Strona główna Rok 2025 Nr 593 Michał Nizgorski – „Stop balkonizacji Polski”

Michał Nizgorski – „Stop balkonizacji Polski”

0
184
Maria Wollenberg-Kluza - Quo vadis

Michał Nizgorski

STOP BALKONIZACJI POLSKI

W ogóle nie przepadam za balkonami. Taką półotwartą, ograniczoną przestrzenią. Chyba że na nich jest prowadzony sensowny dialog. Dopiero wtedy ta przestrzeń staje się pełnoprawna, otwarta i pochłania, dzięki mocy wyobraźni większe połacie horyzontu. Słyszałem, że w PRL w tych blokach, które je miały, w sezonie toczono na nich rozmowy aż do późnego wieczoru, które oświetlały wnętrza pomieszczeń. Współcześnie nie obserwuję tego rodzaju praktyk na moim osiedlu. Gdy jest ciepło, widzę co najwyżej, jak pojedyncze twarze oświetlają smartfony. Podejrzewam, że minione generacje nie wychodzą na nie, ze względów zdrowotnych, a być może nawet z przezorności. Nigdy nie zapomnę, jak flanerowałem we Wrocławiu tak bardzo zanurzony w twórcze przetwarzanie zastanych fragmentów rozmów, aż prawie spadł na mnie drobny wyimek jednego z nich.

Dlatego jestem za ich absolutnym demontażem, ponieważ utraciły swoją socjalizacyjną funkcję. Mistrz Ockham, gdyby mógł obserwować to zjawisko, niezwłocznie zapytałby nas o jego cel. Po co mnożyć byty ponad miarę? Oczywiście, chyba że mój tekst stanie się ważnym głosem w tej sprawie i inni ludzie (łącznie z deweloperami) wezmą go sobie do serca, w co wątpię. Balkony przypominają mi w zastanym kontekście dziejowym odprysk minionego stulecia, gdy społeczeństwo nie było aż tak bardzo zaangażowane w odurzanie się mass mediami. To dla mnie ponury pomost do świata, za którym jest już tylko spalona i posolona ziemia. Dlaczego przecież ktokolwiek ma z kimkolwiek perorować, skoro Chat GPT ma jedynie drobny problem metodologiczny z przeniesieniem niebinarnych uczuć na kod zer i jedynek. Pracodawcy zwracają większą uwagę na kompetencje twarde niż miękkie. Rozmowa jest obecnie poza trendem. Moja intuicja jest też taka, że w dobie racjonalizacji myślenia słabnie ranga uczuć. W moim wyobrażeniu ten proces rozpoczął się od hedonistycznego podważenia hierarchii podejmowanych działań. Wprawdzie ona ma rodowód w wiekach średnich, ale oczywiście nie zawsze ci, którzy przegrywają np. intelektualne batalie o kształt zbiorowości, nie mają, choć ciut racji. Ta hierarchia w moim języku jest wyrażana tak: wpierw rzeczy konieczne, następnie pożyteczne, a na końcu przyjemne. Innym cenionym spadkiem po tej formule dziejów jest ustalanie stanu faktycznego w żywej dyspucie na kształt rozmów gwarnych zakonników. Ja rozumiem, że dorobek intelektualny ludzkości się obecnie zdigitalizował i wygląda to odrobinę inaczej, niż jakoby by przyjeżdżał konno do danego miasta goniec z traktatami i obwieszczał swoje przybycie trąbką przed domostwem np. Barucha Spinozy, ale odczytuję nasze starania jako niewystarczające. Rozmawiajmy. Komentujmy codzienność na żywo, choćby w dyskontowej kolejce, gdy sfera rozmowy staje się coraz bardziej ograniczona ze względu na pośpiech i lansowanie skuteczności jako miary każdego działania. Gdzie w tym mądrość, wyważone korzystanie z własnych zasobów inteligencji humanistycznej? Wtedy i tak stoimy, i tak czekamy i ,,nigdzie nie śpieszy się nam” jak śpiewał Grzegorz Ciechowski w ramach albumu ,,Siódma Pieczęć”, ponieważ jesteśmy zdani w tej sytuacji na pracę innego człowieka. To świetny pretekst, by udoskonalać swoje pokłady inteligencji emocjonalnej. Nie wiemy, kim są ludzie przed i za nami. Mają na pewno swoje historie, opowieści, przeżycia oraz marzenia. My też jesteśmy jacyś, a być już określoną osobą to świetna okazja, by przez chwilę, chociażby w sklepie powykładać swój indywidualizm, gdyby nasz interlokutor pozostawał zbyt zdumiony, a nawet otępiało bierny, by się odezwać. Garść słów splecionych naprędce, radość, bądź inny kolor z palety emocji, to wszystko, co w takim momencie mamy i to jest dużo.

Być może, gdy wystarczająco sporo ludzi zacznie ponownie we współczesnym kontekście podchodzić tak do sprawy, znowu zasłużymy sobie jako zbiorowość na te nielubiane przeze mnie półotwarte przestrzenie zwane balkonami. W każdym razie będę monitorował tę sytuację na bieżąco, zaświadczam wam. Mierzę się jednak z tym że ta mentalność zasługiwania na cokolwiek też już przechodzi do lamusa, więc nie pozostaje mi nic innego jak hołdowanie temu ideałowi, który się zestarzał. Przy czym nie chcę w moim tekście przedstawiać jakiś kołczingowych komunałów typu, że ,,rozmowa jest jak mięsień. Trenujesz, to masz”! Nie, ponieważ każda z nich jest unikalna, odbywająca się w czasie rzeczywistym i do pewnego stopnia nieznana w ciągu fabularnym. Warto jest oczywiście zwracać swoją uwagę na takie drobne jej przesłanki jak ubiór naszego rozmówcy, jakimi barwami się komunikuje z innymi, jaki nastrój z niego emanuje, jaką komponentę uczuć nam sygnalizuje, czy np. ma widoczne naczynia krwionośne na twarzy, co może oznaczać, że jest osobą wysoce reaktywną i czujną. Niebywałość prywatnych rozmów to raczej dar niż przekleństwo, dlatego bądźmy gotowi na przyjęcie innych perspektyw niż nasza własna. Ta otwartość jest w moim odczuciu jedną z ważniejszych cech osoby inteligentnej humanistycznie. A balkony? Jakie są, każdy widzi i kto powiedział, że są nam dane raz na zawsze?

Poprzedni artykułNadmorze #164. Wiersze na głos. Agnieszka Mohylowska czyta wiersze z tomu “Zbierało się, wisiało”
Następny artykułJan Stanisław Smalewski – „Panie Boże przebacz”