Rekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP

0
41

Wacław Holewiński
Ani łatwo, ani szybko

Dosyć to niezwykła książka. Dziennik? Specyficzny (pewnie jak każdy) o tyle, że skupiony na wąskiej, niewielkiej przestrzeni klasztoru w Spręcowie. Przestrzeni klauzurowej. Marcin Cielecki co jakiś czas zamyka się w klasztorze, izoluje od świata, „porzuca” żonę dzieci, uczenie w szkole, swój świat codzienny. Pisze. Historię własną, historię fundatora klasztoru, porusza się w przestrzeni – zatopionych barek z polskimi oficerami w Morzu Białym, ukraińskiego żołnierza mieszkającego z rodziną na zaoranej ziemi Treblinki, niemieckiego obozu koncentracyjnego, na czytaniu brewiarza, na lekturach, na topografii duszy – regułach Benedykta i Mistrza, o Mesjaszu, o Korczaku. Dziesiątki, setki tu wątków wartych przemyśleń, zastanowienia się, refleksji.

Tej książki nie czyta się ani łatwo, ani szybko. Wymaga nieustannej uwagi, czasami wiedzy pozaliterackiej. Czytałem po 30-40 stron dziennie. Odkładałem książkę nawet nie zmęczony, ale zmuszony do przemyślenia tego, co za mną. Pewnie nie mógłbym pracować tak jak autor „Dziedzińca pogan”, raczej potrzebuję ludzi wokół, ale rozumiem, że są pisarze, których skupienie, koncentracja wymagają samotności, izolacji.

Warto dodać, że to też bardzo dobra literacko książka. Nie warto zgubić żadnego zdania, bo każde z nich ma swoją koleinę, jest ułożone, wpasowane tam i tylko tam, gdzie należy.

Marcin Cielecki – Dziedziniec pogan, PIW, Warszawa 2023, str. 362.

Piotr Müldner-Nieckowski
Wacław Holewiński: A potem już tylko mgła

Wydawnictwo Lira od dawna ma dobrą rękę do świetnych książek. Tym razem na półkach księgarskich i w Internecie pojawiła się rzecz tyleż niespodziewana, co zadowalająca wszystkich, którzy niecierpliwie czekali, aż Wacław Holewiński pokaże swój pisarski pazur nie jako chwalca, ale jako przenikliwy i wręcz brutalny artystyczny prokurator. A po trosze detektyw. Ale nie taki z książki zwanej kryminałem. Badacz zbrodni krzywdzących ogół. Z wykształcenia i praktyki ma to w swoim dossier, przecież jest prawnikiem, ale że przy tym zdradza zamiłowanie do sztuki przedstawiania i dokonywanych za jej pomocą głębokich analiz zła, to już zdążyliśmy trochę zapomnieć. Przecież nic tak nie pociąga czytelników jak właśnie to ostatnie: przeciwieństwo dobra. Niszczenie dobra i tropienie tych, którzy to czynią. Początkowo w swojej twórczości potrafił łobuzom i anty-Polakom mocno przyłożyć, potem przez dobrych parę lat napisał sporo rzeczy raczej pochwalnych, przedstawiając głównie dobro na tle zła, aby teraz jednak całość dzieła poświęcić draniowi.

Myślę, że nie bez znaczenia jest to, iż właśnie dranie kiedyś go wpakowali do więzienia (politycznego rzecz jasna), i to za to, że robił dobrze. Można się domyślać, że pisarz zbierał w sobie siły, żeby swój prywatny materiał jakoś przełożyć na ostrą przyganę, by nie powiedzieć: karę. Tak się składa, że wszelka niesprawiedliwość, którą ludzie serwują ludziom tysiące lat temu jednakowo smakowała ohydą jak dzisiaj, więc warto ją pokazywać w całej jej brzydocie. Wszystko dlatego, że przez tysiąclecia obywatele Europy nie za bardzo się zmienili i warto nam to sobie odświeżająco uświadomić. Może trochę podrośliśmy (bo zaczęliśmy dbać o witaminy w pożywieniu, skutecznie zabijać pasożyty i szczepić się przeciw zarazkom), ale z rozumem nie posunęliśmy zbyt daleko; tym bardziej więc z moralnością.

Typ przedstawiony w powieści A potem już tylko mgła skupia w sobie najgorsze cechy tajniaka. Uśmiechniętego, miłego, świetnie ubranego złoczyńcy. Wielu z nas zna takie osoby, wielu odczuło na własnej skórze, jak potrafią niszczyć, kaleczyć i degradować, ale wciąż tylko nieliczni rozumieją, jak potężnym złem jest ich wredna, samowspierająca się kasta donosicieli. Podobnie jak kasta złych sędziów. Jedni i drudzy są potrzebni podłej władzy, carskiej, komunistycznej czy ogólnie – pseudodemokratycznej, która dąży do pozbawiania narodów resztek suwerenności.

Bohaterem powieści jest Julian Aleksander Bałaszewicz, który przez całe swoje życie zajmował się tym, co dzisiaj nazywamy donosami, fake newsami, skłócaniem ludzi, manipulowaniem, korumpowaniem, kłamstwem i oszustwem, uświadamianiem władzy, jak ma podporządkowywać sobie społeczeństwo i okradać je nie tylko z wolności, lecz po prostu z pieniędzy. A wszystko w służbie rosyjskiemu zaborcy i imperialiście. Co więcej, kiedy on działał, czyli w drugiej połowie XIX wieku, w dodatku podając się bezczelnie za arystokratę – hrabiego Alberta Potockiego, w naszej (środkowej) części Europy panował głównie carat, ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że dopiero hitleryzm czy komunizm stały się tym złem totalnym, które dotknęło nas od góry do dołu, w poprzek, wzdłuż i wszerz w wieku XX. Nic podobnego. Systemy typu cromwellizm, jakobinizm, marksizm, leninizm, stalinizm, faszyzm, maoizm, khmeryzm i jeszcze kilka innych podobnych, tylko rozwinęły z dawna wypracowane monarchistyczne metody autorytaryzmu, w tym brytyjskiego, francuskiego czy rosyjskiego, ale działających wcale nie tak jawnie, jak nam się dzisiaj wydaje.

W czasach, w których Bałaszewicz podkupował ludzi do współpracy z władzą, donosami ich degradował, wedle widzimisię skazywał na byt i niebyt, na cierpienie, wpuszczał na ścieżki bez wyjścia, zmuszał do ulegania podłości, którą uprawiał, uczył jej innych, i cieszył się, radował, że czyni zło, że je sieje – w tych czasach wpływ zła państwowego na „nieludzki byt ludzi” był oczywisty, ale do dziś wielu wciąż się wydaje, że były to tylko czyjeś chwilowe kaprysy przypadkowych osób. Tymczasem to jest zło wciąż podobne i doskonale trwałe. A sprawianie przykrości innym wciąż daje Banaszewiczom największe zadowolenie. Wydaje im się, że to oni rządzą. Są jednak w błędzie. To nie oni. Zatem kto?

Ci ludzie są tacy, bo mylą się we wszystkim, co robią, bo wydaje im się, że są geniuszami. Ale to nie wszystko. Są jeszcze gorsi, niż myślimy. Cieszą się, kiedy ktoś niewinnie umiera, kiedy ktoś inny cierpi katusze, kiedy komuś ginie ojciec, matka czy dziecko. To jest zabawa cudzym życiem. Wszystkiego o nich nie wiemy, ale pewnego dnia pojawia się pisarz, który odkrywa te tajemnice. Zdejmuje maski. Kieruje naszą oceną, podsuwa pytania, czy nawet całe duże problemy. To może mieć dla nas znaczenie dziś i w przyszłości. Nie chodzi nawet o zrozumienie tych zjawisk i o tłumaczenie działania takich ludzi, ale o odczuwanie jako czegoś godnego potępienia. O myślenie, jak się bronić i kto jest najbardziej temu wszystkiemu winny. O to, co w nas się dzieje, gdy się z nimi stykamy.

Holewiński w każdym swym kolejnym tomie robi krok w rozwijaniu technik artystycznych. Tym razem prowadzi czytelnika swego rodzaju labiryntem, który ostatecznie okazuje się drogą prostszą niż wynikałoby z nazwy układu. Choć więc ta powieść ma cechy utworu typowo historycznego, to przecież autor nie mógł znać wszystkiego ze źródeł, bo te mają tę właściwość, że giną, niszczą się, znikają, są celowo lub przypadkowo niszczone. Niektóre musiał więc stworzyć od nowa i na tym opierać swe relacje, aby były coraz bardziej zrozumiałe. Jak czytelnik z łatwością się przekona – już nikt nie będzie umiał ocenić, co jest prawdą powziętą z dokumentów, a co stworzoną jeszcze lepiej niż w nich było. Prawdą staje się bowiem opowieść Holewińskiego.

Piotr Müldner-Nieckowski

_______________________

Wacław Holewiński, A potem już tylko mgła. Wydawnictwo Lira, Warszawa 2024. Stron 336. Oprawa twarda. ISBN 978-83-67915-75-5.

Zbigniew Zbikowski
Pociąg do podróży

Pierwszy pociąg odjechał pewnego wieczoru 1936 roku z kawiarni w centrum Budapesztu, gdzie 49-letni wtedy Frigyes Karinthy lubił spędzać czas, pracując nad kolejnymi utworami, czy to wierszem, czy prozą. Pisarz miał w tym czasie już ugruntowaną pozycję w węgierskim światku literackim, dziś byśmy powiedzieli, że był kimś w rodzaju literackiego celebryty, jako że jego życiem prywatnym, w tym i stanem zdrowia, mocno interesowała się prasa, i wcale nie – albo raczej nie tylko – brukowa. Miał za sobą kilka tomów poetyckich i powieściowych, zbiorów nowel, dramatów i szkiców oraz emblemat autora wywodzącego się ze słynnego periodyku „Nyugat” – legendy węgierskiej literatury XX wieku. Miał też kilkanaście ważnych przekładów, w tym „Przygód Kubusia Puchatka” („Micimackó”) A.A. Milne’a i „Podróży Guliwera” („Gulliver utozásai”) Jonathana Swifta. Tego ostatniego zresztą uważał za swego ulubionego autora, stąd może tytuł jego ostatniej powieści z 1937 roku. Zanim jednak ją napisał, usłyszał gwizd jeszcze trzech pociągów opuszczających peron, mimo że najbliższa stacja kolejowa znajdowała się w odległości paru kilometrów od kawiarni. Wtedy dopiero w swoją zdał sobie sprawę, że doznaje halucynacji.

W taki spektakularny sposób dał o sobie znać po raz pierwszy guz mózgu. Wtedy też pisarz podążył za nim w swoją medyczną i literacką peregrynację, której owocem stała się powieść „Podróż wokół mojej czaszki”.

Medycyna fascynowała Karinthy’ego od dawna. Próbował nawet studiować tę dyscyplinę, obok nauk ścisłych, ale krótko, bez powodzenia. Literatura okazała się ważniejsza. Teraz, gdy usłyszał diagnozę: rychły zgon lub operacja z niepewnym wynikiem, wybrał to drugie, a że miał pozycję „literackiego dobra narodowego”, w ratowanie go zaangażowały się najwyższe czynniki państwowe. Operację usunięcia guza wykonał w Sztokholmie jeden z najwybitniejszych chirurgów epoki, Herbert Olivecrona. Na tyle udaną, że pisarz mógł wrócić do pisania.

Jego ojciec w młodym wieku zmienił nazwisko z Kohn na Karinthi, a dwanaście lat później, już jako ojciec pięciu córek, przeszedł na kalwinizm. Jego syn Frigyes urodził się już w rodzinie chrześcijańskiej. W „Podróży…” nie odwołuje się jednak do transcendencji, kreuje się raczej, jako narrator, na chłodnego racjonalistę, pełnego dystansu do siebie – taką postawę zresztą pisarz przejawiał też w życiu prawdziwym. Zapytany o koszty wyprawy do Sztokholmu odparł, że jeśli wróci w urnie, będą one znacząco niższe.

Uwaga o „życiu prawdziwym” jest tu może nie na miejscu, gdyż F. Karinthy w swej książce właściwie niczego nie zmyśla. Opisuje znakomitym, miejscami czysto reporterskim językiem swoją przygodę (tak, autor był także reprezentantem węgierskiej szkoły reportażu, z której wyrosło wiele świetnych powieści), przeplatając wydarzenia dygresjami, przemyśleniami, anegdotami, opowieściami z Budapesztu, zmieniając tylko nazwiska pojawiających się osób, co czyni z tego utworu powieść z kluczem, łatwym zresztą dla znawców węgierskiej sceny literackiej do odcyfrowania.

Powieść kończy się dobrze. To nie spojlerowanie, tak też było w życiu: rekonwalescencja po operacji przebiegła pomyślnie i pacjent udał się z Göteborga przez Wielką Brytanię do domu. „Przede mną otwarty na oścież horyzont” – napisał w ostatnim akapicie.

„Podróż wokół mojej czaszki” wydał rok później. W następnym roku zmarł w wyniku wylewu krwi do mózgu.

Frigyes Karinthy: Podróż wokół mojej czaszki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024, przekład: Anna Górecka, s. 296, ISBN: 978-83-8196-723-7.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko