Piotr Müldner-Nieckowski – Anny Nasiłowskiej wiersze bolesne a kojące

0
114

Nakładem wydawnictwa Biblioteka FONT / Profile z Poznania i pod egidą Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział w Poznaniu ukazała się książka Anny Nasiłowskiej po tytułem Wiersze stacjonarne. Książka niezwykła, świetna w czytaniu i przeżywaniu.

Z pozoru jest to rzecz nieco poboczna (sam tytuł sadza w krześle lub fotelu do czekania na coś ciekawego), która każe brać siebie do ręki i czytać. Ale jednak warto wstać, nie odbierać jej w pozycji przy stole. Każe się bowiem czytać w czasie chodzenia w kółko, jak w chwilach oczekiwania na wynik operacji. Łączy dwa totalnie zaburzone światy: po pierwsze ten wewnętrzny świat własnego ciała, emocji, miłości, smutku, z natury liryczny, więc osobisty, ściśle poetycki, ale druzgotany przez czynniki równie obce, co te ze świata drugiego, zewnętrznego, zakłócanego przez wpływy pozornie własne. Jedna wielka mieszanina przyczyn i skutków, ale nie tylko złych. Wszędzie czai się dobro.

Nic się w tym diagnostycznym opisie dwoistego tomu nie może trzymać jednego sensu, bo – jak się już na wstępie wydaje – przypisuje przeciwnym sobie obszarom przeciwne podejścia – co za paradoks! – jak do tej samej jedności. Jest więc choroba, która przykuwa do łóżka, do zagrożenia idącego z własnego ciała; z drugiej strony zagrożenie ogólne, światowe, a w każdym razie wieloludzkie, które nie tyle przykuwa do łóżka, ile każe wręcz biec, uciekać, znikać z obszaru zagrożeń atakujących wszystko: moją (naszą, autora albo czytelnika) osobę, ale i całość, ale kraj, świat. Na razie kraj obcy, a kto wie, może wkrótce mój, nasz.

Do tego trzeba podejść z lupą analizującą własne doświadczenie niemocy, bólu, i zaraz potem (w drugiej części tomu) do doświadczenia ukształtowanego przez cierpienie ludzkości. W opinii pospolitej są to rzeczywistości osobne, krańcowo od siebie odstające, ale przecież, jak widać, bliskie, jeśli nie wręcz jednej natury, a to dzięki scalającemu umysłowi poetki, która obie sfery rejestruje niemal w tej samej chwili i dostrzega ich wzajemne przenikanie się z pewnym rodzajem wspólności doświadczeń.

Tu łóżko, stół operacyjny, magiel fizjoterapii i rehabilitacji; tam Ukraina i brutalna, zbrodnicza wojna Rosji z nią, z krajem pełnym gruzu, spopielin, zwłok i kalek ludzi niewinnych, niemal tak jak ciało autorki zaatakowane przez chorobę, a przy tym przecież także nie zasługujące na nią.

Świat jest toczony przez robactwo czołgów antywyobraźni i niemoralności, inicjowanych przez narcyzm, podłość i pogardę dla życia. Łóżko zaś kryje niedoskonałość ciała, słabość systemu odporności i szarpaninę obrony tego, co dzięki sprawnym i chętnym ludziom (kto wie, czy równie chorym) daje się uratować; i wobec tego analizuje przeraźliwość obrazów pól bitwy, która wchodzi do mieszkań, szkół i szpitali, zmiatając wszelkie wysiłki trwania:

Widziałam z okna pociągu
Dwa psy ścigające się po polu

– pisze poetka w jednym z wierszy podsumowujących zderzenia światów zniszczeń: destrukcji we własnym ciele z ruinami na rozległej powierzchni Ziemi. Oba wydają się przegrane, czekające na koniec, na śmierć. Oba też trwają nie tyle w jakiejś odległości, dającej perspektywę i miejsce na zamyślenie, ile ciężko pracują nad sobą, i to wspólnie, w jednym umyśle, obserwującym to wszystko, współczującym własną chorobę i potrzebę pokonania gigantycznego pomieszania wszelkich porządków i pojęć. Leżąc z konieczności z głową na poduszce. U autorki brzmi to jako:

dużo śpię
nie czytam Tomasza z Akwinu
zgarniam z gazet pianę
zdjęcia spod Chersonia
obrazy wojny
zalane domy
skandale medialne
fotografię pięknej dziewczyny
zamordowanej brutalnie
na wyspie Hipokratesa

Jest to zatem poetycka opowieść, punkt po punkcie o stanach i mechanizmach psychiki, które reagują na wchłanianą rzeczywistość i właśnie ją wsysają dosłownie ze wszystkich stron, a postrzegając własnymi zmysłami, widzą jej patologiczny stan. Świat jest w chorobie, takiej jak moja, wydaje się szeptać poetka, kiedy w pewnym momencie mówi o swoich wierszach,  że są stacjonarne, a więc uległe i chrome. W szpitalu jak w pociągu z Polski na Wschód, gdzie Rosja wdeptuje w bagnistą ziemię dorobek ludzkości i jeszcze samą ludzkość, na powierzchni żyjącą, niecałą w grobach.

No, a ktoś ci jeszcze mówi, że w tym samym szpitalu siedzisz lub leżysz nieruchomo wśród obcych. Uważa bowiem, że to źle, że w czymś przeszkadza, że ci zaglądają nie tylko do łóżka i talerza, ale do gardła albo i głębiej. Przeciw takiej ocenie autorka protestuje, bo widzi sprawę dokładnie odwrotnie i łączy lęk z lekiem:

A ja myślę
nie
to dobre
to lek
na lęk

Wielość uczestników tragedii, towarzyszy niedoli, jak się ich nazywa w czasie upadku, kiedy brutalność nieliczenia się z życiem i bólem zakłóca tok widzenia, a z drugiej strony scena, obszar obserwacji i nadzieja, że wśród ludzi uwijających się tu i tam znajdzie się ktoś dobry, kto dotknie łagodnością, rozumieniem, zastrzykiem przeciwbólowym, opieką, i uspokoi – każe widzieć to, co jeszcze normalnego w tym świecie jest, a z czym się żyje szczęśliwie.

Kiedy czyta się te wiersze, na myśl przychodzą inne dzieła literackie o chorobie. Jest ich potężna biblioteka. Na przykłąd moje własne tomiki Ludzki wynalazek i Opaska gazowa, w sumie bardzo lekarskie, ale i fascynujące książki Mirona Białoszewskiego, Małgorzaty Baranowskiej czy Adriany Szymańskiej, mnóstwa poetów, a także – czemu nie – prozaików Alberta Camus, François Rabelais’go, Thomasa Manna, Archibalda Cronina. Pisałem niegdyś o nich w obszernym artykule Postawy lekarskie w powieści. Wszyscy nieodmiennie patrzą na chorobę i wojnę jako zjawiska osobne, a jeśli wspólne, to tylko na zasadzie zbiegu okoliczności albo brutalnego wywoływania udręki przez niszczenie, wojenne rzecz jasna.

Wbrew pozorom i jak w sumie daje świadectwo ta książka, rozważanie zła przynosi dobro. Poetka Anna Nasiłowska wyciąga wnioski mocniejsze, ciekawsze i owocniejsze niż inni mistrzowie badania patologii przemocy, dzięki własnemu doświadczeniu metafizycznemu, badaniu bytu jako takiego w całości, a nie fragmentami typu „co innego tłum, co innego jedno ciało”. Czymże bowiem różni się choroba stawów biodrowych od choroby wojny, która potrafi niszczyć jeszcze głębiej, zrównywać stawy i jeziora z ziemią, a tam, gdzie ich nigdy nie było, tworzyć zbiorniki nowe, dziurę w ziemi zalewając wodą czerwoną od krwi.

Piotr Müldner-Nieckowski

___________

Anna Nasiłowska, Wiersze stacjonarne. Grafika: Małgorzata Południak. Blurb: Łucja Dudzińska. Biblioteka FONT / Profile, Poznań 2024. Stron 80. ISBN 978-83-66183-61-2.

Poprzedni artykułTadej Karabowicz – Problematyka tomu wierszy Ewy Bajkowskiej „Z lotu ptaka”
Następny artykułSUBIEKTYWNE KALENDARIUM ARTYSTYCZNE ANNY ŁYCZEWSKIEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko