśpiewał:
„W tą smutną niedzielę czekałem na ciebie.
Przed chatą w noc późną,
W dzień biały o świcie.
Lecz kiedy już gwiazdy ginęły na niebie,
Powrócił mój smutek i szepnął: na próżno.
Łzy w oczach stanęły i nagle o świcie
Bez celu, bez sensu wydało się życie
W tę smutna niedzielę.”
Wtedy jeden z panów wybiegł i zastrzelił się pod oknem. Podobno przeżywał coś podobnego. Tak sentymentalnych panów było przed wojną więcej, W końcu tę piosenkę zakazano. Nie podam więc ostatniej zwrotki. Choć lepsza ona niż słuchanie wrednych wypowiedzi pewnych osób.
Jakże inni teraz są ludzie. Ci, których obserwujemy na ekranach telewizji czy internetu często mają język niewyparzony. Lekceważą nie tylko savoir-vivre, ale w ogóle ludzi. Gdzie tam im do sentymentów. Gdzie do wielkiej miłości. Dawni panowie nigdy nie wypowiedzieli by słowa, jakie jest w użyciu pewnej grupy. Tamci wiedzieli, co wypada. Wtedy żyło się ładnej. Może nie każdemu, czegoś jednak żal.
Może nie wszędzie jest aż tak źle. Zapamiętałam z tej pierwszej wycieczki zagranicznej, jak w kościele, we Francji lub Szwajcarii, wychodziliśmy po mszy i jakiś pan dotknął niechcący ramieniem mego ramienia. Jakże on przepraszał. Aż byłam zaskoczona, pamiętając, jak w moim ciasnym kościółku, czekającym latami na budowę nowego, po mszy wszyscy tak pchali się do wyjścia, że można było podkurczyć nogi i zostać wyniesionym wraz z tłumem. A podczas tego organista grał zawsze Fugę Bacha, która potem kojarzyła mi się długo z tym ściskiem.
A wracając do „Chłopek”. Trochę bałam się brać tę książkę do rąk. Nie miałam zamiaru jej czytać, bo sądząc po okładce i tytule, zapowiadała potężne przygnębienie opisami znojnego życia biedaków na wsi. A do tego taka gruba. Ale, gdy ją dostałam, zaczęłam czytać i wciągnęła mnie jak magnes. Trudno się od niej oderwać, bo wywołuje silne emocje: gniewu, złości, zdziwienia, to znów podziwu, radości itd, bo czytam dalej. Życie opisanych chłopek jest tak dalece niepodobne do życia współczesnych kobiet, szczególnie z miasta, że czyta się jak powieść fantastyczną albo jakąś skandynawską sagę z dawnych lat w podobnym klimacie. Równocześnie opisane życie tamtych kobiet jest bardzo podobne do naszego, ponieważ każdy człowiek musi jeść, spać, chronić się przed zimnem lub deszczem. Każdy kogoś kocha, coś lubi, czymś się martwi… I wtedy interesujące są tylko sposoby zaspakajania tych podstawowych potrzeb biologiczno-psychicznych lub radzenia sobie z ich niezaspokojeniem. W tym te kobiety są tak same jak my. Może bardziej pracowite, bardziej odporne na ból… I to nas w tej książce wciąga.
Jednak co ważniejsze, jest w tej książce pewnego rodzaju optymizm, polegający na powolnym osiąganiu poprawy chłopskiego życia. Jedni osiągają to własną pracą i uporem, inni mają trochę szczęścia, jeszcze inni, często kobiety, osiągają lepszy los, wyjeżdżając ze wsi, do Ameryki, do dużego miasta, nawet na służbę, gdzie trochę lepiej zjedzą, lepiej się ubiorą i zobaczą trochę świata, że można żyć inaczej.
A czytelnik, jak każdy normalny człowiek cieszy się tym ich marszem ku czemuś lepszemu.
Zawsze cieszy, gdy bohater powieści wychodzi z tarapatów. I gdy książka ma happy end, a dobro zwycięża. To tylko krytycy literaccy wyżej stawiają literaturę ponurą, gdzie zło jednak zwycięża (może jak w życiu), a wszystko jest bez sensu, bo to bardziej definiuje nasz świat. Komedie, utopia, bajki, są przecież niepoważne. Realny świat nie jest wesoły.
Na szczęście kwitnące kwiaty w każdym oknie, na każdym balkonie, cieszą nas. Takie drobiazgi dodają szczęścia.
Coś jednak w nas jest takiego, że lubimy poprawiać świat, udoskonalać wszystko. Na tym polega postęp. Tylko postęp techniczny, osiągnięcia nauki, nie idą w parze z rozwojem człowieka.
Człowiek wszystko psuje. Wywołuje wojny i burzy pięknie zbudowane miasta, niszczy dorobek kulturalny, zabija niewinnych ludzi.
Zresztą niektórym zawsze wiatr wieje w oczy, a innym, jak w przysłowiu, nawet byk się ocieli. Tylko czy my potrafimy być szczęśliwi?
Czy nie zanadto pielęgnujemy nasze kompleksy, niedoskonałości, często pozorne. Może nazbyt ulegamy nakazowi poświęcania się, pokory, wybaczania nawet wrogom, choć o to nie proszą?
Cieszmy się więc bardziej życiem, pięknym krajobrazem, rozkwitającą wiosną. Perspektywą przemiany duchowej przed Wielkanocą i potem przysmakami na stole: pisankami, babką i mazurkiem.
Śpiewajmy i tańczmy w domu i gdzie tylko się da. Pozdrawiajmy uśmiechem sąsiadów. Sadźmy na parapetach pelargonie. I drzewa za oknem. Czytajmy dobre powieści. Te dawne, ponadczasowe arcydzieła i te nowe, opisujące naszą rzeczywistość. I wiersze. Poezja i muzyka są nam potrzebne do życia jak powietrze i słońce. Wtedy czujemy się lepsi.
Krystyna HABRAT. Katowice 24.3.2025r.





