Strona główna Rok 2025 nr.591 Jan Stanisław Smalewski – Czereśnie

Jan Stanisław Smalewski – Czereśnie

0
145

/opowiadanie – na bazie dziennika osobistego autora/

Adam K. był o rok starszym kolegą z liceum. Zapamiętał mnie – jak wyjaśnił podczas rozmowy telefonicznej – z tego, że mnie uwodziły jego koleżanki Maryla i Wiesia. To było niesamowite, żeby dziewczyny z jedenastej klasy podkochiwały się w siedemnastolatku. – A wiesz dlaczego? Co ich u ciebie rajcowało?
– Pewnie uroda. Miałem ładne kręcone włosy.
– Tego nie pamiętam. Rajcowało ich twoje zachowanie i talenty. Pisałeś wiersze, występowałeś w teatrzyku rozmaitości prowadzonym przez Wójcika w Powiatowym Domu Kultury. Ty wiesz? Zaproszone na moją osiemnastkę, mimo iż kręciłem już trochę z Marylą, złożyły mi tylko życzenia i pobiegły do PDK na występ, żeby słuchać twoich recytacji satyrycznych wierszy Prutkowskiego. No i cię oglądać.
– Adam, to sympatyczne, ale po co mi to mówisz?
– Wiesz, że teraz jestem dyrektorem Sycowskiego Muzeum Regionalnego? Otóż to one właśnie wpadły na pomysł, żebym ciebie zaprosił do nas. Chcemy zrobić ci spotkanie autorskie.
– W muzeum?
– Twój dorobek jest już na tyle dla naszego miasta znaczący, że mogę to zrobić. Wiem, najważniejsze są książki historyczne o legendarnej brygadzie Armii Krajowej „Łupaszki”. Sporo jest o tym w Internecie. Niemniej jednak w Sycowie więcej uwagi przyciągnęła twoja powieść „Panie Boże przebacz”. Doszukujemy się w niej i związków z Sycowem, i ukrytych w beletrystyce twoich przygód z młodości. Rozmawiałem na ten temat z naszą wychowawczynią profesor Galewicz. Ona bardzo mile cię wspomina i też chętnie by wzięła udział w takim spotkaniu. Powiedziała nawet, że zabierze ze sobą innych nauczycieli.
Mamy w muzeum ładną salkę, w której śmiało pomieści się 50 osób. Zaprosilibyśmy tylko nasze uczniowskie środowisko, twojej i mojej, klas maturalnych. No i kilka znaczących osób z miasta oraz naszych belfrów. Co ty na to?
– Jezu – jęknąłem. – Ale świetny pomysł. Spotkałbym się z wszystkimi, którzy byli mi bliscy w ostatnich latach mojej przedmaturalnej młodości. – Naprawdę byś to zrobił?
– Jeśli tylko się zgadzasz. No i od razu proponuję ci termin. To 24 czerwca.
– W imieniny Jana? Przyznam, że przerosło to moje najśmielsze marzenia. W nasze święto czereśni?
– Jest takie? Było? Nie wiem, o jakim święcie mówisz – przyznał Adam. – Myślę o twojej książce i imieninach.
– Tak, super. Bardzo się cieszę i akceptuję ten pomysł. A święto… Nie mówiły ci o nim dziewczyny? To Maryla go wymyśliła. Zakończenie roku szkolnego odbywało się 23 czerwca. Ja wtedy zaprosiłem kilku kolegów i nasze dziewczyny z dziesiątej klasy oraz Marylę z Wiesią z waszej jedenastej, na następny dzień do naszej klubo-kawiarni Ślizowskiej. Kiedy zapytały z jakiej to okazji, wymyśliłem naprędce, że z okazji święta czereśni.
Moje koleżanki wiedziały, że mamy duży sad, a w nim zawsze o tej porze roku zaczynają się czereśnie i od razu zaakceptowały ten pomysł. A twoje koleżanki przyjęły to jako jeden z moich żartów i zgadzając się, także postanowiły sobie zażartować. Kupiły mi w upominku lalkę z kolorową tabliczką z nadanym przez nie jej imieniem Czereśnianka.
Po spotkaniu w kawiarni namówiłem je, żeby poszły ze mną na czereśnie. Moja mama była zaskoczona – Takie ładne pannice uczą się z tobą w liceum? – I popatrzyła na ich kuse sukienki.- Tylko nie wchodźcie na drabinę. Jasiek sam narwie wam czereśni.
Marylka nie zaskoczyła o co mojej mamie chodzi. – Ależ proszę pani. On już tyle dla nas zrobił fajnego, że mały odpoczynek mu się należy. A poza tym, być u naszego Janka w sadzie i nie skorzystać z okazji, żeby samej sobie urwać czereśni? Te urwane przez niego osobiście już jadłyśmy w kawiarni. Przyniósł wszystkim cały koszyk.
– No dobrze, ale… – kobieta zawahała się przez chwilę. – Na drabinie może być niebezpiecznie. I ktoś na dole powinien wam ją trzymać.
Dopiero teraz dziewczęta parsknęły śmiechem. – Jasiek, przytrzymasz drabinę i nie będziesz patrzył do góry?
– Ja popilnuję wam drabiny, a Jasiek w tym czasie pójdzie do kuchni i przyniesie wam placka z truskawkami. Dopiero co upiekłam świeży, udał mi się jak rzadko kiedy.
To było ostatnie moje spotkanie z Marylą i Wiesią. Podczas tego niby święta Marylka szczególnie mnie adorowała, budząc nawet sprzeciw, a może i zazdrość koleżanek z naszej klasy. – Wy się od niego odczepcie, bo jesteście za stare – pozwoliła sobie nawet na taki wyrzut nasza klasowa przemądrzalińska Halinka.
– Adam, będą też naprawdę obie na spotkaniu ze mną? To byłoby bardzo miłe z ich strony. Co one teraz robią?
– Marylka? Jest teraz moją żoną. A zawodowo, ukończyła historię sztuki we Wrocławiu i pracuje razem ze mną w muzeum. A Wiesia prowadzi bibliotekę, jest po polonistyce. Wiesz, gdzie jest biblioteka?
– Chyba w drugim skrzydle budynku. Tego samego co muzeum. Czy może muzeum przygarnęło sobie tę jego część? Będąc w jedenastej klasie przesiadywałem tam w czytelni, gdy tylko musiałem dłużej czekać na autobus do Ślizowa.
– No właśnie. Słyszałem o tym. A wiesz od kogo i co jeszcze się z tym wiązało? Od Krystyny, która wówczas ją prowadziła i jak twierdzi, była pierwszą czytelniczką twoich wierszy. Ale odmówiłeś jej, gdy zaproponowała ci pomoc, żeby skontaktować cię z jej znajomą dziennikarką, która mogłaby ci coś wydrukować w gazecie.
– Ojej, przypominam sobie, tak było. Wstydziłem się jeszcze, że mogą być za słabe – przyznałem z pokorą i zapytałem: A Krystyna? Też by była?
– Nie wiem. Krystyna była starszą siostrą Maryli. Moja szwagierka mieszka teraz w stolicy, jest nauczycielką.
Ale wiesz co? Fajnie się zgadaliśmy, bo dopiero teraz mam jasność, co do tego święta czereśni. Dziewczyny przebąkiwały coś, że jak przyjedziesz, nie musisz martwić się, że twojego sadu już nie ma, przyniosą do muzeum cały kosz czereśni.
No to jak? Dogrywamy termin spotkania?..

Poprzedni artykułWira Wowk – Wiersze
Następny artykułFranciszek Czekierda – Chwile na wilegiaturze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko