W Studium Literacko Artystycznym na UJ – obecnie będącym studiami podyplomowymi – mieliśmy pewnego razu spotkanie z głośnym wówczas autorem szokującej powieści. Wykład jego okazał się nudny i dość mocno nas zawiódł. Jednak krew w nas zawrzała, kiedy ktoś z „naszych” zapytał go o Rainera Marię Rilkiego. Autor wytrzeszczył oczy i wybąkał coś w rodzaju: a bo on coś pisał?
Popatrzyliśmy po sobie w milczeniu, ale wymownie.
Nie pamiętam literata, z którym w wówczas miałabym do czynienia, żeby o Rilkim nie wspominał. Tutaj nie chodziło już o to czy jego twórczość bądź światopogląd się podoba, a o to, że na tyle był ciekawym twórcą, że pretendujący na pisarza człowiek powinien ją znać albo chociaż słyszeć o takiej osobie.
To, że pisarz powinien czytać, to truizm, ale współcześnie wcale nie oczywisty, także dla tworzących. Pisarz, według mnie, to osoba o umyśle ciekawym świata, dociekliwym, poszukującym, doświadczającym, eksperymentującym, ale przede wszystkim podążającym za kierunkami, w których literatura się rozwija, ale i znającym źródła zmian. Podążającym nie w tym sensie, że naśladującym, ślepo powielającym, a mającym świadomość zmian w niej zachodzących i ich powodu.
Po pewnym czasie brałam udział w webinarze i tam mieliśmy omawiać utwory innych uczestników. Tyle tylko, że jedna z nich stwierdziła, że gatunek, który uprawia jest dla niej na tyle nieciekawy, że sama nie czyta podobnych tekstów. Wtedy odmówiłam omawiania jego utworu, bo uznałam, że skoro sam autor nie czyta podobnych tekstów, to dlaczego ja mam je czytać, tym bardziej, że z tym gatunkiem nie jest mi po drodze.
Te dwa przykłady może nazbyt jaskrawo, ale inaczej nie należy, przedstawiają kondycję czytelnictwa pośród niektórych autorów. Piszą książki, sami nie czytając. W jaki sposób zatem, mogą napisać dobrą książkę? Według mnie nie mogą.
Od dzieciństwa szukałam w literaturze mądrości, dlatego też sięgałam po książki z tej wyższej półki, co nie oznacza, że literatura popularna jest gorsza. Tyle tylko, że w dużej mierze nastawiona jest na rozrywkę. Mniej w niej refleksji i zadumy. Mniej przemyśleń, w których możemy dla siebie znaleźć pociechę. Dlatego również chętniej słucham wywiadów z pisarzami dojrzałymi wiekowo, takimi którzy mają w sobie mądrość, bo lubię ich słuchać gdyż czegoś się od nich uczę. Nieświadomie nawet pokazują takiej osobie jak ja, jak wiele pisarz powinien wiedzieć, jak wiele przemyśleć, jak wiele przepracować w sobie nim zwróci się do czytelnika. Jak potężna ciąży nad nim odpowiedzialność za słowa, które oddziałują na umysł czytelnika, osoby która być może stoi na rozdrożu i nasze słowa mogą dać jej nadzieję albo ją zabrać. Tutaj zgodzę się z p. Wiesławem Myśliwskim, który twierdzi kategorycznie, że pisarz nie ma prawa zabierać nadziei. Nie cytuję. Tylko przekazuję sam sens. Bo nie ma prawa, zresztą żaden człowiek nie ma prawa zabierać drugiemu nadziei.
Sama symbolika rogu występująca w literaturze już jest ciekawa, kiedy ją przeanalizujemy, biorąc pod uwagę tylko kilka utworów, bo przecież Wyspiański nie był oryginalny w tym, że użył tego rekwizytu. Przecież już w Starym Testamencie podczas zdobywania Jerycha, kapłani zagrali na rogach, a wtedy Moc Boża sprawiła rozsypanie się murów warownego miasta. Róg symbolizował poderwanie ludzi do walki, symbolizował również siłę i zwycięstwo. Jednak już w Anhellim u Słowackiego okrzyk rycerza pełniący w pewnym sensie rolę dźwięku rogu nie spełnił swojej funkcji.
„Śnieg szedł przed nim i przed piersią konia, jak fala zapieniona przed łodzią.
A w ręku rycerza była chorągiew, a na niéj trzy ogniste litery paliły się.
I przyleciawszy ów rycerz nad trupa, zawołał grzmiącym głosem: tu był żołnierz, niech wstanie!
Niech siada na koń, ja go poniosę prędzéj niż burza tam, gdzie się rozweseli w ogniu.” [J. Słowacki Anhelli]
Wolność musi żyć wewnątrz serca. Jeżeli ktoś jest niewolnikiem to niewolnikiem pozostanie. Anhelli był niewolnikiem, zesłańcy również tymi niewolnikami byli, nie mieli woli życia, woli przetrwania. Woli, która dodaje ludzkim czynom potęgi. Pomaga spełniać marzenia, pcha do przodu, dodaje nadludzkiej siły, siły w dążeniu do celu, w pokonywaniu trudności. Posiadali za to wolę kłótni.
Dźwięk rogu to informacja, to nawoływanie, albo przestroga. Jednak ma moc. Ma moc, tylko trzeba go usłyszeć. Jednak aby go usłyszeć musi zagrać, tylko czy gdyby zagrał, stałoby się tak jak przy zdobywaniu Jerycha?
Albo Werynhora postać mitologiczna, bo nie ma pewności czy taka osoba kiedykolwiek istniała i czy faktycznie przepowiedziała Polsce upadek, a później odrodzenie się. Jednak u Słowackiego również go mamy, a później jest i u Wyspiańskiego. Nawet zwykli lirnicy często przedstawiali się jego imieniem.
Są w literaturze pewne słowa klucze, które łączą poszczególne epoki, które łączą kolejnych twórców. Jest zauważalny pewien ciąg używanych „eksponatów”, zawłaszcza, kiedy teksty dotykają podobnych problemów, a w naszej historii takim problemem była utrata niepodległości i marzenie o jej odzyskaniu. Warto również zauważyć, że tumiwisizm, zniechęcenie i obojętność w społeczeństwie pokrywa się tak u Słowackiego, jak i Wyspiańskiego mimo, że żyli w całkiem innych czasach. Obydwaj panowie literaci stawiają niepokojący wniosek, dotyczący naszego społeczeństwa. Jest dużo gadania, sporo nadmuchanych słów, wzniosłych przemówień a kiedy przyjdzie co do czego to wszystko pali na panewce. A to zaspał, a to nie usłyszał, a to zabalował, a to zgubił róg, a to nie zdążył; pociąg uciekł, paliwa zabrakło. Wystarczy przeanalizować utwory z naszej rodzimej literatury, aby zauważyć pewną, powtarzającą się prawidłowość, że zawsze byli tacy, którzy usłyszeli i tacy, którzy się gdzieś po drodze zgubili. Tyle, tylko że z tego, co wywalczyli inni, korzystali głównie maruderzy i ci którzy nie zdążyli na miejsce zbiórki. Choćby sam Mickiewicz, który najpierw się bardzo zdziwił, że Powstanie Listopadowe wybuchło, mimo że z ogniem w głosie do niego namawiał, tak jakby nie miał świadomości, ile jest mocy w słowach. Mógł również nie mieć świadomości, co do atmosfery, jaka panowała pośród polskiej młodzieży. Wszak w młodych ludziach krew gorąca a bunt na zawołanie. Fakt jest faktem, że do powstania nie dojechał. No chciał, nawet się wybrał, ale utknął. To się opowiada trochę jak anegdotę, sama to tak właśnie traktuję, ale równocześnie obrazuje, że z przywództwem jak i z organizacją, mimo najszczerszych chęci części społeczeństwa, zawsze mieliśmy niefart. Można by rzec, że to nawet rodzaj klątwy, gdyby ktoś był zabobonny.
Ja nie jestem, dlatego doszukuję się tutaj głównie braku kompetencji u tych, co najpierw głośno krzyczeli dając nadzieję a później zmieniali zdanie. I przychodzenie widm, jak u Wyspiańskiego, jest tylko wyrzutem sumienia, bo one nic nie są w stanie zdziałać. Mogą tylko złorzeczyć i krytykować, ale nie są w stanie tchnąć ducha w kogokolwiek.
Dygresja, która przyszła mi do głowy, nie łączy się bezpośrednio ze sprawą polską, ale łączy się z duchami. Chodzi mi o Dickensa i jego Opowieść wigilijną. W jego tekście duchy mają moc sprawczą. Co prawda oddziałują tylko na jednego człowieka i jest ich wiele, ale doprowadzają zmiany w postępowaniu bohatera.
Co do Wesela, warto mieć świadomość, że w momencie, kiedy je wystawiono, to publiczność była w stanie rozpoznać bohaterów, bo Wyspiański nie starał się nawet ukryć ich tożsamości. Dlatego znajomi rozpoznawali znajomych, a wielu siebie samych. Dlatego ten utwór w tamtejszych czasach niósł jeszcze jedno przesłanie, współcześnie lekceważone, bo nie mające już punktu odniesienia. To był policzek dla ówczesnych ludzi, dla znajomych i przyjaciół autora. To on go wymierzył, powiedział im, co o nich myśli. Podsumował ich zachowanie i puste rozmowy. Rzecz jasna wybuchł skandal. Większość się obraziła. Bo sprawa polska ciągle istniała w umysłach, ale można by rzec, że wielu już się zagnieździło w warunkach, w których przyszło im żyć. Przyzwyczaili się do nich a nawet je zaakceptowali. Wyspiański to wyszydził. Użył „rekwizytów”, których symbolikę wówczas wszyscy rozumieli.
To współcześnie młodzież musi się ich znaczenia uczyć na pamięć. To nasze czasy zmitologizowały Wesele, ubrały je w wielkość. Według mnie od samego początku w zamierzeniu autora, utwór miał być prztyczkiem w nos.
Rola pisarza przecież zmieniała się na przestrzeni epok. Od wieszcza po współczesnego, który w dużej mierze koncentruje się na tym, aby utrzymać pośród odbiorców dobry nastrój.
Rzecz jasna wielu może się ze mną nie zgodzić, dlatego warto o tym rozmawiać, jednak dobrze jest też wiedzieć, że stoję na stanowisku obserwatora. Czyli nie czapkuję przed pomnikami. Byli twórcy uzdolnieni, są i współcześnie uzdolnieni, bywa, że ich utwory mnie zachwyciły czy zachwycają, ale nie zamierzam ich mitologizować. Nie zapominam, że byli, są ludźmi i należy się im szacunek, ale nie cześć. Fanatyczne uwielbienie dla drugiego człowieka jest przerażające, bo jest pozbawione zdrowego rozsądku, a co za tym idzie, dostajemy informację, że rozum przestał działać.
Literatura, sztuka, poezja od wieków starają się odpowiedzieć na pytanie: kim jest człowiek? Ileż już napisano tekstów na temat ludzkiego losu, ileż słów określających człowieczeństwo, bazujących na ocenie dobra i zła. I, co? Nadal nie wiemy, bo człowiek wymyka się klasyfikacji i definicjom. Stwierdzenie: dobry człowiek i zły człowiek bazują na schematach, ale przecież nie trzeba koniecznie zabić, aby być złym. Można sobie prząść każdego dnia w zaciszu domu intrygi i przykrości, a później taką brzydką sieć, co jakiś czas wyrzucić w świat. Bo być może niepotrzebnie dobro od zła oddzielamy, kiedy mówimy o człowieczeństwie? Przecież nie ma ludzi tylko dobrych i tylko złych. Człowiek jest sumą dobra i zła, dlatego jest tak niepojęty i tak fascynujący. Jednak równocześnie chętnie poddaje się „ogólnej schizofrenii”, mimo że podejmując sam decyzje, nigdy by jej nie uległ. Tłum ma potężny wpływ na pojedynczego człowieka w nim zatopionego. Bo tłum nie myśli. Tłum w momencie może przeskoczyć z fascynacji w nienawiść. I, co najgorsze wzburzonego tłumu nie sposób okiełznać, dlatego wkracza wojsko.
Co się dzieje w ostatniej scenie powieści Pachnidło?
Süskind doskonale pokazał jak łatwo zapanować nad tłumem, i to zapanować niedobremu człowiekowi, osobie nienormalnej, upośledzonej. Jakże łatwo popchnąć do wstrętnego zachowania ludzi „szlachetnych”, porządnych mieszkańców, ludzi szanowanych, jakże łatwo ich popchnąć do świadczenia przeciw sobie. Wystarczy wykorzystać jedną cechę – a jest nią pycha. Odurzeni wspaniałymi zapachami ludzie dostają szału. Całkiem zdrowi i teoretycznie normalni popadają w narkotycznie szaleństwo. Mówi się, że jeżeli ktoś udaje dobrego, to kiedy się opije wyjdzie z niego prawdziwa natura. Z tłumu Süskinda wychodzi aż za dobrze. Nie ma ani jednej osoby, która potrafiłaby się przeciwstawić działaniu „chorej” mikstury. Süskind pokazuje coś jeszcze, to jak bardzo ludzie są pyszni i pragną być lepsi od innych nie za pomocą pracy albo umiejętności, a tak po prosu, od razu! Dzięki różowym ustom i czerwonym paznokciom.
Jean-Baptiste Grenouille pozwala na to, aby tłum rozerwał go na kawałki. Zebrany wokół niego tłum zrobił to odurzony miksturą. Kim jest Baptiste? Człowiekiem, który urodził się bez zapachu. Już jego mamka była przerażona, bo nie pachniał, a każde niemowlę pachnie i to przepięknie. Kiedy mikstura przestała działać, a ludzie spostrzegli czego dokonali zaczęli się wstydzić, można się domyślić, że zapadła między nimi zmowa milczenia. Między tymi wszystkimi, którzy wówczas zebrali się na placu.
Jest tutaj rzecz jasna metafora. Pamiętajmy, że Baptiste jest mordercą, ale ludzie go uwielbiają, za jego perfumy. Manipuluje nimi tymi zapachami, dlatego jest bezkarny. Gdyby zechciał mógłby tych ludzi wyprowadzić nad przepaść i kazać im skakać w nią, a oni by skoczyli.
Czyli mamy tutaj metaforę dotyczącą manipulacji i charakterystyki tłumu, tego w jaki sposób działa. Pojedynczy człowiek rzadko, kiedy ulega manipulacji. Robi to zazwyczaj pod wpływem innych ludzi, pod wpływem presji jaką na niego wytwarzają. Presja, to ta mikstura, która odurza.
Wiesław Myśliwski uważa, że „człowiek sam nie ustala sobie kodeksu postępowania. Kodeks postępowania wynika z tego, że nie jesteśmy sami na świecie, lecz też inni. Relacje człowiek – zbiorowość warunkują postępowanie każdej jednostki.” [Wiesław Myśliwski, W środku jesteśmy bajką]
I teraz raz jeszcze spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: czym jest człowieczeństwo?
Być może rodzimy się ludźmi tylko jako gatunek. Gdybyśmy byli wyposażeni w pełnię człowieczeństwa, to nie musielibyśmy się już męczyć ani starać. Nie musielibyśmy o nie zabiegać. Nie martwilibyśmy się tym czy więcej we mnie dobra czy zła i dlaczego ta szala ciągle się przechyla raz na jedną stronę a raz na drugą.





