Strona główna Rok 2025 Nr 598 Piotr Zawendowski – Apokryf do Białego małżeństwa T. Różewicza

Piotr Zawendowski – Apokryf do Białego małżeństwa T. Różewicza

0
74

                                                                                                  Obrazony

Nasza była to sypialnia, Najdroższy… jakże Cię wspominać spokojnie i bez rozczulenia… Czyż mogę nadal tłumić ogień palący moje wnętrza, zaprzątający mózg długimi godzinami w każdym dniu i nocy? Czemu pojawia się we mnie pragnienie tulenia Ciebie i Twojej białej koszuli zapiętej pod szyję… Ach, gdybym tylko mógł prawdziwie otruć się dla Ciebie, z miłości do Twoich oczu, jakże bym głośno krzyczał całemu światu: umieram, umieram z miłości do mego Kubusia. Słoik z trucizną stałby pod łóżkiem, a my byśmy w końcu mogli spotkać się w niebie, mój biedny Kubusiu. Pamiętam! Te wstrętne włosy i wąsy pod pachami, ach mój Królewiczu, mój śpiący Rycerzu, obudź się błagam, bo Ci nos odgryzę… Ty wstrętny, wstrętny Kubusiu… posiadający wąsy pod każdą pachą i tam, pod brzuszkiem… Kluskusiu, mój Kluskusiu cieplutki, kochany… nie gniewam się na Ciebie. Wiesz, co ja wczoraj widziałem z naszego okna z widokiem na teatr? aż oddech straciłem… o mało nie umarłem ze śmiechu… Wiesz, jaki znowu poczułem głód… zjadłbym całego konia z kopytami albo nawet dudusia. Jestem człowiekiem – zwierzęciem ssącym, łożyskowym, a moje narządy rodne i sposób posługiwania się nimi jest taki sam… jak mnie wtedy nauczyłeś. Posiadam owłosienie i sutki i pępek. Zostałem pokryty całkowicie włosami; ach gdybyś mógł to zobaczyć, sprawdzić mapę mojego ciała, dotknąć językiem, przytulić czołem, posmakować ustami. Krzyczałbym: wymię, wymię, mam wymię, a Ty jesteś moją dojarką. Tylko Tobie mogłem zaufać, gdy krzywo się na mnie patrzyli; tylko Ty mnie rozumiałeś, tylko Ty byłeś mną, byłeś we mnie. A teraz wybacz… opuszczam łóżko w milczeniu, rzucam książkami, wyłączam światło, wracam do siebie. Zegar wybija godzinę dwunastą.

Pięćdziesiąt trzy lata i zawał serca. Wyłączne prawo szkła i porcelany: chuchaj i dmuchaj, nie bij, nie głaszcz, nie dotykaj. Ciało, ciało, ciało – jedno ciało z dwojga. Siedzieli w salonie, on i ona, i ja tam wtedy byłem (bez miodu i wina). Pomyślałem o Tobie i świat uderzył mnie w mordę – nawet nasze igraszki nie były tak silne. Matka krzyczała: nie!, nie!, nie! On czytał swoje, a ona krzyczała, że to się w jej głowie nie mieści (aż dziwne, bo łeb ma jak sklep – ośmiornica), a ja mówiłem spokojnie: kocham tylko Kubusia, Kubusia ja proszę, ja błagam, ja chcę, ja mam i posiadam. Kubusia kocham – oto odczucie zgonu człowieczeństwa. A chuć miałem pełną i sił i doświadczenia: erotycznego, energicznego i czynnego, płodności życia. A matka, że głupstwo, że sprawka innego mężczyzny być musi, że sobie tego nie wymyśliłem – przecież jej o tym opowiedziałem! Ojca musiało złapać serce… pięćdziesiąt trzy lata. Jestem normalny – pytała matka – byłem zdrowy do czasu, do czasu aż Cię spotkałem – co się ze mną dzieje! Co za rodowita zniewaga, bluźnierstwo słów. Zostałem pokalany w tym saloniku urządzonym w stylu biedermeiera – w zasadzie bez stylu. Matka znowu: wyraźnie wchodzi tu w grę mężczyzna (ja na to: Kubusia) – jakby nie rozumiała formy męskiej, którą stworzyłeś mnie, w swoich ramionach, przy boku Twoim, pod ręką Twoją, pod ciałem i brzuszkiem. To salonowe spotkanie rodzinne, ta męka pustyni, którą przebyłem, spiekota słoneczna, żółta i naga… Galopuję, lecz nie ma już Ciebie; wpadłeś w ramiona śmierci, sobie, samemu, beze mnie. Czyż nie mam chyżych nóg i jednego garba stojącego na baczność, gdy na mnie patrzysz… teraz zamkniętymi oczami na amen. Matka: Boże, Boże! – jakby nie rozumiała istoty rzeczy miłości boskiej: kochaj ciało, które kochać pragniesz, innego nie dostaniesz. Zemdlałem, ona pobladła – widocznie wciąż się o mnie boi, że zamknę powieki na dni całe i więcej oglądać już ich nie będę; ja i głupi zwierz we mnie. A Ty wciąż jesteś cudowny! Oświadczyłem: kocham Kubusia, innego mieć w życiu nie będę i wtedy… weszła kucharka, zmieniła temat z salonowego na publiczny, matka się otrząsnęła, ojciec skończył pięćdziesiąt trzy lata, ja się popłakałem: zostałem składem porcelany po odwiedzinach trzech słoni, zapominających… O czymś zapomniałem, ale wybacz, już pora, już pora, abym szedł odwiedzić Ciebie…

Ukochany, nie spodziewałem się, że możesz być ze mną tak szczerym. Tamte wszystkie Twoje słowa, Twoje gorzkie słowa prawdy o rodzinie… Żałuję ze zmiennym natężeniem, a światło we mnie to rośnie, to przygasa, prawie gaśnie. Fioletowa kotara oddzielająca moje tęskniące za Tobą męskie ciało… Wybacz, że dopiero teraz otwarcie wyznaję, kim jestem, kim byłem już wtedy, gdy dotykałeś się we mnie za pierwszym – przecież niewinny – razem, wtedy, w naszej małej sypialni… Teraz widzę wszystko inaczej – niestety nieczysto. Twoja siostra, Kubusiu, cóż ona robiła w ogrodzie, gdzie straszne ropuchy właziły jedna na drugą, gdzie drżące skrzydełka motyli prowokowały świat cały do nienawiści wróbelka! A przecież on to pochłania wstrętną dżdżownicę, więc pytam: czyż nikt nie kocha wróbelka? A potem śmiech, ten szyderczy śmiech z Twojej siostry Kluskusiu, śmiech zdzierający z jej miana jej wiano czystości… Nie chcę ale muszę powiedzieć Ci wszystko: to prawda, tam wtedy, to był Twój ojciec i dziadek i matka i nawet kochanka. Boże, co mi się w duszy przez nich zrodziło – miałem ochotę krzyczeć na całe gardło: to ja pokochałem Kubusia! Ale nie mogłem. Ty byłeś tuż obok – biegałem myślami wokół Twej trumny, tak, kilka razy, i nikomu to nie przeszkadzało. Miałeś rację: oni pokochali sami siebie, swoje konwenanse, swoje nosy wsadzane w życiorysy. Wszyscy – dlatego właśnie – przyszli do mnie do poprawki, a widziałem, że krew, że krew w nich się gotuje. Widziałem, że każdy z nich całe życie w ciąży… Aż miałem chęć się rozłożyć z przeciągłym długim jękiem rozpaczy, wołając: Kubuś leży tu martwy, a wy myślicie o swoich grzechach! chciałem rwać ich łożyska pępowinowe, tępić Pępówkę ich bycia i wszelkie upławy, ale nie mogłem. Czyż to nie ja byłem rublem po drugiej stronie monety ich życia? Czyż nie byłem więźniem konfesjonału, do którego dzisiaj przyszli i oni? Czułem się między nimi jak kotlet na długim półmisku, oparty o inne kotlety skropione zrumienionym masełkiem. Teraz już wiesz – zawsze znałeś mój gust – byliśmy jak marchew z sałatą w jednej salaterce – ograniczeni grzechami naszych bliskich. A Ty przecież nie miałeś dwudziestu lat…

Teraz pragnę: przyjdź! Wyobrażam sobie Ciebie, widzę drobne szczegóły dekoracji Twego ciała; być może stoję przede Tobą w mundurze studenta, a Ty… Operujesz swoimi drobnymi rączkami, rączusiami, ronczentami, operujesz siedząc przy fortepianie, ubrany wizytowo: na sztorc! Powiadam Ci i krzyczę Tobie do ucha: na sztorc! A Ty grasz i grasz coraz szybciej i szybciej, aż się podnosi Szpicnagel. Mówię przestań, poczekaj… Przewrócę Twoje nuty, kochany, aż do ostatnich oklasków. Potem weźmiemy się pod rękę i pójdziemy z obronnymi gestami – wbrew naszej i waszej sprawie – wsparci o fortepian naszego życia, spoglądając w górę i w dół, aż gwar całkowicie ucichnie. To będzie nasze zwycięstwo… To było… To jest… Chyba zaczynam deklamować Twoje imię, czego wcześniej nie mogłem. Stoję i czekam, aż zacznie się ceremonia. Wybacz, wciąż nie potrafię pokochać Cię tak, jak zasługujesz. O przyjdź! Przyjdź, stań się jesienią mojego życia, wdziej szatkę lekką, białą, zwiewną, pajęczą. Wydobywasz ze mnie taki nastrój – przeraziłeś mnie swoją śmiercią, widzisz… Twoje życie zawsze będzie dla mnie utworem zebranym, zabranym, zbabranym w, z, i, przez towarzystwo. Kubusiu, Kubusiu, czy zauważyłeś we mnie coś? Czy możesz choć jeden raz jeszcze spojrzeć na mnie ze sztuczną powagą – od stóp poprzez dup aż do głów? Błagam, póki jeszcze się nie ubrałem, póki Cię nie zacząłem odprawiać. Co się stało… Czemu się przeraziłeś, jakbyś zobaczył upiora – przecież wiesz – zawsze byłem w pewnym nieporządku: w garderobie i w odchyleniach od normy. Zaraz złożę swoje ręce, będę udawał, że głaszczę Ciebie po głowie – ja oszust społeczny, pisarz bez czci i wiary, który nie umiał wyznać: kocham Kubusia i ponieść słów konsekwencję. A teraz leżysz tu, nieopodal, martwy. Przyklęknę u Twych stóp, kochany, złożę ręce jak do modlitwy – widocznie o coś będę prosił, przycisnę głowę… i wyjdzie człowieczeństwo pragnące czuć boskie ciało. Wiem, że będą patrzyć na mnie bez słowa, z milczącym zdziwieniem na twarzy, ale nie poznają naszego sekretu – mogę to gwarantować! Światło gaśnie. Za oknem życia narasta krwawa łuna. Słychać już bicie dzwonu. Cały kościół w świetle, wszystkich widzę jakby byli w czerwonej wodzie kąpani, z konfesjonału wychodzi Twój ojciec, a ja idę wyprawiać Ci pogrzeb. Tylko, błagam: przyjdź… pamiętasz? Takie było Twoje życzenie, więc jestem. Ja, Twoja mistyfikacja kolana, konika i fortepianu.

Najsłodszy, moje wnętrze jest szare. Dociera do mnie jakiś świt – a przecież zamknąłem okiennice mojego ducha. Zamknąłem wszystkie smugi słońca z Tobą, w Twojej pięknej trumnie na katafalku – rekwizytu schematów społeczno religijnych. Czuję, jakbyś kręcił się ze mną w naszej pościeli, pojękiwał przez sen, poruszał się i budził. Widzę, jak wyciągasz rękę spod kołdry, oglądasz i chowasz ponownie… Czemu nie mogę już poczuć smaku Twej młodzieńczości? Czemu uleciał z wypraną koszulą, pościelą i prześcieradłem. W naszej sypialni, Kubusiu, kochanieńki, mój kluseczku, krew! Chyba we mnie coś pękło – wybacz, pragnę popełnić samobójstwo – pójść Twoją drogą za Tobą, iść razem z Tobą tą jedyną drogą. Widzisz: już wyskakuję z łóżka myśli spokojnych, stoję nieruchomo z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami, nagle szybkim ruchem zdzieram prześcieradło, w którym nie ma już Twojej – mojej – cielesnej podniety… Chcę wyrzucić wszystko do pieca i wtedy… Ktoś niewidzialną ręką czyni mi wąsy na twarzy. Wróciłeś? Proszę, powiedz, że tak, że jesteś i już zawsze zostaniesz. Mam brodę i wąsy. I nie jest to jakaś święta, wykupiona wata – przyszły same od Ciebie wprost do mnie. O ja niemądra! Przepraszam, niemądra! Tak, taka właśnie jestem – przecież pamiętasz. Czy brzydzisz się mną? Brzydzisz? Powiedz… Widziałem Ciebie przed chwilą tu, w tej pustej sypialni – byłeś świętym Mikołajem. Przyniosłeś mi prezent – wstydziłem się jego i trochę zwątpiłem, ale im więcej czasu tu byłeś, tym bardziej wiedziałem: to Ty. Kocham Kubusia! Pewnie, że wierzę… To sobie wierz! Wierzę w widzenia, którymi co noc obdarza mnie miłość zrodzona w naszej sypialni. Ty byłeś mały, ja byłem wielki – w sumie byliśmy jak jeden z jednego. Coś się uzupełniało, coś gniło i przepadało, wznosiły się męskie sztandary solidarności! Płeć zwyciężyła – przysięgam na kości mojego dziadka. Słyszałem… ktoś porusza klamką, ale drzwi nikt nie otwiera – to musiałaś być Ty. Pochyl się na de mną następnym razem – ja zamknę oczy, zatopię zmysły w marzeniach: nie chcę Cię wystraszyć! – nie bój się Kluskusiu kochany, nie bój się. Ciało nam dane nienormatywnie musi być skonsumowane – inaczej po cóż byłby czerwony ptak bez twarzy, milczący… Tak się wpatrywałeś w naszej sypialni pełnej krwi…

Bądź mi dobry i przyjdź… zobacz: oto moje wesele, żałoba. Wiedz, że tutaj czekam na Ciebie. Spójrz: matka leje we mnie gorącą, słodką herbatę – myśli, że naprawi to, czego popsucia dopuściła się konwenansami w czasach mojej młodości. Fe: słodka herbata z konfiturami! Błagam Cię, ratuj! Muszę powiedzieć – jak zawsze w sekrecie – niepokoją się o mnie i moje zachowanie. Myślę wciąż o nas, jestem im obojętny: zdziecinniałem. Ona narzeka, że ojciec mnie tak wychował – na jakiegoś chłopaka… żołnierza… i wcale nie chodzi jej o przesadę w manierze, usposobieniu. Ona traktuje to wszystko tak bardzo poważnie; ruszam się, ruszam jak stary profesor albo jak jakiś kołek. Kołkiem ja jestem( a jakże!!!) zawsze przy Tobie, gdy tylko… W ruchach i naszym tańcu… Pamiętam! Pamiętasz? Niechaj Cię jeszcze przytulę, niechaj się przegnie kij mego ciała. Dla Ciebie płonę: Kubusia kocham – wołam do Twego konara! Jestem wyjęty z krochmalu… i znów wchodzi matka, niesie tę słodką herbatę, ja konam. Wszystko się toczy i smętnie wciąż dzieje w tym to salonie, na jego środku – tam siedzę, ja, kufer: wypatroszony weselem, wypatroszona żałobą. Rozdarty pomiędzy Tobą a Bogiem, pomiędzy nogami… Daj spokój – to Ona traktuje – porcelanowy aniołku, mój śliczny… zimny… nie wracaj mi do przeszłości, nie grzebaj w popiołach już wystudzonych. A ja tu konam: spalili Kubusia, zostanie znów zapomniany. Trumna nie ocaliła Ciebie przed ogniem. Zmiana posłania: trzy obrusy koloru – do wspólnych śniadań? – dwa białe na dwanaście osób z serwetkami, na większe chyba nóg umywanie. A już nóżek Twych nie ma i nie zapytam: dlaczego masz takie zimne nóżki, a gorące ciało? Nawet i nóżek musiałeś się wstydzić! Może to niewłaściwe, co powiem… Nie da się ruszyć spraw, których nie można ominąć! Czy ja śnię? Czy to już pora na taniec weselny? Czy jestem już obudzony, czy leżę w Twej trumnie? Więc trzeba mówić o tym – o nich, o nas – otwarcie i prosto, jak o wszystkich sprawach dotyczących życia. W niczym nie ma nic niestosownego! Spójrz: kolejna taca z kolejną herbatą. Mdli mnie… Może to i lepiej dla Ciebie i dla nas – tak dla nas, widzisz to? podkreślam: dla nas, bo może jeszcze tego nie zauważyłeś – ale musimy zachować dzielność i przytomność naszych umysłów. Ze względu bezwzględu. Dużo jest ludzi noszących żałobę – ja zawsze chodzę ubrany na czarno – lecz dla nich to konwenanse. Wesele, żałoba i matka – pitagorejska tajemnica tego załamania. Nigdy nie zdejmę żałoby z mego serca. Ciebie nie mogą zapomnieć! Potężne i tajemnicze jest milczące królestwo śmierci. Nie mogłeś się jemu przeciwstawić (wybacz: pragnąłbym Cię o to zapytać) – kocham Kluskusiu, przykładam palec do ust, do warg, do Ciebie… Śnię o wiecznej śmierci, triumfalnie łączącej na ziemi to, co połączyła w niebie.

Kochany, gdzie jesteś? Muszę o to zapytać; szaro i czarno pnie się po mnie i we mnie, i niczego już nie zda się widzieć… Pytam: gdzie jesteś? w tym borze… dopadła Cię przeszłość czy teraźniejszość? Las we mnie jak z bajki: czarne poszycie czarnych paproci, a między pniami mej codzienności: Ty – smugo – światła. Dlatego pytam: gdzie jesteś! Wyłaniasz się owinięty w czarną pelerynę, zatrzymujesz dotykiem paluszków, a ja staję jak wryty! Stoję i stoję, codzienność mija… Nagle się zrywam, uciekam, mijam pijane drzewa, mijam czarne stragany. Dobrze Cię pomacałem – pogratuluję sam sobie za grzbiet i łopatki, za mięśnie i uda, za włosy i wargi… Rżnij! nie pytaj! rżnij! Też tak myślałeś – dziękuję… Życie straciło sens, myśliwy dopiął swojego celu. Strzeliłem! Porozmawiajmy. Zazdroszczę Ci Twojej wolności od kobiet – ja nie mam takiej odwagi, nie mogę się jeszcze uwolnić… Przy Tobie nigdy nie czułem się babą, nie było okrzyków gęgania, pokwikiwania, stękania, czkania i szyderczego śmiechu z uśmiechu! Kocham Cię piękny, kocham Twe ciało, Twój uśmiech… I znów ten las, drzewa mnie gonią. Duch lasu dogania tego, kto pragnie wolności od siebie – jestem już bliski. I nagle: ogień, konar płonie, las ucieka, a ja widzę maleńką iskierkę istnienia. Dziwny kształt… Rzuć to, rzuć albo rżnij! Nie patrz się na mnie, nie obmacuj istnienia – Ty jesteś ważny, bo mnie już tu nie ma. Zostało gdakanie: radość, pytanie, zwątpienie. Gdakanie, gdakanie, gdakanie: gdzie jesteś? zginam rękę w łokciu – o, tak – pokazuję – o, tak – gdakam pytająco – o, tak. No, no, no i bęc. Wszyscy wychodzą: zrozumieli jak kochać Kubusia – mieszkańcy milczącego lasu w odległości na sto mil istnienia (trzy wystarczą, nawet jedno po drugim), czas kończyć wołanie. Ja, smętny kurhan stepowy – gęg, gęg – samotny wicher na morzu – kwik, kwik – zbłąkany liść na bezdrożu – gdag, gdag – zwinięty czerep samotności w samotnym łóżku bez Ciebie. Gdzie jesteś mój czarny otworku!

Boże jedyny Kubusia zachowaj! Opowiem ci o Nim teraz wszystko… Oświadczę się Jemu w niebie, uklęknę, będzie straszne zamieszanie, nie będziesz potrafił wymówić ani słowa, wezmę Jego dłoń w swoje ręce, będziesz cicho jak w chramie, będziemy patrzeć sobie w oczy… Poczekaj, jeszcze nie skończyłem. Milcz, jak do ciebie mówię! Milcz, mówię o Kubusiu… wymyślimy sobie coś świńskiego, będziesz chciał, żebym dał Mu całusa, powiem nie, będziesz chciał włożyć mi rękę pod sukienkę, powiem nie, będziesz chciał mnie tam dotknąć, powiem nie, nie, nie, powiesz że nie wiesz, ja powiem nie, będziesz chciał wziąć skarpetkę, powiem nie, będziesz mnie prosił i błagał, powiem ci nie. Nie, jeszcze nie skończyłem, nie możesz być jeszcze Bogiem, bo ci na to nie pozwoliłem. Milczeć! będziemy razem to robić ale tylko za moją zgodą, nie powiesz mi nie, zaczekasz i nie powiesz mi nie, wyciągnę go z piekła jako bombonierkę z różową wstążką i nie powiesz mi nie. Patrz z niedowierzaniem, zajadaj sobie wzrokiem tę moją czekoladkę pełną wieczystego likieru uniesienia. Zapytasz o majtki, nie powiem ci nic, nie będziesz potrafił się oprzeć przymusowi pytania i zabiegania – ja powiem ci nie, i będziesz posłuszny. Położę głowę na Jego brzuszku – nie powiesz mi nie. Jam jest Twój, ty jesteś mój… Jeśli nie, nie czytaj, odłóż, zostaw, zapomnij – a ja nie powiem ci nie. Ziewa ślicznie, malutki bębenek milusi – milcz – nie wiesz – milcz – guziczku z pętelką – milcz – ale śmieszny – milcz – świnia – milcz – tere, fere – milcz, przestań istnieć istoto nieistnienia. Kubusia kocham, nie ciebie potworo nieodpowiedzialna, nic nie wiesz, a chcesz, to ci powiem: rozporządzali nami jak cielętami, kaczkami… a my przecież to ludzie… z miłości oddając nasze ciała pierwszym lepszym z brzegu, proszącym o… Mą cnotą dziewictwo czystej jest miłości. To ten skarb! Milcz, bo nie rozumiesz, że… męczennicy… marionetki milczącego chramu… Pokazuję ci język, skończyłem, masz prawo mówienia. głupi: aaa, bee, cee, dee, zet, pe, te.

Najdroższy, teraz tak szybko: salonik, lustro, zasłaniam, odsłaniam… dotyk palcami. Lustro Twej twarzy śni mi się razem, gdy marzę i marzę. Palcami dotykam nosa, zadzieram do góry, spłaszczam, przyciskam, wyciskam ostatnie… zaciskam wargi, uśmiecham się… pokazuję i chowam: tik tak; i tik tak; i tak. A wszystko tak jakoś bez uniesienia, może już śpię, może zasnąłem na widok wspomnienia… Rozglądam się, staję przed oknem, wychodzę. To wracam. Jesteś? Sprawdzam w lustrze odbicia, zbliżam się z ręką, przyglądam się piersiom, zamyślam i obejmuję, marzę o chwili spełnienia. Ku, ku, ku, bu, bu, siu. Śpisz na kanapie, może sen przyjdzie. Trudno mi właściwie, gdy Ciebie nie ma… no, cóż… szczególnym zbiegiem okoliczności pozostawiam ciężar czystości; ogarnia mnie… ginięcie samemu w sobie. Pokus potęga, a ja pozostaję czysty. Spełniła się chwila spełnienia, kocham Kubusia, a świat się nie zmienia… Ale ten go przyciska, kto stoi bez winy. Szczęść boże młodej parze: czy wziąłeś sobie śmierć za swoją żonę… czy bierzesz tego Kubusia za męża istnienia… Ilekroć bowiem w nieświadomości zmysłowej intencji, próbujemy się zbliżyć… Panie zwróć na to uwagę, teraz lub trochę później – nie śmiem Ciebie poganiać – lecz wspomnij na wzgórek łonowy, na pachy. Tak!, na mnie, na kształty ni męskie, ani kobiece, na krągłość i zapach bułeczki z masełkiem… Ach, co to za cud uniesienia. Czyż ja tylko śnię? Czy to płoną pobudzane dłonią: lice, usta, piersi, łono? Czy umrzeć mam za pocałunki i pieszczoty, za splot włosów, za dłoń miękką, ciepłą i małą? Skończyłem: czas na wesele, dla blan i mariag. Przebiegam po saloniku na wpół rozebrany istnieniem. Rysopis z miejsca zdarzenia: wytłumacz sobie tytuł i jego znaczenie…

Jutro, kochany, jutro nasza ostatnia noc… wspólna… Czy zrobisz mi przedstawienie? Czy poznasz z innymi? Czemu śpisz w butach, jak możesz robić takie rzeczy, jak możesz być grzesznie śmiertelny… poważny… Przysięgaliśmy sobie wieczne połączenie, bez opuszczenia, bez dotykania… nie, nie, nie, nie – cztery pierwiastki istnienia prawdy o sobie, wszystko bez tak, wszystko na nie. Kocham Cię, słyszysz… Nie zakrywaj uszu, czy mogę iść za mąż? Czy mnie nie zbiją? Spróbuję – chociaż się boję – położyć się cicho do łóżka, leżeć obojętnie; obejmę ramionami to, czego nie widać: istnienie (po raz dziewiąty, czy do dziesięciu razy sztuka?) Otwórzmy nasze szafy, wejdźmy z nożyczkami, powycinajmy gnijące w nich pępowiny! rozbudźmy dzikie dandy! Mam dla Ciebie wyprawkę: do słów o kochaniu Kubusia dołączam milczenie. Nasza noc jest poślubna, noc wyprawki dla panny.

Leżysz w pustym chramie bezwiary. Nikt już nie przyjdzie. Możesz pozostać otwartym. Znam Cię na pamięć. Stateczny, leżący na katafalku. Nie powiem nikomu, nie zwlekę szat z Ciebie. Co ja Ci robię? Co robię Kubusiu? Chrząkam, przełykam. Oniemiałem, milczę, zbliżam się do Ciebie. Co ja Ci robię? Nie dbam o ogień, dla nas to niebo. Wyciskać z życia ż y c i a. Pożeram Cię wzrokiem. Dureń! Po coś mi umarł… wszystko jest dla pozorów i dla godności. Powiedz, powiedz, że Ciebie już nie ma, że nie ma Cię w życiorysie utkanym przez słowa. Wiecznie wpatrzony w powieki: kocham Kubusia!

Gorzka jest stypa istnienia; jedzenie zawsze się w gówno zamienia; leżysz na łożu jak w trumnie; czas biegnie; śmierć goni, czy będzie co po niej? Cisza potężnego chóru: katafalk!

Ja jestem twoim bratem. Brat – rzecz najbardziej pospolita spośród wszystkich spraw.

Poprzedni artykułMarian Bednarek – Wiersze
Następny artykułStanisław Srokowski – Młodzi poeci Grecji