– felieton –
Zegar wybił przed chwilą cztery razy, co oznaczało czwartą po południu, a za oknem sąsiedni blok cały zaróżowiony jest słońcem.
To było 2 lutego. Przerwałam czytanie tej książki, aby sobie zanotować jakieś refleksje w niej płynące i spojrzałam za okno. Wtedy zanotowałam, że jeszcze kilkanaście dni wcześniej – nigdy tego dokładnie nie pamiętam, bo chyba nie chcę – o tej godzinie było jeszcze ciemno. Jakże więc cieszy jasność za oknem! I co więcej – słońce! Zupełnie inaczej się żyje. Człowiekowi do życia niezbędne są witaminy oraz radość.
Lista tych potrzeb życiowych oczywiście jest dłuższa, ale bez tego ani rusz. Dotyczy to jednak zwyczajnego obywatela w zwyczajnych czasach. W czasach wielkiej próby bohater ma inny cel i sposób jego realizacji. Godzi się nawet poświęcić temu życie. Tak od wieków czynili wielcy przywódcy, święci, męczennicy, ale i postacie z literatury. Lady Makbet, postać z dramatu Szekspira, szła do tego po trupach. Po koronę dla swego męża. Ale już inny król, ten realny, zrezygnował z korony, by ożenić się ze zwyczajną kobietą, którą pokochał i do tego podwójną rozwódką. Ale później księżniczce nie pozwolono wyjść za rozwodnika. Nie znalazł się nowy Szekspir, by zajrzeć w jej serce, czy była szczęśliwa. Wygląda, że wielcy tego świata nie zawsze mogą sobie pozwolić na szczęście. I to nas, zwykłych śmiertelników, pociesza.
Zwyczajny obywatel ma inny przydział szczęścia. Mniejszy. Tu nasuwa mi się kwieciste określenie przeciętnego obywatela ze starej książki, jaką studiowałam pracowicie w Jagiellonce, czyli bibliotece UJ, bo bardzo to zdanie lubię. Michał Sobeski w swej „Filozofii sztuki” określa go tak: „…cichy obywatel, którego życie łatane jest z kompromisów, jak pstra szata błazna…”. Sobeski daje mu inne zadanie, ale ja wykorzystam go do moich rozważań o małych radościach małego człowieka. „Mały”, ale nie dziecko, nie ktoś niski, ale to skromny człowiek. Nieważny, przeciętny, może z kompleksami. Taki, który wszystkim musi kłaniać się pierwszy. Czasem nawet popularny, sławny, ale szybko zapomniany. Takich jest najwięcej. I oni swe życie łatają kompromisami, nie podskakując szefowi despocie w pracy czy takiemu draniowi na urzędzie, bo strach się narażać. Taci cisi stoją pokornie w kolejkach w czasach pustych półek i nagich haków. Nie sprzeciwią się, widząc niesprawiedliwość i brak logiki. Mają się narażać? Większość jest taka. I takim ludziom potrzebne jest do życia choć małe pocieszenie. Jakaś mała radość. Cieszą się, że obiad smaczny, słońce za oknem, dzieci uczą się dobrze. Potem znów martwią, że te dzieci nie znajdują świetnej posady, bo wymarzoną zagarnął szwagier ważniaka. I że te zdolne, pracowite dzieci nie mogą uzbierać na mieszkanie. A jak to jest w tej Ameryce, że statystycznie każdy zmienia miejsce zamieszkania na odległe aż siedem razy w życiu? A u nas, jak kto dochapie się swego kawałka podłogi i etatu, to trwa w tym do końca. Czasem tylko zmogą go przedwcześnie tarapaty sercowe, gdyż w niespokojnych czasach trudno o spokój serca. W dwojakim znaczeniu, zdrowia oraz miłości. Stąd chyba tyle teraz zawałów serca ale też starych kawalerów i rozwodów.
Zamiast więc czytać same wielkie dzieła, chce się czasem poczytać o sprawach zwykłych ludzi. Jak sobie oni radzą w życiu, co ich cieszy, co niepokoi? Pamiętam, jak podczas pisania pracy magisterskiej przeczytałam zbeletryzowaną biografię Marii Stuart. Owszem, zainteresowała mnie. Odżywała obrazami, gdy zwiedzałam Londyn, a szczególnie to okrutne miejsce straceń, gdzie panoszyły się złowieszcze kruki. I tym jednym obrazem z książki, że Maria, idąc na śmierć, założyła czerwoną halkę, żeby gawiedź nie zobaczyła krwi z jej odciętej głowy. Straszne! Omal nie popadłam wtedy w depresję, ale koleżanka z pokoju,Awa, przywiozła wtedy z domu lekką powieść „Milionerzy” modnej wówczas autorki i to mnie uratowało. Rozsłoneczniłam się, czytając.
Tak, lepiej poczytać pogodną książkę o ludziach takich jak my, żyjących tu i teraz i mających podobne do naszych problemy.
Taką więc książkę polecam. To „Pokochaj mnie” Małgorzaty Wachowicz.
Przyciągnął mnie do autorki jej cytat w internecie z wypowiedzi Augusta Renoira: „Dla mnie sztuka musi być czymś przyjemnym, wesołym i ładnym. Jest dość przykrych rzeczy w życiu, abyśmy mieli jeszcze tworzyć więcej.”
To zdaje się motto twórczości Małgorzaty Wachowicz.
Czemu nie?
Czytałam przed laty artykuł o wyższości komedii nad tragedią, bo to większa sztuka wznieść się ponad nasze smutne przeżycia, troski, zmartwienia, żale, dramaty, jakie opisuje tragedia i napisać komedię, wzbudzając radość.
Tak mi się to przesłanie spodobało, że niczym Telimena w biurku, miałam je zawsze w moich teczkach. Ale tam, gdzie się go spodziewałam – nie ma i już. Piszę więc o tym własnymi słowami.
O ile pamiętam, autorem tego artykułu był Stefan Szuman. Na[pisał też niewielką książeczkę „Pogodne i poważne zagadnienia afirmacji życia”, gdzie jest o urodzie życia, urodzie człowieka i chyba o radości. Zapamiętałam, jak autor współczuje dziewczętom o grubych, spierzchniętych wargach. Zdziwił by się teraz, gdyby zobaczył modne, nadmuchane botoksem usta. Szkoda, że się tej książeczki nie wznawia. A profesor – psycholog i lekarz – przed wojną, już jako poważny uczony, występował z krakowskim kabarecie Różowa Kukułka i pod pseudonimem bawił beztrosko publiczność. Mówi się, że atmosfera zabawy, radości, rozluźnienia, pozytywnie wpływa na pracę mózgu i powstawanie pomysłów twórczych.
Powieść „Pokochaj mnie” Małgorrzaty Wachowicz ma prawie 500 stron, ale szybko się ją czyta. Nie tylko dlatego, że narracja jest wartka i dużo dialogów, a do tego humor, niczym sos w drugim daniu, ułatwia czytanie, ale przede wszystkim popędza nas ciekawość: co dalej? Jak oni z tego wybrną? No, kiedy on, ona wreszcie…?
Postacie z tej książki to zwyczajni ludzie: architekci, jak autorka, naukowiec, lekarka, górale i psycholodzy. Ci ostatni – jak ja, więc się porównywałam i oni wydali mi się bardziej przejęci swą rolą, tacy namaszczeni i bardziej zakotwiczeni w zawodzie niż ja – skuszona przez świat literatury i życie, a po cichu powiem: szczęśliwą miłość. Ale sceny z biura projektów były mi też bliskie, bo znane w dużej mierze z autopsji i dobrze wspominane.
W tej książce znajdujemy co krok drobiazgi życiowe, wśród których sami się obracamy. To sprawia nam przyjemność jak i uczy ich doceniania. Często tu ktoś piecze szarlotkę albo sernik, parzy herbatę, układa na półkach trudno mieszczące się książki, których żal się pozbyć. Ktoś długo bywa samotny, a potem się zakochuje, tylko nie wie, co druga strona czuje. Dlatego ludzie z tej powieści stają się czytelnikowi bliscy. Nie szkodzi, że może mają więcej forsy, mieszkają w domach z ogrodem lub tak jakoś podobnie, bo to i tak nam bliższe niż problemy walki o koronę z wielkiej literatury światowej.
Niedobrze byłoby poprzestać na czytaniu książek, ustawiających się skromnie na półkach z literaturą drugorzędną, taką bliższą naszemu życiu, bo musimy czytać literaturę wielką, odrywającą nas od codzienności. Arcydzieła wprowadzają nas w problemy wielkie, ponadczasowe i tworzone za pomocą najwyżej cenionych środków artystycznych. One są dla nas odświętne.
Czasem jednak potrzeba nam zwyczajności. Wzorca, jak radzić sobie w małym, szarym życiu, gdzie co dzień poświęca się wiele godzin na pracę zawodową, nie zawsze satysfakcjonującą, nie zawsze z imponującym umysłem szefem, bo niejednokrotnie z awansu partyjnego, ale musi się pracować na chleb. Stąd rodzą się problemy, gdy pracując, zaniedbuje się -wbrew chęciom – dzieci, a czasem rodzina się rozpada. Tak, życie szarego obywatela bywa trudne, pełne stresu i frustracji, i wygląda jak ta pstra szata błazna z określenia Michała Sobeskiego. Dlatego trzeba od czasu do czasu poczytać sobie powieść o tym, jak radzą sobie inni i jak drobiazgi życiowe mogą to życie umilić.
Zresztą i arcydzieła pociągają nas takimi drobiazgami. Weźmy „Pana Tadeusza” Mickiewicza, którego wiele osób uczyło się przed wojną na pamięć. Sama zapamiętałam wiele fragmentów i na przykład patrząc na zachodzące słońce powtarzam sobie:
„Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło./ Mniej silnie, ale szerzej niż za dnia świeciło./ Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze gospodarza,/ Który z pracy w polu na spoczynek powraca.”
Pamięć chyba nie w każdym słowie mi dopisała, ale mnie to wystarczy o wieczornym zachodzie.
Więc „Pan Tadeusz” zawiera wielkie idee, które wyznaczają arcydzieło i porywają serce czytelnika, a chodzi głównie o wolność, o wyzwolenie spod zaborów. Jednak podczas czytania głaszczą to serce miłe realia codzienności: bigos po polowaniu, głos trąbki, lekcja grzeczności wygłoszona przez Podkomorzego, zbieranie grzybów, zakochanie tego czy tamtej, no i prawdziwe polskie typy – skore do bitki i wypitki, w których tak łatwo rozpalić wielką ideę. A przede wszystkim nasza Polskość – w opowieściach, strojach, zwyczajach. Nawet zegar wygrywa polskiego kuranta, cymbalista polską historię, a Tadeusz opiewa polskie obłoki na niebie. Tylko Gerwazy pałający nienawiścią i chęcią zemsty tu nie pasuje, ale niezbędny, jako bohater negatywny. Lecz i on się w końcu nawraca. A ileż tu anegdot obśmiewających dobrodusznie typowo polskie przywary, o takich co się procesowali albo strzelali i o zaginionym piesku Telimeny, którego portrecik miała w biurku.
To wielka literatura. Na co dzień potrzebna nam też lżejsza i bliższa czasowo naszym problemom.
W powieści Małgorzaty Wachowicz „Pokochaj mnie” są nasze aktualne problemy. Jest matka rezygnująca z radości macierzyństwa, by poświęcić się pracy naukowej. Przy dziecku kariery by nie zrobiła. To jest problem wielu kobiet. Dziecko zostaje, ona odjeżdża. Problemów pokolenia dzieci z kluczem na szyi jest tu więcej. Ciekawe, że nie zauważają tego feministki. Jest tu też problem ludzi dbających o własny dobrostan, nie potrafiących zrezygnować w własnego egoizmu. Stąd tyle rozwodów i ludzi samotnych. Dlatego obok arcydzieł, przenoszących nas na wyższy poziom człowieczeństwa, potrzebne są i lekkie powieści, w których zwykli ludzie przeglądają się jak w zwierciadle i uczą życia.
W tych czasach, kiedy chwieją się dotychczasowe zasady i prawdy, czasach przepełnionych złymi emocjami i lękami, trzeba znaleźć równowagę, spokój, przytulność i proste prawdy w książce nie pretendującej do listy arcydzieł, wyznaczanych przez krytyków i literaturoznawców, ale dbającej o przyjemność zwykłych ludzi. Niech będzie to powieść, gdzie często pije się kawę, parzy herbatę piecze szarlotkę i ktoś się zakochuje. Koniecznie z wzajemnością.
A ta szarlotka? Było kiedyś takie hasło antymieszczańskie, pewnie z Przekroju: „Co, chcesz mnie szarlotką spłycić?!” A nam, studentom II roku, profesor psychiatrii mówił, że mieszczaństwo to najzdrowsza psychicznie klasa społeczna, bo ma zrównoważone zasady i obyczaje. Widać psychika ludzka potrzebuje czasem spłycenia bodźców, gdy już nie wytrzymuje tego, co się wokół dzieje, by później w spokoju ducha wrócić do spraw wielkich, jak te z Szekspira.
Teraz polecam na nasze ciężkie czasy powieść Małgorzaty Wachowicz, którą wczoraj skończyłam czytać. Pełną afirmacji życia, życzliwości do ludzi oraz dobrych manier i dobrych ciast, że aż ślinka leci. Tak, do życia niezbędne są witaminy oraz radość.
Krystyna Habrat






Niełatwy tekst. Dla mnie wymagał powtórnego przeczytania. Gdy byłam młodą kobietą, szukałam książek o treści dramatycznej, trudnej. Nie miałam nic przeciw temu, aby łzy polały się. Utożsamiałam się z postaciami. No bo było mi najzwyczajniej ŻLE. Bolał żołądek, bolała głowa, dusza…… Trudny związek odbierał młodej kobiecie radość z życia. Wspomniałaś Krysiu o „Milionerach” Fleszarowej-Muskat. Czytałam, leżąc w szpitalu w ciąży a imię bardzo pozytywnej postaci, Marcina, spowodowała, że nasz 52 letni teraz syn też ma na imię Marcin. Tak bardzo inspirowałam się zwyczajnym dobrem, szlachetnością. Pewnie trochę, jak młode dziewczyny. A potem już było coraz lepiej, lepiej, teraz dobrze, i jako 73 letnia kobieta, wiem, ze stan ducha, spokój, spełnienie, dają zwykły, codzienny spokój. I nic tego nie zastąpi……