Strona główna Rok 2026 Nr 615 Krystyna Habrat – Miasto z marzeń (cz.2)

Krystyna Habrat – Miasto z marzeń (cz.2)

0
13

PRZYRODA DZIAŁA NAD PODZIW, A POTEM PRZYCHODZI CZŁOWIEK

 Ledwie skończył się kataklizm II wojny światowej ludzie zaczęli tańczyć z radości. W naszym miłym, utopijnym miasteczku gdzie tylko się dało zbijano podwyższenie z desek, bielutkich, pachnących jeszcze żywicą sosen, i drugie wyżej nieco mniejsze, dla orkiestry, Wszystko otaczano barierkami z tego samego drewna, żeby ktoś wirując w walcu lub oberku nie spadł – i  już 25 tysięcy mieszkańców ruszało w tan.

Może nie wszyscy. Niektórzy może wieczorami płakali za bliskimi, których utracili, inni jeszcze czekali, że na czyjś powrót, ale takie tłumy waliły w kierunku, skąd tu i tam dochodziło ochocze walenie bębna, że zdawało się, jakby całe teraz miasto tańczyło.

Mało kto pewnie wiedział, że ten zwyczaj ciągnie się od wojen punickich, gdy w starożytnym Rzymie chciano w ten sposób zagłuszyć pamięć o okropnościach wojny. Podobno tańczył nawet sam cesarz Kaligula, ten zdaje się okrutnik.

Więc tańczono.

I tak powoli wracała normalność do niewielkiego jeszcze miasta,  zbudowanego niedawno według pięknych planów, by żyło się tu mieszkańcom szczęśliwie. Terminu „utopia” nikt tu nie używał, Broń Boże,  gdyż święcie wierzono, że to się uda. Przynajmniej w dużej mierze. I na razie wszyscy wyglądali na zadowolonych. Wszyscy znajdowali tu pracę, dostawali szybko mieszkania z wygodami. Wokół bloków mieli ogródki, gdzie stawiali sobie ławeczki i sadzili kwiatki, pomidory i inne warzywa do obiadu na co dzień, nawet trochę ziemniaków,  zwykłych lub  lekko po wierzchu fioletowych, zwanych: amerykanami. 

By to jakoś rosło na piaszczystej glebie, należało zasilić to krowieńcem. No, gnojem od krów. Pobliska wioska, niechętna przybyszom, odmawiała sprzedaży tego  „dobra”. Dlatego coraz częściej widać było, jak ten i ów wytworny pan, zdradzany specyficznym wiejskim zapachem, przemyka ulicą wstydliwie z ciężkim wiadrem, przykrytym darniną. Siedział na co dzień przy biurku w urzędzie, to po powrocie do domu lubił pogrzebać na swych grządkach i potem patrzeć, jak wyrasta szczypiorek, pietruszka, a przede wszystkim róże. Trzeba więc było  maszerować za miasto, gdzie na podmokłych nieużytkach pasły się krowy. Ledwo potem dźwigał wiadro,  gdzie spod darni  wystawał tylko  trzonek łopatki.

Takiej łopatki zapomniała kiedyś  elegancka pani z drugiego krańca miasta. Być może dziecko jej w ostatniej chwili wyciągnęło, urocza Misia, którą na ten czas zostawiała  u sąsiadki. Dopiero po przejściu długiej,  prostej ulicy, potem drugiej, prostopadłej do niej i następnej, znów prostopadłą i po kilku jeszcze zygzakach, gdy na mokradłach zobaczyła z dala krowy, a bliżej  cuchnące ślady za nimi i schyliła się, żeby  od razu napełniać nimi wiadro i szybko wrócić do domu, spostrzegła, że nie ma czym tego nabrać. Miała wracać z pustym wiadrem, gdy taki kawał drogi już przybyła? Ale bez krowieńca pomidory nie obrodzą. A tak ich chciała dla męża, bo je lubił. Lubił też flirtować z każdą naiwną panienką, bo lubił,  jak mawiał, gdy zakwitały rumieńcem. Tylko jej,  żony, nie lubił aż tak.  Dlatego starała się jak najbardziej mu dogodzić i podawać na stół to, co on lubi. Wszyscy o tym wiedzieli. I wiedzieli, że sam po krowieniec  nie pójdzie, bo za wielki pan. Niejedna sąsiadka tłumaczyła to jej, ale ona wiedziała swoje. I co teraz miła zrobić bez łopatki? Krążyły potem opowieści, jak sobie poradziła, co ubarwiało nikłą jeszcze radość powojennych czasów, ale nikt nie wiedział naprawdę. Zaprzestano o tym gadać, gdy 4-letnią Misię potrąciło auto. Lubiła wraz z dziećmi na widok samochodu przebiegać ulicę, ale ona była pulchniutka i nie tak szybka, jak inne. A zdawałoby się, że tak mało tu samochodów. Teraz zamilkł nieustanny krzyk matki: „Misia, Misia! Stań! Nie biegnij na ulicę! Przestała nawet wybiegać rano, jeszcze w szlafroku, za mężem, by jeszcze popatrzeć, jak wychodzi do  pracy i kiwać do niego, gdyby się odwrócił. On wyjechał z inną do innego miasta.  Wtedy zwariowała.

Ludzie mówili o tym tylko szeptem. Kiwali głowami. Jakoś trudno było to poruszać, gdy wcześniej ta kobieta tak łatwo stawała się przedmiotem sąsiedzkich rozmówek. Oni mieli swoje sprawy na głowie. Pracowali, uprawiali swe małe ogródki wokół bloku, wychowywali dzieci, a w letnie niedziele wędrowali z kocem i wałówką nad rzekę. Znowu całe miasto ciągnęło w tamtą stronę. Tak, jak przed południem do kościoła na mszę. I na pokazy ogni sztucznych przy puszczaniu wianków na św. Jana. Życie płynęło teraz spokojnie. Dobrze się w tym mieście mieszkało.

No ale ploteczki, te nieformalne wiadomości, co tam u kogo, co w mieście , w kraju, na świecie, też trzeba było poznać na świeżo.

 Miały więc pole do popisu starsze panie, takie z dobrym sercem, które rano pukały do drzwi, by poinformować, co, gdzie, u sąsiadów, co w kraju. Gazety swoje, a one swoje. „Wy jeszcze śpicie?!  A w poznańskim powstanie! Ile zabitych! Rannych! Zanim codzienne gazety ubrały takie wydarzenie w słowa, które wolno było powiedzieć, ludzie już wiedzieli swoje. I wiedzieli, że to co wiedzą nie wolno głośno mówić. Bywał już ten czy ów wzywany gdzie potrzeba i wychodził stamtąd mocno wystraszony. Bo pytano dlaczego u nich śpiewa się wieczorami dziwne piosenki?

– To kolędy śpiewamy sobie… przy choince.

 Powstrzymał się w porę, by nie powiedzieć „na Boże Narodzenie”, bo to teraz „święto zimowe”, ale usłyszał tylko:

– Kolędy, w lecie?

– Pewnie na imieniny”

– No to więcej nie śpiewajcie o rozmarynie i ułanach…

„Kto mógł donieść?” – głowił się latami. Dopiero po latach pokojarzył, że taki miły sąsiad, co lubił słuchać ptaszków w swym ogródku, przeprowadził się wówczas do willi na drugim końcu miasta. A tak miło z każdym gawędził…

A na ławeczce pod blokiem zasiadała koło południa rada sądownicza, czyli panie, które już posprzątały, przygotowały obiad, i mogły teraz  spokojnie wyrokować, która przechodząca sąsiadka ubiera się  odpowiednio, która czymś im podpada… Strach było tamtędy przejść. Z czasem spróchniała już ławka się załamała. Nowa pozostała osamotniona. Te młodsze nie siadają. Biegają do pracy. Może tylko na chwilę i uciekają.

Ale tu już mieszka się inaczej. Chyba zmiany zaczęły się odkąd   pobudowano bloki z centralnym ogrzewaniem  i ludzie zaczęli się do takich przeprowadzać. Wielu miało dość dźwigania węgla z piwnicy na drugie piętro, a choćby i niżej, by napalić w kuchni i pokojach. Zapalać najpierw gazetę, potem suche drzazgi, grubsze, wreszcie, gdy płomień mocno chwycił, wrzucać węgiel. Bryłka po bryłce. Wyprowadzali się stąd ludzie bardziej rzutcy, energiczni. Nie żałowali pięknie oszronionych we wzory  o secesyjnych liniach jakby wijących się paproci, jakie powstawało tylko przy ogrzewaniu piecowym, nie żałowano bliskości lasu i grzybów, bo za to w nowych dzielnicach było  więcej sklepów i urzędów.

A jedni odetchnęli wreszcie z ulgą, bo wreszcie wyprowadzili się od uporczywego sąsiada, starego kawalera, który wciąż prasował swój jedyny, brązowy garnitur z setki i gotował sobie kolejne herbaty, zużywając mnóstwo prądu, a wcale nie myślał ani o żeniaczce, ani – wyprowadzce. Na nowym miejscu mieli wprawdzie tylko dwa pokoje i Wojtuś już nie będzie miał osobnego dla siebie, ale coś mu się tam urządzi, ustawiając odpowiedni meble. Jakież było ich zdumienie, gdy dwa dni później, ktoś energicznie zadzwonił do drzwi i na progu ujrzeli swego dawnego sublokatora, , oczywiście w brązowym garniturze, takim nawet rudym,  z szerokimi nogawkami, ale z dwoma walizkami. Przyszedł, bo przecież należy do ich mieszkania. Tam sprowadza się rodzina sześcioosobowa i zajmują wszystkie pokoje! Nie wpuścili niezaradnego intruza. Na wszelki wypadek Wojtusiowi przybyło rodzeństwo i za kilka lat wypadało znów się przeprowadzić. Najchętniej tam, gdzie Wojtuś się urodził i na drzwiach wejściowych do klatki widniał napis: „Wojtek bez portek!” I tam mieli tego uprzykrzonego sublokatora.  Tylko teraz ich rodzina była już większa.  Ale tam nie było już powrotu. Nastali nowi. Pozostał ten napis o Wojtku. Tyle się nim namartwiła, bo przecież Wojtuś, jedynak, kochany synuś, zawsze spodnie miał.

A wyskrobał to na drzwiach Maciek, gdy kiedyś  Wojtek z Jurkiem kiwali się na podwórku z piłką, a on był rok młodszy i do tego gruby, więc stał rozżalony i skrobał tę obelgę na Wojtka. Zdążył tylko „Wojtek bez por…”, bo ktoś mu przeszkodził, ale dopiął swego po kilku tygodniach i dokończył. Chyba, ż robił to już ktoś inny. Tak dla śmiechu. A Maciek, ten grubas i niezgrabiasz, co tak kolegom zazdrościł, został potem niezłym piłkarze, podczas gdy obaj koledzy poszli na studia i już sportu się nie imali.

Czasem więc z kompleksu niższości zrodzi się coś dobrego, czego przykładem sportowa kariera Maćka. Ale to nieczęste. Nie wszyscy zakompleksieni okazują się później tak sympatyczni jak Maciek.

Tacy akurat dwaj pojawili się w bloku, gdy rodziny Wojtka, Jurka i jeszcze kogoś, powyprowadzały się na mieszkanie z gazem i kaloryferami.

W bloku zadomowili się już ludzie o podobnych upodobaniach: wszyscy pracowali, uprawiali ogródki i kochali swe dzieci. W niedzielę szli rano do kościoła, potem jedli wystawniejszy obiad: najczęściej rosół i kurę lub kotlety, a na deser budyń polany sokiem jagodowym i kompot. Latem chodzili z kocykiem i wiktem w koszyku, jak całe miasto, nad rzekę.

Ci nowi jeszcze nikomu nie mówili :dzień dobry, ale zajadle przystąpili do robót w swych ogródkach, odziedziczonych po poprzednikach. Któregoś dnia, zdumieni sąsiedzi zobaczyli, że grodzą te ogródki drutem kolczastym, Tu dotąd nikt niczym nie grodził. Nikt nikomu nic nie wyrywał, nie szkodził. Jak u kogoś kwitły pięknie róże, zapraszano wszystkich, aby też mogli się tym widokiem nacieszyć. Podobnie, gdy w maju zakwitały białe lilie i należało odurzyć się ich zapachem. Zapraszano tyle osób, ile mogła pomieścić długa ławeczka z wygodnym oparciem. W bloku mieszkało  zresztą niedużo ludzi, zaledwie 10 rodzin i rotacyjni w dwóch kawalerkach. Wszyscy się dobrze znali, pomagali sobie jak trzeba, pożyczali, czasem widły do wrzucania węgla przez okienko piwnicy, to węża do podlewania ogródka. Nikt drugiemu nie odmawiał pożyczanie, przecież widłom nic nie ubyło. Najwyżej kij się złamał ze starości, ale o nowy nie było trudno. A teraz ci nowi zaczynają od grodzenia się kolczastym drutem. Od razu sielanka prysła.

Dzieciom pękła piłka gdy podczas gry w dwa ognie, poleciała na drut kolczasty i się  przebiła. Inna  wpadła chłopakom do ogródka tego sąsiada.  Chłopiec poszedł o nią poprosić.  Ukłonił się grzecznie, a wtedy żona tego typa rzuciła mu ją z całej siły w twarz, krzycząc, że rzucił tu celowo, by kraść jabłka. Nikt tu dotąd o kradzieży nie mówił. Każdy miał swoje w ogródku. A ona  dobrze widziała, kiedy piłka tu wpadła więc jakby przy niej miał kraść.  Dotąd udawała wielką damę z większego miasta niż to. A wyszła za chłopa ze wsi mając już pod czterdziestkę. Tylko, jak opowiadano, na dzieci było już za późno i dlatego tak wyżywa się na cudzych. Przecież za płotem kolczastym był usypany jeszcze piaszczysty wał z kamieniami, aby nikt się tam nie zbliżał!  I obaj sąsiedzi ciągle w swych ogródkach przesiadywali. Zawsze chmurni, patrzący spode łba.  A co i raz wyzywali głośno kogoś, kto przechodził za blisko drutu. Chłopcu’ przechodzącemu obok do swojego ogródka, wystający chytrze ów drut zaorał pod okiem. Dobrze, iż nie ciut wyżej! Ale szrama pozostała. Tylko nikt z tymi drabami nie chciał zadzierać.

Zrobiło się pod blokiem nieprzyjemnie. Już sąsiedzi nie siadali na przyblokowej ławce na pogawędki o polityce i o niczym. Ucichły żarty na podwórku. I śpiewy w domu.

Wreszcie któregoś dnia jeden z tych „przyjemniaczków inaczej” zaczął rozgradzać płot od podwórka. Wszyscy odetchnęli, że poszedł po rozum do głowy i likwiduje płot. Kto to widział robić takie zasieki w mieście. Tu ludzie porządni. Z przedwojennymi manierami. Powinien się od razu dostosować.

A dostosował się. Akurat. Zagrodził kawał dalej. Po prostu powiększył sobie ogródek. Widząc to drugi „przyjemniaczek” tez skwapliwie odgrodził swój i powiększył. Dzieciakom zmniejszyło się prowizoryczne pole do grania w piłkę. Nawet nie lubiły już tu grać pod gradem przekleństw i wyzwisk tych nowych osobników.

Nie warto opowiadać co dalej. Ani jak czyjaś chciwość może zniszczyć dobre stosunki  sąsiedzkie.  Chciwość zrodzona chyba z kompleksów, bo ci  obaj nowi, pochodzili z sąsiedniej wioski, gdzie zazdroszczono przybyszom, zjeżdżającym się do nowo-budowanego miasta, by pracować w fabryce. Zapominano, że im też się dzięki temu poprawiło i nie muszą już wyjeżdżać do Ameryki za chlebem, bo też znaleźli pracę w fabryce, choć nadal mają krowy i nawet krowieniec pod pomidory.. Nienawidzili mieszkańców miasta, bo zdawało się im, że ci żyją lepiej, wygodniej, bardziej beztrosko. A zazdrość rodzi zawiść i nienawiść. Taki drut kolczasty pomiędzy ludźmi.

A tak było pięknie na początku. Logiczne założenia szczęśliwego miasta zdawały się urealniać. Przyroda działa według swych reguł  tak sprawnie, dopóki człowiek nie wkroczy doń z przysłowiowa siekierą. Społeczność działa dobrze dopóki nie pojawi się człowiek patrzący spode łba z drutem kolczastym.

Ale to jeszcze nie koniec historii. Jeszcze będzie lepiej, bo zaczęto budować nowy, piękny kościół. I nastały nowe czasy, nowe wartości, jakim ufać warto.

Krystyna Habrat                                                                             22.6.26 r.

Poprzedni artykułJan Belcik – Myślę, więc znikam – w poezji Moniki Jastrząb
Następny artykułJanusz Termer – Grób Agamemnona, czyli uroki masowej turystyki…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko