Ach, to ty
Tak, to ty.
Tak, patrzę na ciebie.
Tak, na ciebie.
To ty, to ja patrzę na ciebie.
Patrzymy na ciebie, cały rząd nas patrzy.
Nie dziw się, nie spuszczaj oczu,
nie patrz w bok.
Już wiosna, ziemia się rozrzedza
wokół korzeni.
To ja, to my
wpatrujemy się w ciebie.
Stoimy, patrzymy, podobasz się.
Spójrz nam prosto w oczy.
Przyjemne.
Sama myśl niesie do nieba.
Sam lęk przestrzega przed piekłem.
Patrzymy na ciebie, możesz z nas wybierać
każdego.
Ktoś z nas może wybrać ciebie.
Ale ty możesz nie chcieć.
Możesz nie wziąć nikogo.
Możesz odejść,
chociaż nikt cię nie zastąpi.
Albo zostać.
Ale nic nie robisz.
Powiedz więc ostatecznie:
o co ci chodzi?
To nie ty
To nie ty jesteś winien,
że pociąg odjechał.
To pociąg nie może zrozumieć,
że nie jesteś temu winien,
bo winien jest przyjaciel.
Pociąg pełen ludzi,
pociąg wiezie setki mózgów,
a nie wie, że nie jesteś winien.
Twój przyjaciel wie,
bo to on puszcza pociągi,
po to by setki mózgów
nic nie wiedziały
o twojej miłości do ludzi.
Pociąg wypuszczony przez
twojego przyjaciela
przyjeżdża tylko wtedy,
kiedy zechce przyjaciel,
a ty nic o tym nie wiesz.
Nie wiesz, nie zgadniesz,
dlaczego odjechał przed czasem.
Dlaczego kłody lecą pod nogi
jedna po drugiej,
a żona przyjaciela maluje paznokcie
i nie wie, że nikt do niej nie jedzie.
Przyjaciel i od niej odjechał.
Nigdy nie miała przyjaciela,
była okłamywana,
ale może, ale może
nie przez ciebie.
Kłamałeś? Nie wiesz?
Tak, lepiej, abyś nie wiedział,
co kryją ruchy pociągów,
maski przyjaciół i welony żon –
kłamstwo to rzecz najstraszniejsza.
Dużo młodszy mąż
Dużo młodszy mąż jest zawsze
dużo starszy o swojej żony.
To widać po ptakach, które się gnieżdżą po okapem.
Widać po samolotach, w które jest wyposażona armia
i po odpowiedziach na pytania ankietowe w sklepach.
Nic nie może stać na przeszkodzie szacowaniu mądrości
żony tak pomyślanego męża.
Nikt nie ma prawa kwestionować tego, że po tylu latach
kochają się tak, aby nikt ich nie podejrzewał.
To sprawy nieodgadnione jak piórko na czubku dudka,
które z taką łatwością wpinasz sobie w ucho.
Potwierdzenie dla Janka że żyję
Tak, nadal cała jestem w tobie
tym bardziej im głębiej
jesteś w zastygłej myśli
i w ciszy i oddechach
i przecież chcieliśmy tych dzieci
gdy były na wyciągnięcie ręki
przeszły przez twoje usta wraz ze mną
z taką łatwością że nic tylko chcieć
i o nich śpiewać
usłyszą co chcesz
to co jest we mnie
śpiewające naszym biciem
strużek obmywających krwią
tylko nam znane przejścia
co znaczy w języku życia
że nagle pod nogami samolot znika
znikają ręce i nogi i brzuch
a tamci to widzą i wiedzą i milczą
3 maja 2010, zaraz po 10 kwietnia
Panie profesorze
Panie profesorze to małe dziecko
to pana syn naprawdę
jest takie samo znamię
na jego ramieniu i na pana nodze
To może potwierdzić probówka i mikroskop
wystarczy je poprosić a niechybnie przyjdą
są już udomowione przez umodowienie
Pan teraz bez pasów na fotelu z samolotu
frunie zawijany w fazy naleśników koki
a żona odleciała do filmu granego w Sopocie
za pomocą nici transferyjnej
oj, nic to, niech się pan nie boi
Panie profesorze powiedziała
„zabić deskami okno podglądaczy!”
a pan długopisem zabił imię chłopca
nieładnie to nie w porządku
słowo jak miecz wyrywa z serca komorę
i nabija pociskiem sztucznego mięsa
z much komarów i chrabąszczów
Wszystko się panu myli z dawką dożylną
Pana damy mówią „damy komukolwiek
teraz każdemu wolno” wiruje w głowie
a pokarm sojowy nadaje panu płeć
nadinterpretatywną i pokój temu odmowi
(jest dobrze, nie miało być „domowi”)
Ale na wszystko jest sposób
nazywa się ekran tak ten sam ekran
który działa jak dawniej działał Sokrates
wszystko widział Chrystus i nadaje do dzisiaj
nie uwierz w ekran a grzechy zostaną odpuszczone
(tak pan twierdzi w stołek panie wynalazco!)
Nie no jasne to są bajki – Boga nie ma
a Jezus grał na fałszywych strunach miłości
kazał siebie kochać
tak jak pan profesorze kazał swojej drugiej żonie
przecież pan mówi że
żadnego Jezusa nie było bo jest cewka
ale nie ta która łączy pana jądra
ze światem zewnętrznym i nie po to
aby pan spowodował poczęcie dziecka
bo Bóg się u pana skończył to cewka
zasilacza który się właśnie przepalił
zgasły światła Internet może będzie
za tydzień panie profesorze
ciekawe bzdury pan mówi
niech się pan nie boi niech pan wyjmie głowę
spomiędzy przerażonych rąk tych samych rąk
które za pana myślą tych samych które jedzą
pański mózg bo już nie jest nikomu potrzebny
świat zaczynają naprawiać roboty
a one już pana nie chcą tak pan tam w nich
urządził procesory bo myślał że przeżyje
a tymczasem one już wyjmują z pana wątrobę
za karę że pan zabił Kosmos a syn
rozpuścił się w kwasie solnym pana nieludzkości
androidy to już wiedzą i szukają pana i znajdą
i wsadzą do maszyny która powoli łamie kości
wyrywa zęby bez znieczulenia i wrzuca
nadętych myślicieli, pomysłodawców
do grobu w którym ciało wysycha na wiór
taki że się nadaje wprost do materaca
dla więźniów wylegujących się w więzieniu
które pan zaprogramował dla niepokornych
i mimo to pokorni nie wybrali cię do Sejmu
patałachu cały w łachach leżysz w piachu
Ciężko chory kot
Kot jest bardzo chory
leży zwinięty i drży na całym ciele
chrapie ciężko nie zamykając oczu
lecz patrzy w głąb swojej główki
i widać że nie widzi gdzie on sam jest
i co jest w zmiennej ziemi a co w niebie
Pies przysuwa się jeszcze bliżej
i liże pyszczek kota który zaczyna
mniej jęczeć pies przysuwa się
jeszcze bliżej i ogrzewa plecy kota
aż po trzech dniach kot idzie
by się wspiąć na drzewo
a pies wraca na drugą stronę domu
żeby patrzeć na przechodniów
Ciszej
Słowo „szept” usłyszałam po raz pierwszy
w rozdzierającym krzyku „ciszej tam!”
i byłam chora na brak słów
od samego widoku twarzy która tym zawyła
miałam wysypkę i bóle brzucha
nie mogłam chodzić ani kłaść się do łóżka
i został mi lęk niczym „na zawsze”
że będę bezdzietna bezmężna
bezbożna całkowicie bezludna
ale ty mi powiedziałeś
abym nie bała się dotknąć
drżeń unoszenia i opadania
dźwięków idących tajnym przejściem
kiedy do ciebie piszę
gdy słowa są odbiciem
cudu myślenia
o tym co między okiem i uchem
maluje na twardej gałce przerażenia
moje ciało – że jest piękne
ich brzmieniem
jako ich ukrycie
i to ono właśnie nie może o nas milczeć
mówiłeś:
ty nic nie musisz
świat nie jest głuchy – ludzie
chcą się pozbyć swojej ciszy
zostawić jej dokuczliwość w tobie
zakłócić twą gładkość dotyku
i drażnić okiem ich krzyku
gdy stajesz się takponadwszystkim
tak powiedziałeś
i lustra mogłyby przestać już istnieć
dzięki za to że nie chcesz jeszcze
więcej
Jabłko
Jabłko z tej jabłoni upadło daleko.
Dziś pole na którym drzewo to stoi
jest ogrodzone i właściciel
udaje, że nie wie o co chodzi.
Ewa go odwiedzała, ale już nie bywa
u starych przyjaciół. To nie oni
przez nią są dziś zaszczycani,
Adam już nie żyje, zatruł się dragami,
a ona obojgiem oczu widzi
inne twarze i postaci, i całkiem inaczej,
bo sama stanęła na czele walki
z tamtym światem.
Za tkwienie przy płocie
trzeba słono płacić,
a wejść niebezpiecznie,
sad zaminowany.
Więc na razie tego nie robi
i tylko patrzy jak tym brudzą się inni.
Czuje się w miarę bezpiecznie.
Ona czyta wiersz
Małgosi K. Piekarskiej
Patrzyłem, jak czyta wiersz
właściwie nie patrzy, mówi
gdzieś z fioletowej głębi piersi
trzymając oczy w pogotowiu
a nuż zobaczy coś z tego wiersza
czego w nim nie ma a być musi
Teraz się unosi prostuje biodra
cofa ten ruch, siada, gwałtownieje, wstaje
coś ją zmusza
wiersz nabiera smaku
najpiękniejszej soli ptaków
a jej postać wygładza się w sukni
ręką sięga do ust właśnie
wiersz się kończy
a coraz w niej płonie
skończył się i dalej
go mówi, nie ustaje
coś czuje dotyka całuje
jedzie wokół po przekątnej
pokój rozwiera, a ona w nim
jak z tym chłopcem
z którym stała wczoraj
gdy wyszli z tramwaju
Ależ piękni oboje!
To wy
(kilka słów do diabła wcielonego)
To wam wszystko wydaje się
przejrzyste jak skrzydło motyla
gdy jest matowe niczym bielmo
i nie pomoże ślepym żadne szkło oświecenia
Tych pochylonych krótkowzrocznych
nie ma co kopiować nic nie wiedzą
a i sam nie czytasz i opowiadasz
co ci kto namalował palcem po piasku
Więc zobacz choć raz swoje odbicie
w szybie gazetowych newsów i wynurzeń
jak robią z ciebie bandyty idiotę
Oni tam idą po twoje aby w kieszeniach
mieć ciebie ze wszystkim co mógłbyś ty mieć
i nie objawią że świat nie należy do was
Tacy jak ty giną z przejedzenia
gdy tylko zobaczą lodówkę
Instynkt ten jest silniejszy
od twego istnienia
Każdy twój wdech – kilka drobinek tlenu
jakie jeszcze zostały
w zatrutym tobą powietrzu
wyczuwa zapach zemsty
którą mogę wymyślić
Chcę abyś żył tym
przerażony
Nie chcę tak
(mam taki plan na wiersz,
tylko nie chcę go rymować;
tekst przeznaczony do powieści
„Wracając po swoje / Ostatni do stołu”
i może jeszcze tytułowanej jakoś inaczej
na przykład – o człowieku strasznych czasów)
Mam wszystko
Nic mnie nie męczy
Nic mnie nie dręczy
i nie boli
mam na to proszki
w opłatkach
(w każdej dosłownie kieszeni)
Cały czas jest pogoda
(różna, lecz nieustanna)
Mam co jeść
Mam czym się okryć
Mam kobietę
tyle kobiet ile chcę
One mają mnie
ile zechcą
a co, wcale im nie bronię
to wszystko co mam
ma być wspólne
Kto chce może wchodzić
w moje spodnie
kiedy sobie chce
a przynajmniej poliże i połechce
Wszyscy mnie znają
Ja znam wszystkich
Wszyscy mnie podziwiają
Ja podziwiam wszystkich
Ja, ja, ja
Wszyscy, wszyscy, wszyscy
ty też
wy też
Wchodzę na górę
jest fajnie
Wszędzie mogę wejść
ze wszystkiego mogę spaść
ale nie spadam
bo mi się spadać nie chce
Można oszaleć
a nie szaleję bo chcę
widzę dwadzieścia palców
u jednej nogi
druga mi niepotrzebna
i nic mi z tego że mówicie: pięć
wszystko jest w porządku
muszę
umrzeć z nudów
umieram bo nic nie muszę
tylko chodzić leżeć lać
i jeść
może trochę
pojeździć
poskakać
ponawypisywać trochę bzdur
i znowu poleżeć
Ile lat można
gnić w ten sposób
jak długo mam tu jeszcze być
na tym cholernym
świecie na którym
ktoś postanowił
że nie ma być burz ani zim
złodziei i wojen
ani nikt nie ma mieć niczego
z wyjątkiem tego co wspólne
ucha od dzbanów ciszy
dzwoniących wciąż to samo
Ja tak nie chcę
spadam do dołu
Przynajmniej tego dołu nie znam
Może tu się do czegoś przydam sobie
albo tobie
śliczna laluniu
która nie chcesz mi nic
urodzić bo to boli
a świat się od tego
zniekształci
jak przecinek w czyimś
przemówieniu
albo w głupiej pieśni
o jakimś imaginie w jakiejś
może Brytanii lub
(nie daj Bóg w Rosji)
Gdy przecież an imagine
skończył się
już dawno, dawno
tysiąc i jeden rok temu
(razy dziesięć)
w pułapce Alladyna
której szkło pękło
w potwornym nacisku
jego szczęki
aż się udusił
a mimo to przetrwał
do dzisiaj
Uuu-łaaa, boli!
—
Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
[email protected]





