Linijki z Pessoi
Wszechświat, Ferdynandzie,
to nie upominek. Jak zamierzasz
go przyjąć? Błyszczy krócej niż skóra jabłka.
Makro i mikro
wielkości, planety i zwierzęta, jeżeli miałyby być twoje –
byłyby tobą.
Bagatele
Kogo mieliście za przewodnika?
Myśl? Emocję? Świergot?
Głos niebędący zawodzeniem
Posępnych kapłanów?
Podnoszę głowę. Entuzjastycznie
Opadające śnieżynki przyjmują
Mnie na ostatnią wieczerzę.
Piję i spożywam je z wami.
Zatrzymywały się na rzęsach,
Odzywały się pod butami,
Okazjonalnie wyzwalały zawieje.
Pamiętacie zaspy na chodnikach,
Drzewa i krzewy zaczarowane przez
Monarchę Bieli? Śnieg powtórnie
Opromienia grudniowe noce.
Czy rzucanie się śnieżkami
Budzi jeszcze jakieś skojarzenia?
Wycinki z gazet
„Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy”.
Dylan Thomas
Wprawisz je w ruch, tak by wirowały jak ramiona wiatraków.
Nie są na sprzedaż, na pokaz – te ilustracje, figurki z ołowiu.
Pozostałości obrazów nadejdą w interwale braku.
Prześcigną śnieżyce, przemknąwszy po krze dachów.
Wypatruj rozkołysanych kształtów, gdy księżyc jest w nowiu.
Uderzą w ciebie wspomnienia w objęciach wiatraków.
Tak samo jak walijski grajek, który nosił zdjęcie z aparatu,
Opublikowane w lokalnej gazecie, trzymane niczym dowód –
Pozostałości obrazów nadejdą w interwale braku.
Zwycięzco w biegu długodystansowym. Pierwowzorze znaku.
Podziękujesz mu za to. Uściskiem dłoni wyjaśni ci powód.
Wprawisz je w ruch, tak by wirowały jak ramiona wiatraków.
Poślą skrawek papieru. Wyjawi sekret jak starsza siostra bratu.
Wyplączesz się z sideł kroplówek na szpitalnym pustkowiu.
Odłączysz je od siebie, odrzucisz w interwale braku.
Ojciec weźmie cię na ręce, z wiatru, z głosu ognistych krzaków,
Z źdźbła i ze snów dziecka odczytacie na piasku rodowód.
Wprawicie to w ruch, tak by wirowało jak ramiona wiatraków.
Pozostałości obrazów nadejdą w interwale braku.
Kamień młyński
Jaki on lekki. Odłamek w bucie.
Krawat niepasujący
Do ubioru.
Dniem i nocą ciąży
W zamkniętych pokojach, w lęku
O cokolwiek.
Odmowa wyjazdu
Za próg komfortu
Poświadcza jego tożsamość.
Histerycznie reaguje
Na dźwięk słów: wyrzeczenie,
Zgoda, kochaj, szanuj,
Bądź wyrozumiały,
Na wszystko, co udaremnia
Ostatni skok.
Sen nie jest najwygodniejszym odzieniem
Po co ich tylu przyszło?
Śniłem zajmujących
miejsca i podnoszących się
z krzeseł
– Ile wierszy pan przygotował?
Ci ludzie przybyli tutaj
dla pana usłyszałem
za plecami dziewczęcy głos
– A tam chyba pan poznaje
siedzi Tadeusz Różewicz
Podszedłem do staruszka
w za dużych okularach
W szkicowniku rysował
profil mężczyzny
z wydatnym drugim
podbródkiem
– Panie Tadeuszu był pan
mi bardzo bliski
bliższy niż ten
Herbert który tylko
pouczał i groził
groził i pouczał
Odłożył skoroszyt
i roześmiał się odsłaniając
uzębienie
W jamie ustnej wisiały
trzy zęby
Chichot przeobraził go
w szamana obwieszonego
amuletami
Śniada cera
Włosy kręcone ciemne
Przyśniła mi się
natura poety
Miałem odejść
ale dojrzałem zwitek papieru
– Napisał pan nowy wiersz?
Nie zareagował
Na kartce wyrwanej
z zeszytu w kratkę
żarzyły się słowa w kwadratowych
ramkach zdania
ze znakami równości
– Czy to jest wiersz?
Czy wiersz – łamigłówka?
– Wiersz – łamigłówka
– Co chce nam powiedzieć
ten wiersz – łamigłówka?
Podrapał się po głowie
i bez przekonania
oznajmił:
– Sen nie jest najwygodniejszym
odzieniem
Spojrzenie
Źrenica wpuszcza do środka widzącego.
Starym zwyczajem zamienia w najcichszego.
Nie domyślają się, że ktoś przez nich zerka.
Z oczu wypływa potok, calutki w lusterkach.
Patrzy gwiazda, pisklę, bąk nad krwawnikiem
wodzi wzrokiem. Krajobraz skacze za tym okiem
z urwiska planety, spada z troposfery do sfer
dalekich. Wiernie przekazują sobie wszelki szmer.
Pasaże
Nurt kryje w sobie dwie niewiadome: mieliznę i toń.
Zostawiamy w nim obie dłonie, wycinek pracy ciała,
Jakim byliśmy. Nogom lepiej w piasku, jego złote
Odcienie zginają nam kolana. Pewność, że nie zranią nas
Kamienie, posłuszne ociemniałym palcom, nagli,
By osiąść w krzykliwym śródmieściu, u zbiegu ulic
Bogatszej i szybkiej. Przeceniamy wszelką mądrość
I doświadczenie, tymczasem ledwie zamoczyliśmy
Łydki. W pierwszej kolejności należałoby się upewnić,
Czy czasem czegoś nie pominęliśmy, czy nie przestaliśmy
Śnić o nocnych zawiłościach? Mówiąc wprost:
Czy w dalszym ciągu i w jakim stopniu pociągają nas
Ostatnie godziny? Póki co instynktownie sięgamy
Po poranną kawę, ustawiamy się w kolejkach po
Darmowe radości, łagodny prąd łechce nasze zmysły,
Nie pobudzając ich do królewskich czynów. Jak dawno
Zasnęliśmy, kto nas wywiózł, kto porzucił półprzytomnych
Na ziemi niewydającej owocu? Wołamy, staramy się
Ostrzec banitów w przybrudzonych szlafrokach. Ubolewamy,
Że porwała ich topiel – wehikuł kawalerki na ósmym
Piętrze. Postronny obserwator mógłby powiedzieć:
Jesteśmy jak dwie rzeki płynące obok siebie
W siostrzanych korytach. Czy w rezultacie się połączą?
Jeżeli, rzecz jasna, to życzenie nie jest czymś
Drugorzędnym z punktu widzenia morza, jego głębin?
Lacrimosa
Koryfeuszowi, z grą
na trąbce: „Mężczyzna
stoi przed domem.
Gasi papierosa o ścianę.
Stada tirów gnają
autostradą, wyją przeciągle
w rozpadlinach nocy.
Temperatura spada
poniżej czerwonej
kreski. Mężczyzna
pochyla głowę.
Postanawia zostać.
Trwa na zewnątrz,
wyłączono z obiegu.
Nikt go nie zawoła.
Ani jeden nie zapuka
w okno. Nikogo nie
obchodzi jakiś tam
facet wypatrujący
po północy dobra
bez skazy, prawości,
która bez reszty jest prawa.
Nie masz racji,
jeżeli uważasz,
że to nie twój bliźni,
że jesteś czystszy.
Krzyczą wszyscy.
Kręgi na wodzie
Valerii
Rzucanie kamyków do rzeki z brzegu lub wysokiej skarpy
Dawało złudzenie zręczności, z pięcioma kręgami na wodzie.
Wynurzysz się po siódmym, ostatnim, rozniecającym lampy.
Twarz skryta w dłoniach odzyska płomień i odległe barwy.
Uznasz za niebyłe nocne spacery w deszczowej pogodzie,
Rzucanie kamyków do rzeki z brzegu lub wysokiej skarpy.
Porażki do spółki z rezygnacją, to, co mogło odsłonić kształty,
Stwarzały zamysł, niestojący nikomu i niczemu na przeszkodzie.
Wynurzysz się po siódmym, ostatnim, rozniecającym lampy.
Niełatwą stała się sprawiedliwość, czas przeszły rozdarty
Na rozdziały po zadośćuczynieniu. Lata w niezgodzie,
Bez rzucania kamyków do rzeki z brzegu lub wysokiej skarpy.
Zerwij z myślą o wygięciu metalowej liny. Zostały na niej karby,
Błędy. Nie powstanie z niej okrąg. Zawierz nadrealnej metodzie.
Wynurzysz się po siódmym, ostatnim, rozniecającym lampy.
Pochwycą cię obręcze. Poznasz, jak długo byłeś martwy.
Zagniewanie i rozłąkę zostawisz w ciemnym lodzie.
Rzucisz kamyk do rzeki z brzegu lub wysokiej skarpy.
Wynurzysz się po siódmym, ostatnim, rozniecającym lampy.
Śpiew pamięci
Odwróceni plecami trącajcie struny gęśli.
Intonujcie hymny na cześć troskliwych pól.
W ustach monarchów jesteście niczym sól.
Rozgłaszajcie słowa, jakich się nie skreśli.
Za nic macie druk. Wcale nie spłoniecie.
Drozdy wyśpiewają niezliczoną ilość razy
czyny, namiętności, obojętność, zaś te frazy
będą jak letnie pokoje, gdzie się odnajdziecie.
—
Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
[email protected]





