Adam Lizakowski – Czesław Miłosz – tłumacz 

0
234

Nie mogę nic powiedzieć o swojej znajomości z poetą Czesławem Miłoszem  zanim nie powiem co mnie do niego doprowadziło, jak zapamiętałem jego  nazwisko. Było to nazwisko tłumacza poezji amerykańskiej a nie poety, emigranta mieszkającego na drugim końcu świata, do którego dotarłem pięć lat  później. 

Pieszycka Biblioteka miejska mieściła się w tym samym poniemiecki dwu piętrowym budynku, co magiel, do którego od czasu do czasu zabierała mnie  mama, gdy trzeba było wymaglować pościel. W budynku mieszkali ludzie,  a nawet mój kolega ze szkolnej ławki Czesiu Paczkowski. Mieścił się on ściana  w ścianę z Urzędem Miasteczka, które dekadę wcześniej otrzymało prawa  miejskie.  

Do budynku wchodziło się po kilku stopniach kamiennych do ciemnego  korytarza, w którym z lewej strony znajdował się magiel, a z prawej drzwi do  biblioteki. Po śmierci matki nie zaglądałem do biblioteki ani do magla przez  kilka lat. Zrobiłem to dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego  wieku, gdy już wróciłem z Górnego Śląska z Zabrza.  

Po maglu nie było już śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało, prawdo podobnie się zepsuł, nikt nie umiał go naprawić, więc lokatorzy prawdopo dobnie spalili go w piecach, bo był drewniany. W korytarzu pozostała pustka,  która męczyła moją pamięć o tym miejscu, tym bardziej, że zapamiętałem je  poprzez matkę gładząc czule prześcieradła i poszwy, nieżyjącą już wtedy  od kilku lat.  

Do biblioteki trafiłem za poezją, którą wtedy bardzo „namiętnie” czytałem.  Była to poezja przede wszystkim polska XIX i XX wieku. Niektórych wierszy  Staffa, Tuwima, Norwida, Asnyka, Gałczyńskiego, Mickiewicza czy Leśmiana  uczyłem się na pamięć. Tak dla siebie, ale też chytrze je wykorzystywałem  podczas rozmów z przyjaciółmi, a przede wszystkim z koleżankami. Poezja  wtedy była dla mnie pomostem pomiędzy mną, a osobą, na której mi bardzo  zależało. Oczywiście nie zawsze informowałem te osoby, że „przemawiam”  nie swoimi słowami. Nie było to popisywanie się, ani świadome wykorzystywanie sytuacji, w której należało powiedzieć coś, co wzrusza.  

Dzisiaj „taki numer” wśród nastolatków prawdopodobnie by nie przeszedł,  ale wtedy w moim środowisku, w którym dorastałem, poezja, wiersze, książki  były tym czym dzisiaj są gry komputerowe, czy iPhone. Do pisania własnych  wierszy jeszcze nie „dorosłem”. Wtedy byłem dystrybutorem czyichś pięk nych słów i myśli, czasem łącząc dwa wiersze dwóch poetów w jeden własny,  bo była taka potrzeba chwili. Gorzej było, gdy trafiłem na dziewczynę, która  akurat dany wiersz znała i mrużąc oczy zapytała: „czyje to słowa? Chyba nie  twoje?” Poezja była także narkotykiem, tak na mnie działała i na niektórych  moich znajomych. Dostarczała potężnych dawek wzruszeń i doznań. Słowa  powoli je uwalniały, najpierw docierały do mózgu, później do serca. Osób  potrzebujących realnego doznania przeżyć wyższego rzędu było niewiele,  ale były. Poezja, słowa trafiają tylko do właściwych odbiorców, wcześnie już  to odkryłem i nie przed każdym można było recytować Norwida, bo można  było narazić się na kpinę. 

Pewnego dnia w bibliotece trafiłem na książkę obłożoną w celofanową  okładkę, grubą, prawie „cegłę” pt. Poeci języka angielskiego, wydaną przez  PIW. Książka leżała na małym stoliku, przy którym czytałem prasę literacką.  Dzisiaj mam wrażenie, że czekała na mnie, innego wyjaśnienia nie znajduję.  Od tego dnia polska poezja z każdym rokiem schodziła na plan dalszy. Tra fiłem w niej na wiersze Walta Whitmana właśnie w tłumaczeniu Czesława  Miłosza. Wiele lat później o tym zdarzeniu powiedziałem poecie w jego domu  w Berkeley. Ucieszył się i nie zdziwił. Nie byłby Miłoszem, gdyby mnie nie  ostrzegł, zmarszczył czoło i powiedział: „proszę wracać do poezji polskiej,  do Gałczyńskiego i Iwaszkiewicza, zostawić amerykańską na boku, proszę  opisywać Amerykę polską poezją, nie dać się zamerykanizować. W dzisiej szych czasach – dodał – Ameryka podbiła cały kulturalny świat, młodzi ludzie  w Polsce nie piszą już polską poezję, tylko amerykańską. Ameryka wchodzi do Polski nie tylko komputerami, ale i poezją. Poezja tych młodych jest wtór na, nijaka, ta »szkoła nowojorska« sprzed trzydziestu, a nawet czterdziestu  lat w Polsce podcięła skrzydła polskiej poezji, dzisiejszym poetom, stali się  siódmą wodą po kisielu. W Polsce nikt już poza Adamem Zagajewskim nie  pisze polskich wierszy. Proszę czytać jego wiersze, on przez to, że tak pięk nie pisze po polsku, ci młodzi atakują go, zwalczają. Proszę czytać wiersze  Zagajewskiego po angielsku, brzmią wspaniale, bo są napisane po polsku.  Wiersze tych młodych w języku angielskim to katastrofa, banał goni banał,  tego nie da się i nie wolno tłumaczyć na angielski. Rozumie pan”. Skończył,  brwi jego wróciły na swoje miejsce, bo gdy mówił unosiły się wraz ze słowami.  Zapadłem się w sobie. Zapadła cisza. 

Prawdę mówiąc niewiele rozumiałem z tego, co powiedział, nie miałem  odwagi zapytać go, co miał na myśli mówiąc: „młodzi w Polsce piszą poezję  amerykańską”. Wtedy jeszcze nie znałem ani poetów z Nowego Jorku, ani  poetów znad Wisły piszących ala Frank O’Hara czy John Ashbery. Nie znałem  powiedzenia, że Tadeusz Różewicz otworzył drzwi poezji dla grafomanów,  a Piotr Sommer dla poetów wtórnych. Nie chciałem się odzywać, bo żadnych  nazwisk nie znałem, a Noblista dyskretnie nikogo nie wymienił. Wcześniej,  gdy wręczyłem mu moje tomiki poezji napisane w języku angielskim poprosił  o wiersze w języku polskim. Gdy je mu dałem bez słowa wybrał kilka z nich  i wysłał do Giedroycia do Paryża. Sam to zrobił, bo ja nigdy nie zdobyłby się  na odwagę poprosić go o to. 

Wciąż byłem tym młodym człowiekiem z prowincji gdy czytałem jego  przekłady, wiersze publikowane w „Literaturze na świecie”, przed i po Na grodzie Nobla. Właściwie nikt nic o Miłoszu u nas u podnóża Gór Sowich  nie wiedział. W czasach, gdy o dolarach i Ameryce, i audycji radiowej Głos  Ameryki raczej nie wypadało głośno mówić ja już miałem swoich dwóch ame rykańskich poetów, jeden pisał po angielsku, drugi po polsku. 

Czesław Miłosz lubił czytać wiersze innych poetów, a także je tłumaczyć  na język polski, tych oczywiście, którzy według niego powinni być obecni 

także w kulturze polskiej. W tym momencie można byłoby się zapytać, czy  poeta był dobrym tłumaczem? Czy na tyle znał język angielski, aby tłuma czyć poezję? Zdecydowanie należy odpowiedzieć, że poeta świetnie znał  język angielski, a czy był dobrym tłumaczem – tutaj można dyskutować.  Bo są dwa rodzaje tłumaczenia poezji. W jednym z nich poeta oddaje du cha poezji przekładanej. a drugi przypadek: poeta tak przekłada wiersz, aby  czytelnik go czytający miał wrażenie, że został on napisany w jego języku.  Jako gospodarz poezji polskiej autor Wypisów z ksiąg użytecznych dbał  o polskiego miłośnika szeroko pojętej kultury, uważał, że światy poezji, choć  nieprzetłumaczalne z jednego języka na drugi, powinny jednak przenikać  się, nawet oświetlać drogi mroku jednego i drugiego języka nawzajem. Nie  rozważał zbytnio trudności przekładu poezji z jednego końca świata na język  poezji z drugiego końca świata. Tłumaczył tych, których lubił, tych poetów,  których cenił. 

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kiedykolwiek poznam osobiście tłumacza Whitmana i że kiedykolwiek sam zacznę tłumaczyć jego poezję na  język polski. Dużo wtedy rzeczy nie wiedziałem, nawet tego, że ukochana  poezja z czasem nie tylko dla mnie, ale i w moim środowisku, i w XXI wieku  straci swoją moc, nie będzie miała już siły legalnego narkotyku, przestanie  być źródłem mojej wrażliwości na świat. Z czasem stanie się lekiem na ból,  samotność, ucieczką od realnego świata. Nie ma tutaj winnego, to nie jest  wina poezji, ale dorastania i stawania się dorosłym, wchodzenia w świat  ludzi dorosłych. Książka staje się symbolem, poezja amerykańska słusznie  lub nie zdominowała lirykę polską, tłumacze w komputerach przetłumaczą  wszystko, lepiej lub gorzej, ale przetłumaczą. Postęp cywilizacyjny w tym  przypadku okazał się strzałem w serce, jeszcze tak do końca nie wiadomo  czyje to jest serce.

Czesław Miłosz i Adam Lizakowski

Zamieszczam w tym miejscu przełożony przeze mnie poemat Dumna  muzyka burzy wspomnianego Walta Whitmana. Poemat ten został po raz  pierwszy opublikowany jako Proud Music of the Sea-Storm w miesięczniku  

„Atlantic”, w lutym 1869 roku. Do redakcji pisma przekazał go osobiście Ralph  Waldo Emerson robiąc przysługę Whitmanowi. Poemat ten po raz pierwszy  został włączony do tomu Leaves of Grass, już ze zmienionym tytułem (The  Proud of Music) w 1871 roku, a jego ostateczna wersja została zaprezentowana  w 1881 roku.  

Muzyka zawsze towarzyszyła Whitmanowi i to, że nie zawsze ją rozumiał,  czy potrafił opisać słowami, w jego przypadku nie ma większego znaczenia.  W poemacie tym poeta wywołuje w czytelniku wrażenie, że muzyka jest tak  

samo potrzebna do życia jak powietrze, którym oddychamy, zawiera bowiem  wszystko: i narodziny, i śmierć, lamenty ze „słodkimi fletami i skrzypcami”,  cokolwiek by o Whitmanie nie napisać, trzeba mu wierzyć – on czuł muzykę,  ona była w nim, on we wszystkim i każdym ją słyszał. Song of Myself ma struk turę skomplikowanej wizji snu, tylko że ta „wizja” składa się z dźwięków, nie  obrazów. W tym obszernym katalogu muzyki ludzkości są reprezentowane  wszystkie zakątki świata. Kiedy poeta budzi się ze swojego muzycznego snu  i przypomina sobie to, co usłyszał („głosy wszechświata”), zdaje sobie sprawę  dokładnie, do czego dąży również jego poezja. 

Fragment książki Adama Lizakowskiego pt. Czesław Miłosz w Ameryce. Wydawnictwo Książnica Podlaska w Białymstoku. Białystok.2024

Poprzedni artykułWiersze tygodnia – Piotr Müldner-Nieckowski
Następny artykułJoanna Słodyczka – Chodzić swoim brzegiem

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko