Paweł Jaszczuk
Droga do Raju
Przeraźliwy sygnał karetki wjeżdżającej na OIOM wyrywa mnie ze snu. Zapalam lampkę, lecz gaszę ją natychmiast – na ściennym zegarze dochodzi dopiero trzecia. Ciemność otacza mnie ze wszystkich stron. Leżę w szpitalnej izolatce i nie pamiętam, co mi się śniło. Wiem tylko, że dzisiaj czeka mnie operacja. Doktor zapewnił, że to rutynowy zabieg, a pielęgniarka oddziałowa stwierdziła, że nie ma się czego bać. Staram się na nowo zasnąć, ale sen nie wraca. Kiedy byłem małym chłopcem, przykładałem pięści do oczu, szeptałem jakieś zaklęcia, po których momentalnie zapadałem w sen. Próbuję znowu zastosować tę starą sztuczkę. Zaciskam palcami kciuki, przykładam je do powiek, lecz nie pamiętam zaklęć. Przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje. Widzę tylko pod powiekami taniec pomarańczowych iskier, podobnych do tych, które wylatywały z komina starej odlewni żeliwa w Morągu. Oglądaliśmy je wiele razy z moim bratem Piotrkiem, nie mogąc się na nie napatrzeć. Teraz podobne iskry wirują w mojej głowie coraz szybciej i raptem gasną. Widzę po chwili małego chłopca wspinającego się po drewnianym płocie na drzewo morwy. Poznaję spodenki na szelkach, usmarowaną bawełnianą bluzkę i znoszone sandałki. To ja. Zginam gałąź, zwisam głową w dół i sięgam ręką po czarne owoce, które smakują jak dojrzałe jeżyny. Sok ścieka mi po policzkach, skleja rzęsy, ale wciąż mi mało. Jak głodny ptak, przeskakuję z gałęzi na gałąź, łykając soczyste morwy. Brat robi to samo. Bujamy się na gałęziach, lecz w końcu, obsztorcowani przez wychowawczynię, zeskakujemy na ziemię i dołączamy do dzieci bawiących się w berka.
Staram się przywołać najdawniejsze wspomnienia z dzieciństwa, jednak nie potrafię znaleźć pierwszego obrazu. Może był nim kasztan, którego gałęzie dotykały okien na drugim piętrze kamienicy, w której niegdyś mieszkałem. W maju przystrajały go gęste, białe kwiatostany. Gdy otwieram okno wyobraźni, znów wyczuwam ich intensywny zapach i słyszę brzęczenie pszczół oraz trzmieli siadających na miododajnych wiechach. Dalej za rozłożystym drzewem rozpościerała się łąka, na której łaciata koza zapamiętale skubała trawę, kręcąc się wokół metalowego palika dotąd, aż nie potrafiła się uwolnić z łańcucha.
Moje wspomnienia przyspieszają. Widzę tę samą łąkę, lecz zamiast kozy, obok metalowego śmietnika, mój pies Mops płaszczy się na ziemi. Przestraszył się hycla, który go osaczył. Mężczyzna szybkim, wyćwiczonym ruchem zarzuca pętlę na szyję Mopsa i ciągnie go w stronę wozu. Nasz kundel charczy i sika pod siebie. Przerażeni krzyczymy z Piotrkiem przez okno, a naszym wołaniom wtórują bezpańskie psy zamknięte w klatkach. Zaalarmowany ojciec wpada do naszego pokoju, wychyla się i obrzuca rakarza stekiem wyzwisk. Bluźnierstwa odnoszą skutek. Hycel luzuje pętlę, uwalnia więźnia, po czym wsiada na wóz, zacina konia batem i odjeżdża, szukać w naszym miasteczku kolejnych ofiar.
Jakby było mało tych okropności, przed moimi oczami wyświetla się kolejne zdarzenie. Miałem wtedy nie więcej niż sześć lat, gdy zaciekawiony obserwowałem naszego sąsiada, siedzącego przy ognisku na odwróconej skrzynce i palącego papierosa. W pewnej chwili sąsiad wrzucił niedopałek do ognia i wyjął obcęgami spomiędzy szczap rozgrzany do czerwoności stalowy drut. Potem szybko nachylił się nad zamkniętym koszem i wyciągnął z niego szamoczące się stworzenie – szczura. Przydeptał butem jego głowę, a potem metodycznie wypalił mu oczy i wypuścił go na wolność. Dotąd przeraźliwy pisk okaleczonego zwierzęcia wwierca mi się do uszu. Nie mogłem ochłonąć, byłem sparaliżowany ze strachu, jak mój pies złapany przez rakarza. Chciałem już odejść, lecz ojciec mojego kolegi wziął mnie delikatnie za rękę i zaglądając mi głęboko w oczy, aż przeszły mnie ciarki, powiedział, że to nauczka dla innych szczurów, a ślepak ma ich raz na zawsze wystraszyć. Oświadczył to z dobrodusznym uśmiechem, i kiedy tak stałem z niewyraźną miną, sąsiad nagle o mnie zapomniał. Wyjął z tylnej kieszeni spodni aluminiowy grzebień i precyzyjnie, ułamanym ząbkiem, zaczął wydłubywać zza paznokci czarną żałobę. Następnie odwrócony tyłem zapalił nowego papierosa, oddalił się na kilka kroków i powiedział do siebie trzy krótkie słowa: „srał go pies”.
Niechciany obrazek zapisany w pamięci znika, gdy przejeżdża kolejna karetka na sygnale. Zastygam, nasłuchuję. Ze szpitalnego korytarza dobiegają czyjeś kroki. Ktoś wsiada do windy. Słyszę zgrzyt zamykanych drzwi. Winda odjeżdża. Gapię się w okno. Pada deszcz. Na rozmazanej szybie pulsują rytmicznie rozmyte światła telewizyjnej wieży. Oddycham ciężko. Kręci mi się w głowie, czuję tępy ból w kręgosłupie i może stąd biorą się te przerażające wspomnienia, których nie umiem wymazać z pamięci. Czyżbym nigdy nie mógł się ich pozbyć? Przecież w moim dzieciństwie nie brakowało miłych chwil. Dobrze pamiętam furmankę ciągnioną przez gniadego perszerona. Podkowy kląskały na bruku, krzesząc iskry. Na koźle siedział nabzdryngolony furman i krzyczał na cały głos, że stare szmaty i butelki skupuje. Gdy wóz zatrzymał się na wprost naszej kamienicy przy Pułaskiego, ja z moim bratem obejrzeliśmy klejnoty ogiera zwisające mu do kolan, a potem jak na komendę pobiegliśmy do domu po stare ubrania oraz kilkanaście butelek po oleju, occie i wódce. Woźnica oglądał nasz towar. Kręcił głową, upierał się, że to za mało, lecz w końcu dał nam na odczepnego czerwoną piłeczkę wypchaną trocinami i blaszanego kapiszonowca, z którego zrobiliśmy użytek, bawiąc się z chłopakami w wojnę.
Pamiętam też dzień, gdy przed naszą dwupiętrową kamienicą zatrzymała się garbata warszawa. Samochody były wtedy w moim mieście rzadkością, więc nie zastanawiając się długo, zakradłem się od tyłu do auta i, niezauważony przez kierowcę, wskoczyłem na zderzak. Chciałem się tylko kawałek przejechać. Samochód ruszył, a ja uczepiony zderzaka jechałem, upajając się prędkością. Wkrótce moja radość ustąpiła miejsca przerażeniu. Samochód pędził coraz szybciej, a gdy na łuku nieco zwolnił, zeskoczyłem, poturlałem się i uderzyłem kolanami o bruk. Leżałem na ulicy, przezywając kolejną bolesną lekcję. Do tej porażki nie mogłem się przyznać rodzicom ani bratu, ani siostrze Maryli.
Na naszym podwórku nie brakowało ekscytujących zabaw, a prowodyrów do ich organizowania było wielu. Pamiętam, chociażby, nasze zimowe polowanie. Każdy z naszej paczki zabrał ze sobą własnoręcznie zrobiony łuk oraz pęk strzał z gwoździami. Mieliśmy zamiar ustrzelić zająca albo kuropatwę i pochwalić się łupami przed rodzicami. Dlatego w tajemnicy wyszliśmy ścieżką między chlewikami, kierując się za tory kolejowe. Brnęliśmy przez śnieżne zaspy, sięgające do kolan. Rozglądaliśmy się, lecz na polu zasypanym śniegiem ślady szaraków oraz kuropatw zasypał śnieg. Kierowaliśmy się w stronę lasu widocznego na horyzoncie, bo tylko tam mogły się kryć szaraki. Posuwaliśmy się coraz wolniej, mocno przemarznięci, lecz żaden z nas nie chciał się pierwszy się poddać. Zmierzchało. Mróz tężał. Kiedy las był już niemal na wyciągnięcie ręki, usłyszeliśmy za sobą głośne wołania. Obróciliśmy się. Od strony miasta zbliżała się do nas grupka dorosłych. Pobłyskiwały światła latarek. Byliśmy zawiedzeni, że nasi rodzice przerwali naszą zimową wyprawę, a jeszcze większą pretensję mieliśmy z bratem do siostry, Marysi, że zdradziła im, gdzie poszliśmy.
Gdy wróciliśmy do domu, była noc. Ledwie przekroczyliśmy próg, mama nalała do miski zimnej wody i kazała nam zanurzyć w niej przemarznięte nogi. Pamiętam, że zimna woda z kranu parzyła nas w stopy i że syczeliśmy z Piotrkiem, a Marysia mówiła, że to za karę. Potem mama natarła smalcem nasze ciała, przebrała nas w ciepłe piżamki, a ojciec nagrzał pierzynę o kaflowy piec, przykrył nas nią i momentalnie zapadliśmy w sen.
Leżę teraz w szpitalnym łóżku pod bawełnianym, oddychającym okryciem, a gdy bezskutecznie próbuję zasnąć, w mojej pamięci ożywa kolejna scena z dzieciństwa. Jest jeden z tych ciepłych, jesiennych dni, gdy nie chce się wracać do domu. Siedzimy na łące przy ognisku i pieczemy w żarze kartofle. Wyciągamy je z popiołu patykami i zajadamy się nimi, chociaż są jeszcze trochę twarde. Nagle z sąsiedniego podwórka przybiega chłopak z nowiną, że na torach do Żabiego Rogu pociąg przejechał krowę. Podrywamy się i gasimy ognisko, sikając do niego, a potem co tchu pobiegniemy obok stawu, w którym topi się małe kocięta, zobaczyć, co się stało. Gdy docieramy do semafora, naszym oczom ukazuje się makabryczny widok: zwłoki krowy są rozciągnięte na długości kilkuset metrów. Podkłady kolejowe, tłuczeń i chwasty pokrywała czerwona maź. Krowia głowa z ułamanym rogiem leży w rowie, a nogi są obcięte i porozrzucane na skarpach, jak zepsuta zabawka. Dorośli przeganiają nas. Właścicielka krowy nie może powstrzymać łez. Pojawia się służba ochrony kolei i każe nam wszystkim zmykać. Wracamy na podwórko. Po drodze zrywamy gałęzie głogu. Siadamy na murku przed kamienicą. Jemy cierpkie owoce i plujemy pestkami na trawę i przechwalamy się, kto widział więcej flaków i krwi.
Niespodziewanie slajd z rozjechaną krową znika, lecz zaraz po nim pojawia się następny. Idę w pierwszomajowym pochodzie na cmentarz żołnierzy radzieckich. Łopoczą czerwone sztandary. Wojskowa orkiestra gra, a tłum śpiewa pieśni patriotyczne. Nudzimy się z bratem, a na dodatek bolą nas nogi. Chcemy już wracać do domu. Obietnica, że ojciec kupi nam lody waniliowe, na chwilę ucisza nasze narzekania. W końcu dochodzimy pod trybunę honorową i machamy chorągiewkami. Tłum śpiewa, jak jeden mąż:
„Wyklęty, powstań ludu ziemi!
Powstańcie, których dręczy głód!
Myśl nowa blaski promiennemi
Dziś wiedzie nas na bój, na trud”.
Kiedy pieśń rewolucyjna milknie, kończy się długa uroczystość, a ludzie zaczynają się rozchodzić. Pytam ojca, dlaczego lud ziemi jest wyklęty, ale on rozgląda się na boki i ucisza mnie, żebym nie zadawał głupich pytań. Dostajemy obiecane waniliowe lody, lecz zamiast do domu idziemy na ludowy festyn na drugi koniec miasta, na stadion Huraganu. Tam zabawa trwa w najlepsze. Jedni skaczą w workach na wyścigi, inni przeciągają linę. Jakiś spryciarz wspina się na szczyt drewnianego słupa wysmarowanego smalcem po butelkę wina, lecz ześlizguje na trawę. Po nim próbują kolejni, lecz żadnemu ta sztuka się nie udaje. Na rzutni dla dyskoboli przy ciężarówce z brezentową budą stoi zakręcona kolejka. Sprzedawczyni w białym fartuchu i w czepku na głowie sprzedaje kiełbasę, bułki, piwo i oranżadę. Ojciec kupuje nam po butelce oranżady, a sobie piwo. Piję zachwycony. Piotrek nie jest gorszy. Oranżada ma nieziemski smak i nosem wypuszczamy bąbelki.
Obraz majowego święta blaknie, a klatki wspomnień mieszają się w mojej głowie, jak pocięta filmowa klisza. Nic nie pamiętam z pierwszego dnia w szkole, widocznie byłem zbyt zaaferowany tą podniosłą uroczystością. Przypominam sobie za to boisko przed szkołą. Bieżnię i skocznię do skoków w dal i wzwyż, na której skacząc przez sznurek, przewróciłem stalowy słup i złamałem sobie nogę. Pamiętam jeszcze wielką aulę ze sceną teatralną na ostatnim piętrze. W auli przeciskałem się między drewnianymi schodami i wchodziłem pod scenę, gdzie mleczne światło wpadało przez niewielkie okienka pokryte pajęczynami. Tam była moja kryjówka, w której słuchałem deklamowanych wierszy, podniesionych głosów nauczycieli, dudnienia drewnianej podłogi, gdy deski uginały się pod tańczącymi krakowiaka. Czasem wydaje mi się, że wciąż tkwię pod tą sceną w starej auli poniemieckiej szkoły i nasłuchuję odgłosów dzwonka na lekcję oraz rozmów kolegów i koleżanek, których nazwisk już nie pamiętam.
Niedługo zacznie się obchód. Przekręcam się na drugi bok, bezskutecznie próbując zasnąć, i wtedy pod powiekami pojawia się cel moich dziecięcych wypraw – droga do Raju. Jest ciepłe wrześniowe popołudnie. Kasztany w brązowych łupinkach leżą na popękanym asfalcie. Hamuję, zsiadam z rowerka i opieram go o pień drzewa. Zaaferowany napełniam kieszenie połyskującymi w słońcu skarbami. Są śliskie i pachną jesienią. Powinienem wracać do domu, ale coś mnie zatrzymuje. Słyszę metaliczny dźwięk – to stara kobieta w drelichowych ogrodniczkach klepie na polnym kamieniu kosą. Zbliżam się do niej ostrożnie. Kobieta, pochłonięta pracą, nie zwraca na mnie uwagi. Zapamiętale stuka, a odgłos klepania niesie się po okolicy niczym pulsująca melodia perkusji. Nagle przestaje i odkłada młotek na ziemię. Zbiera siwe kosmyki pod chustkę, podnosi wzrok i kieruje go w moją stronę. „Chcesz spróbować?” – pyta, wyciągając rękę z kosą.
Zatrważający blask w jej oczach sprawia, że odmawiam. Uciekam, goniony jej śmiechem. Wskakuję na rower i, ile sił w nogach, pedałuję w stronę domu, nie oglądając się za siebie.





