Źródłem szaleństwa Don Kichota były książki. Zapadł w ich fabułę tak bardzo, że przestał odróżniać fikcję od rzeczywistości. Pragnął czasów, które nigdy nie istniały. Chciał przeżywać przygody, romanse i cieszyć się sławą jaka miała iść w ślad za rycerskim honorem. Marzył o uczestnictwie w potyczkach i bitwach, zakończonych zwycięstwami. Jako biały rycerz, wysłannik dobrej strony świata, uważał, że stawi czoła największemu złu i je pokona. Dlatego chciał bronić uciśnionych, przywracać im wolność i dobre imię. Pragnął zniszczyć niesprawiedliwość i tyranię, szukał celu jasnego i stabilnego, a dla wymyślonej Dulcynei był w stanie pokonać najstraszniejsze demony świata. Dla niego świat był jedną, wielką biblioteką. Niestety z groteskowej postaci przeistacza się w bohatera tragicznego. Gdyż w końcu uświadamia sobie, że żył w ułudzie, w marzeniu. Dał się ponieść wyobraźni i uwierzył w bajki. Takie rozczarowanie potrafi zabić.
Jednak nim Don Kichot „przejrzy na oczy” jego giermek wielokrotnie mu tłumaczy, że postacie, z którymi rycerz zaczyna walczyć nie istnieją. Istnieją tylko w jego głowie, jednak rzeczywiście są tylko biernymi wiatrakami, beczkami czy niemrawymi bydlątkami. I w tym momencie warto przystanąć i się zastanowić nad nieco inną sprawą niż pomieszanie zmysłów spowodowanych fantastycznymi opowieściami. Po pierwsze nie każdy pozwoli na to aby opowieści przejęły nad nim kontrolę. Po drugie odrzucając świat rzeczywisty, bo nam nie odpowiada, a uciekając w marzenia i śnienie o innym wspaniałym świecie gdzieś z przyszłości, jest oszukiwaniem samego siebie. Kłopoty się rozwiązuje, a nie przed nimi się chowa, i zmienia się to, co zmienić się da. Don Kichot jest doskonałą postacią, na której przykładzie można pokazać jak się zachowuje osoba o zamkniętym umyśle. Osoba, która żyje w ułudzie i nie przyjmuje do świadomości otaczających ją faktów. Krzyczy czerwone, jak jest niebieskie. Wrzeszczy białe, kiedy jak na dłoni widać, że jest czarne. Jednak dopóki taka osoba walczy jedynie z osobistymi, wydumanymi wiatrako-olbrzymami, to jest jej osobisty dramat. Gorzej jeśli taka osoba staje na czele plemienia i do wydumanej walki wciąga współplemieńców, mimo, że oni podobnie jak Sancho Pansa widzą jedynie niegroźne wiatraki.
Don Kichot walczy, mimo że przegrywa, podnosi się i pomimo utraty kopii ponownie atakuje „wroga”. Jest niezdarny i żałosny, ale wierny swojej misji. Można by się pokusić o inny epitet. Jest fanatyczny. Robi coś, co Einstein uznał za szaleństwo, bo powtarzanie cały czas tego samego, oczekując innych rezultatów jest szaleństwem albo – według mnie – głupotą. Człowiek z misją zasługuje na podziw, ale równocześnie możne przerażać. Tym bardziej jeśli z misji robi sprawę osobistą, której podporządkowuje życie innych osób.
Don Kichot to epicka satyra rycerskich romansów.
Symbol wybujałej wyobraźni walczącej z racjonalnym rozumem. Ta symbolika się zmieniała z biegiem czasu. Albo inaczej: rozumienie tej symboliki się zmieniało na przestrzeni epok. Warto pamiętać, że Cervantes napisał swoje dzieło i opublikował w baroku, a bark charakteryzował się przesadą we wszystkim w czym mogła się ta przesada zamanifestować. Lubił udziwnienie, nienaturalność, teatralność, iluzoryczność, kontrast, emocjonalność i podkreślenie dramaturgii. Romantyzm już się nie śmiał z błędnego rycerza. Dostrzegał w nim szlachetne cechy, podziwiał za upartą obronę ideału na przekór rzeczywistości. I trzeba przyznać, że romantycy zachowywali się podobnie do Don Kichota. Upraszczając można uznać, że byli zgodni w tym, że jeśli nie odpowiada ci otaczająca cię rzeczywistość, to sobie stwórz swoją, taką, która będzie ci odpowiadać, mimo że nie będzie miał nic wspólnego z teraźniejszością. Czyli widać tutaj doskonale odejście od racjonalizmu i od słuchania zdrowego rozsądku. Marzenia! Żyć marzeniami, pośród motyli i bajek, jak Alicja – chociaż Alicja to w tym świecie baśni miała „przechlapane” – podobnie jak Don Kichot, chociaż inaczej. Alicja cały czas była zaskakiwana przez świat, w którym się znalazła, była zaskakiwana przez zasady w nim panujące i chcąc w tym świecie się poruszać musiała się tym zasadom podporządkować. Za to Don Kichot sam stwarzał sobie problemy i najprościej mówiąc ciągle walił głową w mur, niczego się nie ucząc i nie zmieniając swojego postępowania. Mimo klęski za klęską nic w swoim postępowaniu nie zmieniał. Był hermetyczny i niejako pozbawiony logicznego myślenia.
Co prawda można zrozumieć, że dał się uwieść średniowiecznym opowieścią o rycerskim honorze, o kodeksie moralnym, o zasadach i oddaniu sprawie, o kryształowych postaciach i pozbawionych wad zręcznych i walecznych osobnikach, którzy „nic dla prywaty” a wszystko dla ogólnego dobra i społecznego spokoju. Tyle tylko, że te wiejące nudą tomy wypełnione wyliczaniem heroicznych czynów a pozbawione opisu rozwoju bohatera i jego ludzkich cech, były zwyczajnie nużące a nawet śmieszne.
Stąd pomysł Cervantesa na napisanie opowieści odbitej w krzywym zwierciadle. Historii o bezczynnym szlachcicu, spędzającym całe dnie na czytaniu romansów o heroicznych bohaterach i idealistycznych miłościach, o wierności przysięgom i wydumanym obietnicom. Tutaj, z tej bezczynności zaczyna się tworzyć szaleństwo i wiara w to szaleństwo, że czasy rycerskie mogą powrócić (mimo, że nigdy nie istniały w tej formie zmitologizowanej, o jakiej pisano) i on Don Kichot będzie w stanie zmienić, naprawić świat. Uwolnić go od zła, zwłaszcza tego zła, którego nie ma tam, gdzie go zaczyna dostrzegać.
Czyli zaczyna ratować ludzi wolnych, wmawia spokojnym wieśniakom, że są uciemiężeni, ale on ich ocali, zaczyna się rozprawiać z Bogu ducha winnymi wiaderkami, bydłem i snopkami. Wszędzie widzi zagrożenie, nie zauważając, że największym zagrożeniem jest on sam. Jednak czy do tych „heroicznych” czynów, popycha go tylko chęć niesienia pomocy? Nie. Powoduje nim coś silniejszego. Jest to buta. On pragnie chwały.
Tyle tylko, że jego wyprawa obfituje w same klęski a klęski nie przysparzają nikomu chwały, raczej są źródłem kpin i prześmiewczych opowieści. Don Kichot w przeciwieństwie do bohaterów ze średniowiecznych romansów przechodzi przemianę. Z biegiem swojej podróży poważnieje. Dlatego powieść Cervantesa jest nazywana powieścią nowoczesną jak na tamte czasy. Sancho Pansa jest symbolem realnego patrzenia na świat, on nie śni na jawie, on nie daje się zwieść ułudzie, on patrzy i widzi świat takim jaki on w istocie jest. Nie tyle go śmieszą, co ma w pogardzie górnolotne gesty i słowa „swojego pana”. Daleko mu do idealizmu, bo dążenie do ideału na przykładzie Don Kichota niczego nie buduje, niczego nie zmienia. Jedyne co tworzy błędny rycerz to pośmiewisko z siebie samego. A nikt, nawet najniżej urodzony, nie chce stać się pośmiewiskiem.
Sama powieść okazała się ogromnym sukcesem czytelniczym. A jej bohater przez wielu do dzisiaj jest uważany za postać pozytywną i nieszkodliwą. Według mnie w Don Kichocie kryje się kolejne dno, którego nie dostrzegali nasi przodkowie, bo zbytnio byli skoncentrowani na oryginalności samej powieści. Tego bohatera można rozpatrywać na wielu płaszczyznach, jego przyjaźń z „giermkiem”, która ewoluuje w miarę rozwoju powieści – także. Zresztą ten pierwszy duet skrajnie różnych osób, był pierwowzorem dla innych, sławnych bohaterów, którzy zostali wykreowani wiele lat później.
Don Kichot zrobił coś innego niż robi większość z ludzi. Nie pozostał pośród swoich woluminów, a za ich sprawą wyszedł do świata, to ten realny świat chciał zbawić, mimo że nie potrafił na niego realnie spojrzeć. Tymczasem biblioteka zazwyczaj jest miejscem, które chroni przed hałasem tegoż świata, na który zamienił swoją bibliotekę Don Kichot i który go rozczarował. Bo świat zawsze rozczarowuje, jeśli patrzymy na niego przez różowe okulary. Jedyny sposób aby tak się nie stało to spoglądać na niego zdrowo rozsądkowo.
Za to ucieczka przed światem, ucieczka w fabuły literackie pośród regały książek to także skrajność, tyle że w inną stronę. Kiedy zaczynamy się bać świata zewnętrznego i wietrzymy w nim jedynie podstęp i kłamstwo, również możemy popaść w szaleństwo. Obstawiamy się regałami z książkami, zamykamy drzwi na klucz aby się poczuć bezpieczniej, jak bohater , którego stworzył Canetti.
Podobną obsesję mają bohaterzy Domu z papieru; kolekcjonerzy, antykwariusze, którzy tworzą niemalże podziemie swojej działalności. Sprowadzają, sprzedają, przemycają, gromadzą. Jednym z takich kolekcjonerów jest człowiek, który ociera się o snobizm. Dla książek zbudował specjalny pokój, zamontował w ścianach wywietrzniki, klimatyzację i co tam jeszcze było potrzebne do tego, aby książki „oddychały”. Miał ich ogromna ilość, ale nie tyle je czytał, co cieszył się z ich posiadania. Jego zbiór tworzyły w większości „białe kruki” często jedyne egzemplarze danego dzieła na świecie. Dlatego siadywał w tym pokoju i upajał się obecnością tych egzemplarzy, o których inni mogli tylko marzyć, a których mu zazdrościli. Jego biblioteka nie ma służyć, ona ma wyglądać, zachwycać i cieszyć oko.
Książka wydaje się przedmiotem niewinnym, a zbiór książek ostoją kultury czyli nic bardziej pozytywnego nie można powiedzieć. Tymczasem biblioteki w literaturze są przedstawiane jako labirynty, więzienia, pułapki czy miejsca zbrodni. Biblioteka Eco „chroni” swoje zbiory przed czytelnikami. Nie jest dostępna. W metaforycznym sensie sama siebie izoluje, bo trudno do niej trafić. Rzecz jasna człowiek ją umieścił w takim miejscu, jednak opowieść narosła wokół niej sprawia, że czytelnik zaczyna o tej bibliotece myśleć jak o żywym organizmie, który jest tajemniczy i złowrogi.
Biblioteki to zbiory wiedzy, ale również druków okazyjnych czyli ulotnych, a także dokumentów, raportów. Posiadają książki pełne dobrych słów, ale i słów złych. Jak Internet, który jest zbiorem wartościowych tekstów i informacji jak również informacji śmieciowych. Należy pamiętać, że każdy autor zostawi w tekście kawałek swojej duszy, a dusze i serca są różne. Tak jak i słowa, jedne dobre a inne złe. Dlatego niejako biblioteka jest żywym organizmem i nie potrzeba za dużo wyobraźni aby to odczuć na własnej skórze. Wystarczy posiedzieć do późna w nocy w starej bibliotece, takiej Jagiellonce na przykład, aby zauważyć jak w miarę zapadającego zmroku zmienia się atmosfera tego miejsca. Jakby wraz z nadchodzącą nocą budziły się cienie i nieme za dnia, przekleństwa. Biblioteka to ludzka pamięć, pamięć pokoleń i zdarzeń historycznych, ale przede wszystkim zbiór słów. Słów przeróżnych. A słowa mają potężną siłę i ta siła nigdy nie umiera. Te słowa zapisane na papierze można spalić, jak zrobili to Niemcy z wieloma bibliotekami, ale również ze zbiorami Biblioteki Narodowej. Na pamiątkę czego ustawiono w hallu tej biblioteki szklaną urnę z prochami tych starych tekstów. Symbol zniszczenia i zagłady myśli.
Biblioteka symbolizuje władzę. Archiwum także. Książki – bo zawierają wszelką myśl ludzką – także są opatrzone tym symbolem, dlatego wielokrotnie w historii świata były niszczone. Kto miał wiedzę o innych posiadał władzę. Kto kontrolował treści książek, do których dopuszczano zwykłych ludzi, także ją posiadał. Mógł manipulować tymi ludźmi, mógł im podsuwać treści zgodne ze swoim światopoglądem, udając, że tylko ten jedne światopogląd jest właściwy.
Biblioteka to władza, ale i wolność, pod warunkiem, że potrafimy się w niej poruszać. Biblioteka jest także metaforą władzy absolutnej. I nie ma znaczenia czy mówimy o bibliotece tradycyjnej czy cyfrowej, chociaż w cyfrowej kontrolę odczuwa się intensywniej. Ta władza jednak nie oznacza niesienia „kaganka oświaty”. Raczej kontrolę tego, kto ma ten kaganek dostać. Czy te zbierane przez wieki myśli ludzkie były groźne? Czy bajanie było groźne? Według mnie nie, dla dyktatorów i okupantów takie się wydawały. Jeśli się chce zniszczyć naród trzeba zniszczyć jego religię i kulturę. A biblioteka to jedno z miejsc – bezbronnych i kruchych – które zniszczyć najłatwiej. Biblioteka cyfrowa nie jest mniej podatna na to zniszczenie.
Gdyby książki nie wydawały się groźne nie palono by ich na przestrzeni wieków z takim zapałem. Pamiętajmy, że część księgozbioru Don Kichota, przerażeni jego szaleństwem wieśniacy, także podpalili. Według mnie same w sobie książki nie są groźne, zawarte w nich myśli także nie są. Niektórych przeraża wpływ na umysł czytelnika jaki mogą one mieć. Na to, że umysł może się przebudzić pod wpływem cudzych słów, że może zmienić perspektywę postrzegania świata. Stąd też poza paleniem, wciągnie ksiąg na czarne listy, na listy ksiąg zakazanych, cenzurowanie tekstów, nie publikowanie pewnych autorów, stąd drugi obieg, domowe drukarnie, kolportowanie książek ukradkiem, cichaczem.
Książki mają wpływ na umysł człowieka, dlatego powinno się jak najwięcej czytać, aby ten umysł był świadomy i silny, aby potrafił oddzielić tekst fałszywy od prawdziwego i aby się nie dał omotać tak jak się dał omotać umysł Don Kichota.







Autorka szczęśliwie wspomniała o możliwości interpretacji postaci Don Kichota, i tu się w pełni z Nią zgadzam. I nie krytykując samego tekstu chciałem napomknąć iż Kichote umarł nie dla tego że przejrzał na oczy, tylko dla tego że odebrano mu nadzieję, gdyby nie było takich błędnych rycerzy poezja by umarła. Może życie byłoby bardziej racjonalne, rześkie i rozsądne, ale po co? Iluż pośród nas jest błędnymi rycerzami, pielęgnując w zaciszu swych emocji nadzieje na piękno, ale przecież wiadomo że nadzieja jest matką głupich, dla tego Don Kichota trzeba zabić.