Strona główna Rok 2025 Nr 580 Franciszek Czekierda – JĘZYK FRANCUSKI URATOWAŁ MI ŻYCIE

Franciszek Czekierda – JĘZYK FRANCUSKI URATOWAŁ MI ŻYCIE

0
132

Opowieść oparta na faktach

Pani Zofia, dzisiaj ponad dziewięćdziesięcioletnia emerytowana nauczycielka, miała w Warszawie bliską rodzinę, której najstarszym członkiem był wuj August. W latach dziewięćdziesiątych, gdy jeszcze żył, lubiła z nim rozmawiać. Podczas jednego ze spotkań dyskusja zeszła na sprawę europejskiego języka, którym przed wiekami była łacina.
– Teraz łaciną jest angielski. Wszędzie jej pełno, czasem aż do przesady, co widać na ulicach. A w telewizji niemal wszyscy się popisują, wtrącając angielskie zwroty – narzekała Zofia.
– Mnie to już nie dotyczy… – wuj stwierdził z nutką rezygnacji. – Za moich czasów modny był jeszcze francuski.
– Co prawda uczyłam się go w szkole średniej i na studiach, ale po wojnie oddał pole angielskiemu.
– Nie wiem, czy ci mówiłem, że nienawidziłem francuskiego – skrzywił się, jak po wypiciu piołunu.
– Nigdy tym się nie „chwaliłeś” – zdziwiła się.
– Bo to historia z gatunku cudów, a ja w cuda nie wierzyłem. Do tamtego momentu…
– Tym bardziej będzie interesująca.
– Kiedy byłem dzieckiem, rodzina zatrudniła guwernantkę z Francji o imieniu Emma. Stara panna, zasadnicza i mało przyjemna, ale była świetną nauczycielką. Nie lubiłem jej, a jeszcze bardziej francuskiego. Mimo to dobrze się go nauczyłem. Po latach zacząłem studiować na Wydziale Humanistycznym UW. W czerwcu trzydziestego dziewiątego ukończyłem pierwszy rok.
– Pamiętam z opowiadań ojca.
– Pewnego słonecznego dnia na początku maja czterdziestego pierwszego Niemcy zrobili łapankę.
– Przepraszam cię, wujciu, nie chcę sprawiać ci przykrości, ale o tym już mi kiedyś opowiadałeś… – starała się być delikatna, bo jego okupacyjne gawędy słyszała już kilka razy.
– Zaręczam cię, Zosiu, tego na pewno ci nie opowiadałem. Bądź cierpliwa. O czym to było? – na chwilę stracił wątek. – Już wiem, o łapance. Znalazłem się w środku bez szans na ucieczkę. Gdy kordon żandarmów zacieśniał się, jakiś sprytny chłopak zauważył lukę w obławie i uciekł. Oddane przez żołnierzy strzały z długich Mauserów chybiły celu. Przed załadunkiem ludzi do podstawionych „bud” dowódca wytypował dziesięciu mężczyzn do rozstrzelania. Wśród nich byłem ja i mój kolega z liceum. Rozkazał dwóm młodym oficerom wyprowadzić nas w inne miejsce i… wiadomo. Akurat stałem blisko nich. Zaczęli między sobą rozmawiać po francusku.
– Dlaczego? – pani Zofia zdziwiła się.
– Też byłem zdziwiony. Domyśliłem się, że pochodzili z dobrych domów. Musieli się dobrze znać, bo mieli do siebie zaufanie. Ale to nie było takie ważne. Najważniejsze dla mnie było, że podważali rozkaz dowódcy.
– Nie bardzo rozumiem.
– Za jednego zabitego Niemca rozstrzeliwano dziesięciu Polaków. W tym przypadku ich żołnierz nie zginął, więc chyba uważali, że rozkaz był nadużyciem. Rozmawiali więc po francusku, żeby nie rozumieli ich stojący obok żołnierze.
– Rozkaz dla każdego Niemca był święty.
– Otóż to. „Chyba więc nie są bezmyślni…” – zastanawiałem się. – Ich francuski dawał mi trochę nadziei, punkt zaczepienia.
– I…?
– Młodzi oficerowie wyprowadzili nas dosyć daleko od miejsca łapanki, po chwili zniknęliśmy z oczu dowódcy i pozostałych żołnierzy. Ustawili nas pod ceglanym wysokim murem. Zerkając na nich kątem oka, zauważyłem, że robili to bez przekonania, nieustannie z sobą rozmawiając. Tym razem po niemiecku. Znam trochę niemiecki, ale ich nie rozumiałem.
– Słyszałam kiedyś, wujku, jak mówiłeś po niemiecku.
– Szwargotali za szybko. Poza tym nerwy, przerażenie… Z intonacji domyślałem się, że coś ich dręczyło. Wahałem się, czy się odezwać? „Idioto! Rozwalą cię od razu, jak tylko piśniesz słówko” – zgromiłem się w duchu, przepełniony strachem. Jednocześnie nawiedziła mnie myśl: „Nie ma znaczenia, czy będę siedział cicho, czy coś powiem, bo tak, czy siak nas załatwią”. Nie mając nic do stracenia, zaryzykowałem:
– Messieurs les officiers, c’est un mois de mai ensoleillé… (Panowie oficerowie, jest słoneczny maj…) – odezwałem się do nich po francusku, po czym zacząłem recytować wiersz. Mówiłem, jak natchniony, śpiewnym południowym akcentem mademoiselle Emmy:

Le premier jour du mois de Mai
Fut le plus beau jour de ma vie.
Le beau dessein que je formai
Le premier jour du mois de Mai!
Je vous vis, et je vous aimai.
Si ce dessein vous plut, Sylvie,
Le premier jour du mois de Mai
Fut le plus beau jour de ma vie.

(Pierwszy maj
Najlepszy dzień mego żywota
Wymyśliłem piękny plan
Pierwszy maj!
Ujrzałem cię i pokochałem.
Sylwio, jeśli spodoba ci się mój plan
Wówczas pierwszy maj
Będzie najlepszym dniem w moim życiu).

            – Jakieś szaleństwo – Zofia była pełna podziwu.
– Oficerowie spojrzeli na mnie zdumieni, po czym wymienili między sobą kilka uwag. Sparaliżowany czekałem na ich dalszą reakcję. Podobnie, jak dziewięciu pozostałych.

– Podejdź tu – rozkazał po francusku wyższy.
Podszedłem niepewnie.
– Czyj to wiersz? – zaskoczył mnie.
– Charles‘a Baudelaire’a – odpowiedziałem.
– A słyszałeś o podobnym wierszu Heinego, który zainspirował się tym wierszem?

– Po tym poznałem, że znali się na literaturze. Może byli nauczycielami? Zastanawiałem się krótką chwilę, przypominając sobie lekcje niemieckiego.
– O ile pamiętam, miałeś sympatycznego germanistę – wtrąciła się Zofia.
– Feliks Doner. Lubiliśmy go, jednak był zbyt łagodny, żeby nas dobrze nauczyć. Czując na sobie ich wzrok, wysilałem pamięć, wiedząc, że to może być dla mnie szansa na ratunek.
– Wujku, przecież byłeś prymusem.
– Zawsze byłem drugi. Przede wszystkim nie mogłem zawieść kolegi, który wpatrywał się we mnie błagalnym wzrokiem. Nagle zaświtało mi, że coś przerabialiśmy z Heinego… Ale czy to był ten wiersz? – Czas dłużył mi się potwornie. Na czole poczułem krople potu. Nie mogłem się pomylić. Wreszcie przypomniałem sobie, że jest pewien wiersz o cudownym miesiącu maju… „Na pewno ten!” – nabrałem pewności.

– Im wunderschönen Monat Mai? – powiedziałem z ledwo wyczuwalnym zapytaniem.
– Jawohl! Das ist es –
zawołał niższy oficer.
Wyższy uśmiechnął się pod nosem i zarecytował:

Im wunderschönen Monat Mai,
Als alle Knospen sprangen,
Da ist in meinem Herzen
Die Liebe aufgegangen.

(W prześlicznym miesiącu maju,
Gdy tryska kwiat z ziemi łona,
I w sercu mojem zakwitły
Pierwszej miłości nasiona…).

Drugi dokończył:

Im wunderschönen Monat Mai,
Als alle Vögel sangen,
Da hab ich ihr gestanden
Mein Sehnen und Verlangen.

(W prześlicznym miesiącu maju,
Gdy ptaszę śpiewa z zapałem,
I ja mych uczuć wybrance
Wszystkie pragnienia wyznałem.
                                   Tł.: Aleksander Kraushar).

            – Dobrze, że go dokończył, bo po niemiecku znałem tylko pierwszą zwrotkę. Zdesperowany włączyłem się do recytacji, powtarzając początek tego wiersza po francusku:

Dans le merveilleux mois de mai,
tous les boutons de fleurs fleurissent…

– Niezły akcent. Gdzie się nauczyłeś? – zapytał drugi.– W domu. Uczyła mnie Francuzka.
– Brzydka stara panna?
– Zgadza się
– uśmiechnąłem się wymuszenie.
– Dlatego tak dobrze mówisz.

– A więc mieliśmy podobne doświadczenia z guwernantką. Po jego słowach po raz pierwszy od rozpoczęcia łapanki poczułem realną nadzieję ocalenia – August uśmiechnął się do Zofii. – Słuchaj dalej.

– Młody człowieku, a znasz coś z Goethego po francusku? – zaciekawił się pierwszy oficer.
Od razu przypomniałem sobie fragment Fausta. Zadeklamowałem go w tonie nieco przesadnej powagi:

Alors qui es-tu?
Je suis une partie de cette force
qui veut toujours le mal
et produit pourtant le bien.

(No więc… kim jesteś ty?
Jam jest tej siły cząstką drobną,
co zawsze złego chce
i zawsze stwarza dobro.
                                   Tł.: Emil Zegadłowicz)

– Oficerowie milczeli. Poniewczasie zdałem sobie sprawę, że monolog Mefistofelesa mogli odczytać, jako słowa Hitlera. Z ich twarzy zniknęło chwilowe zadowolenie. Żałowałem, że wybrałem ten ustęp, było jednak za późno. Przeraziłem się. Na plecach miałem mokrą od potu koszulę. „To koniec” – pomyślałem. – Ale przecież na końcu tego fragmentu pojawia się dobro… – chwytałem się ostatniej deski ratunku. Oficerowie szeptali coś do siebie.

– Uciekaj – powiedział do mnie starszy.
Zdezorientowany zacząłem się niepewnie wycofywać w kierunku szeregu stojącego pod murem.
– Raus! Wszyscy won stąd! – rozkazał drugi, pokazując ręką uliczkę zakręcającą za murem.

– Pobiegłem we wskazanym kierunku, za mną podążali pozostali. Obawiałem się czy podczas ucieczki nie będą do nas strzelać, jak do uciekinierów. Z pewnością wszyscy o tym myśleli. Ktoś się obejrzał i powiedział, że oficerowie poszli w kierunku opuszczonego oddziału.
– Uciekliście grabarzowi spod łopaty – pani Zofia skonstatowała z ulgą, jakby była świadkiem zdarzenia.
– Mogę powiedzieć, że znienawidzony w dzieciństwie francuski uratował mi życie – wujek podsumował.
– I dziewięciu pozostałym – uzupełniła. – Tej historii jednak mi nie opowiadałeś.
– Bo był cud, nie historia.

Franciszek Czekierda

Poprzedni artykułWacław Holewiński – Mebluję głowę książkami
Następny artykułZbigniew Kresowaty – ROMANS  IN FLAGRANTI  Z SOBĄ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko