Strona główna Rok 2026 Nr 612 Józef Baran – Liryka trudnej afirmacji

Józef Baran – Liryka trudnej afirmacji

0
63

W książce Stan miłosny… przerywany (PIW, 2019) tak piszę o Krzysztofie Budziakowskim: „… jest poetą „z odzysku”, to znaczy coś tam gdzieś w szkole „popiskiwał wierszem”, ale wcześnie zaprzestał, gdy – jak żartuje – dowiedział się z tekstu Zagajewskiego, że Polska jest krajem miliona poetów… Po szkole średniej zdecydował się studiować filozofię, następnie wydawał zakazane książki w czasach zakazanej „Solidarności”, a potem – już po transformacji ustrojowej – okazał się zdolnym szefem firmy architektonicznej i całkiem dobrze mu się wiodło (do dziś zresztą). Równocześnie jako zapalony społecznik dźwigał na swych finansowych plecach przez parę lat Fundację Zygmunta Starego siejącą ferment intelektualny w Krakowie. Prawdopodobnie wtedy zaraził się – już jako prezes tejże fundacji (a więc w wieku późnodojrzałym) – bakcylem poezji. I to zakaził się zapewne ode mnie… bo siadywałem na spotkaniach Fundacji, zbyt blisko niego.

Na konsekwencję trzeba było trochę poczekać. Dwa lata temu, ni stąd ni zowąd, pokazał mi swoje pierwsze wiersze. Przystąpiłem do czytania najpierw z protekcjonalnym pobłażaniem, potem ze zdumieniem, gdy zacząłem się utwierdzać w przekonaniu, że to dobre albo bardzo dobre teksty. No cóż, załapał nieuleczalnego bakcyla i kto wie czy już nie umrze jako… poeta. Japończycy (np. Matsuo Basho, wiek XVII) twierdzili, że kiedy już człowiek osiągnie wszystko, przewędruje świat – powinien nastąpić ostatni etap samodoskonalenia czyli oddanie się zajęciu najważniejszemu pod słońcem – kontemplacji poetyckiej pod kwitnącą wiśnią. W przypadku Budziakowskiego chodzi o kwitnącą lipę”.

2.

…Upłynęło trochę wody w Wiśle od tamtych słów i oto trzymam w rękach maszynopis znakomicie skomponowanego tomu składającego się z 40 wierszy, o strukturze kryształu i intrygującym tytule „Choć nasze łodzie przeciekają…” Późno dojrzały owoc poetyckich kontemplacji Krzysztofa Budziakowskiego jest tym bardziej zaskakujący, że autor debiutu nie uczestniczył w agorze literackiej i można rzec jednym skokiem odrobił lekcje, które poeci pobierają przez długie lata poezjowania, zanim dobrną do najdoskonalszej artystycznie krystalizacji doświadczeń indywidualnych, w których odbija się też doświadczenie powszechne, uniwersalne. Pół wieku życia w prozie i działaniu… i nagle (albo poniewczasie) takie „kwiatki” czyli Notatki lipnickie…

To nieczęste w poezji polskiej… Kiedyś co prawda z prozaika przeobraził się w poetę w późnym wieku Julian Kawalec (ale był to jednak zawodowiec literacki), pamiętam też szczególny przypadek Zofii Dormanowskiej, z zawodu prawniczki, którą w późnym wieku oświeciła iluminacja poetycka. Jednak umówmy się – poezja jest domeną młodych, choć autorami rewelacyjnych wierszy bywali też starzy poeci: Iwaszkiewicz, Miłosz, Świrszczyńska, Kamieńska. Oni wszakże już w młodości fechtowali dzielnie piórem…

Scenerią i miejscem akcji prawie wszystkich Notatek Krzysztofa jest Lipnica koło Bochni – gdzie ma dworek i gdzie spędza wolny czas. Mówiąc najogólniej tłem tych wierszy próbujących zbliżyć się do Tajemnicy i tego co Niewyrażalne – jest przyroda, krajobraz, Natura, prze- mijające lecz nieprzemijalne pory roku. Zaś uszczegółowiając rzecz – „lądujący motyl”, który jest znakiem, że „można być na swoim miejscu i nie pytać o sens”, „czerwień ognia płonących gałęzi derenia”, „bliskie zacienione szczyty”, „szum, szmer, pluskanie, szuranie/bulgotanie spływającej wody”, „szerszenie pijące sok z pękniętych brzoskwiń”. Czy to aby nie nazbyt staroświecka dekoracja? A gdzie modemy, „szum samochodów”, „miasto, masa, maszyna”, swary polityczne, „nowoczesność”? Budziakowski w swojej poezji metafizycznej daje dowody, że naturalne decorum jest dalej przydatne w liryce, a to co staroczesne jest zarazem aktualne. Przecież rzeczywistość lip lipnickich tak podobnych do lip czarnoleskich, opiewanych przez Mistrza Jana i do tych z Ineb-hedż, miasta nad Nilem, jak i rzeczywistość skoszonych traw „pachnących wciąż tak samo, jakby się nic nie stało”, teraz i przed stuleciami czy… chmur, przy opisywaniu których poeta zadaje eschatologiczne pytanie godne Miłosza z Drugiej przestrzeni: „co jest ich odwrotnością niewidzialną?” – mogą być w dalszym ciągu najbardziej stosownym tłem dla liryki ponadczasowej.

Bo czy może być coś bardziej ekscytującego dla poety od próby opisania cudów dokonujących się na ziemi i pod majowym, a także wrześniowym niebem pulsują- cym życiodajnym słońcem? Jeśli nawet ta „współczesność” przeminie i zblaknie, to odrodzi się znów za rok, niemal w tej samej choć nie identycznej, formie i postaci. Stąd jej uniwersalność i niepowtarzalna powtarzalność… Notatki lipnickie przenikają zatem pytania ostateczne o sens i bezsens ludzkiego i wszelkiego bytowania. Obcując z Naturą poeta dotyka tego „co zawsze i wszędzie” a nie tylko „tu i teraz”, ociera się o panteistycznie rozumianego Boga, wpada na tę samą intuicję co Borges: „Nie znamy intencji Wszechświata, ale wiemy, że myśleć jasno i działać sprawiedliwie, to pomagać tym zamiarom, które nie zostaną nam objawione”.

Na szczęście refleksje Budziakowskiego nie są li-tylko suchym traktatem filozoficznym. Bywają jednocześnie liryką na wskroś zmysłową i emocjonalną, upejzażowioną i uprzyrodowioną. I na przekór chwalcom nowoczesności, którym takie sięganie do rekwizytorni rodem z Jana z Czarnolasu mogłoby się kojarzyć z sielankowością – poeta z Lipnicy udowadnia, że jest wręcz odwrotnie. W arcydziełku poetyckim Dwudziesta trzecia poświęconym opisowi śnieżnych wzgórz mamy do czynienia z mrożącymi krew w żyłach metaforami typu: „w puchu ukrywa się cisza tak głęboka, że wchłonie i zdusi każdy dźwięk”, „w podziemnych korytarzach śpią zmęczone mrówki”, „i nagle dreszcz przebiegający po plecach, po karku, po głowie. Z myślą, że może wszystko co widzę, ten krajobraz dookoła,/ to właśnie Ona./ Pierwsza Przyczyna wszystkiego, która i swoją jest przyczyną./ I patrzy na siebie moimi oczami./ Naszymi oczami. Wszystkimi./ Patrzy na siebie”… Kapitalne i odkrywcze poetycko stwierdzenia wynikają z kontemplacji ośnieżonych wzgórz, zapomnianych wiejskich cmentarzyków, gdzie przemijanie widać jak na dłoni. Medytacje intelektualne zrodzone z ekstazy ulotnej chwili, z brodzenia w potoku górskim i łowienia ryb, dla których jest się „bosym wysłannikiem Przeznaczenia”.

Przedmiotem intelektualnych medytacji może stać się sadzenie heliotropu, ludzka łza, której poeta poświęca wiersz i pytanie: „czy każda kropla wody w oceanach świata w swojej historii była już łzą?”… A także wieczorne poszukiwanie wewnętrznej harmonii i cowieczorny rachunek sumienia (Czterdziesta) czy skwarne południe, gdy „białe płatki jedwabnego rumianku/ jak klawisze fortepianu,/ przypominają o preludium nr 4 skomponowanym na Majorce”… Niekiedy bywa to liryka wręcz okrutna w wiwisekcji, gdy poeta wstępuje w siebie i dokonuje rozliczenia. Opisowi owego poetyckiego wsiebiewstępowania mógłby patronować Zygmunt Freud i Carl Gustav Jung. W notatce Dziewiątej, Dziewiętnastej czy Dwudziestej drugiej poeta kieruje wzrok do środka, w przestrzeń umysłu, graniczne zakamarki, by dotrzeć do „wewnętrznej hodowli wewnętrznych zwierząt”, zapisanych nam może w genach, w spadku po pogańskich antenatach a może otrzymanych bezpośrednio od zwierząt. Pyta: „gdyby zostały pokonane czyli zagłodzone lub lepiej:/przebite jak smoki metaforycznymi włóczniami – / czym byłaby pustka po nich?”.

Te wiersze „wsiebiewstępujace”, to jakby medytacje nad złożonością naszej pół-ludzkiej, pół-zwierzęcej, a w każdym razie hybrydalnej natury. Szukanie odpowiedzi na ważne pytania odbywa się zarówno za pośrednictwem metaforycznej penetracji (świeża, odkrywcza metafora jest mocną stroną tych wierszy) przestrzeni, krajobrazu, Natury a więc tego co na zewnętrz człowieka (Makrokosmosu), jak i tego co roi się w głębi lęków ludzkich, w nano-przestrzeni Mikrokosmosu.

3.

Byłbym jednak jako autor tekstu winien błędnego wyobrażenia, gdyby ktoś po przeczytaniu powyższego uznał, że Krzysztof Budziakowski to wyłącznie poeta natury, opozycyjny wobec poetów kultury… Jakiś Jan Jakub Rousseau, naturszczyk Rousseau Celnik (przywołany w jednym z wierszy) czy neo-Jerzy Harasymowicz. Owszem „hreczkosiej” z Krzyśka nielichy, bo trzeba przyznać nieźle rozeznaje się w faunie i florze… Ba, Budziakowski zna nie tylko nazwy, ale potrafi też rozpoznać kwiaty po zapachu czy ptaki po śpiewie. Jednak posiada też głęboką wiedzę z zakresu kultury, historii starożytnej i współczesnej, muzyki, malarstwa… Tu czy tam błyska nią w wierszach, nie nadmiernie obciążając popisa- mi erudycji, żeby wiersze mogły fruwać… Służą jako aluzyjne dopełnienie i wzbogacenie pięknych porównań i przenośni, czy skojarzeń.

Wskazują, że nie jest gorszym od Miłosza znawcą nauki np. Epimenidesa, który twierdził, że „świat powstał z Powietrza i Nocy, a wszystko co widzialne/ma swoją odwrotność”. Muzykę operową zna nasz poeta nie tylko z teorii, ale i z praktyki, bo sam pobierał lekcje śpiewu siłując się z partiami Wesela Figara. Nieobce mu także nazwiska: Jordi Savalla, Giordana Bruna, królowej Hatszepsut znad Nilu… śpiew: Cheta Bakera „z zapachem floksów”, malarstwo Salvadora Dali, już nie mówiąc o Vivaldim, Borgesie, Rilkem itd., itp. Potrafi utożsamić się nawet z nieznanym prawie nikomu Rzymianinem Ammianusem Marcellinusem, z którym łączą go – jak twierdzi w wierszu Trzydziestym ósmym – podobne tęsknoty i koleje losu, choć dzielą tysiące lat.

Jest więc Krzysztof Budziakowski zarówno poetą kultury, jak i poetą natury. W podobny sposób łączy emocjonal- ność, liryzm z refleksyjnością i dystansem. Na tej samej zasadzie jak łączy rozbuchaną barokowo zmysłowość obrazowania z wieloznacznością i operowaniem niuansa- mi, odcieniami, pastelowymi barwami…

4.

Pisząc ten tekst opatrzyłem go tytułem „Liryka trudnej afirmacji”. Tak. Trudnej, bo mimo, że te wiersze a czasem miniaturki prozatorskie (Szósta) są ładne, wieloznaczne, kunsztownie zbudowane, o symetrycznej konstrukcji i ozdobnych, małych czy dużych metaforach – a więc afirmatywne w formie (estetyzm jest rodzajem afirmacji) – to jednak przy ich lekturze odczuwa się, iż często bywają podszyte lękiem, dramatyzmem, związanym nie tylko z poczuciem upływającego czasu, który naznacza wszystko i wszystkich przemijalnością, lecz także z jakimś rodzajem niespełnienia, niedosytu, pragnienia, głodu, platońskiej tęsknoty za nieokreślonym, absolutnym… Słowem, tęsknoty zrodzonej z niepogodzenia się z ludzkimi ułomnościami i niedoskonałościami, z ludzką niewiedzą i ograniczonością, żeby poprzestać tylko na tych pierwszych z brzegu dramatycznych cechach ludzkiego losu i nie zapuszczać się za daleko w rejony ciemności, widoczne też w tej liryce… nie stać się więźniem „władzy snów ciemnych/ snów oplatających swoim przeznaczeniem”. W takich wypadkach pozostaje autorowi bezradne stwierdzenie, że najbezpieczniej było w łonie matki, „w szumie płynącej krwi”, w „zapachu błękitnego mleka”, „w kołysaniu, chlupocie, przelewaniu (…) w zacisznym falowaniu, przytulnym głaskaniu/ tętencie serca (…) bo to jedyny moment, kiedy jeszcze nie wiesz co to głód”.

5.

Z drugiej strony czytając tom debiutanta odczuwa się, że podmiot liryczny to niezły sybaryta, łasuch, piękno- duch kochający uroki życia, rozkosze podniebienia, dobre bourbony, zapachy Chanel nr 5 i słodkie wonie heliotropu… Jednym słowem wyznawca hedonizmu i hodowca pięknych grzeszków, albowiem „bogactwo, które otrzymałem nie ma końca” i warto popróbować tego wszystkiego, choć ma się świadomość, że „nasze łodzie przeciekają”.

Jednak w wierszach Budziakowskiego silniejsza jest potrzeba afirmacji siebie, świata i siebie… Bo przecież endorfiny, hormony poprawiają samopoczucie, koją ból, „głaszczą po głowie, przywracają zdrowie”, można prowokować ich wydzielanie, „a jednym ze sposobów jest uśmiech w ciemności”… I choć „rozum praktyczny przygląda się z ironicznym uśmiechem zachłyśnięciom duszy” – warto, bo co innego pozostaje, „zanim stanę się wszędzie nieobecny”, zatracić się w smakach, zapachach, ekstazie. „wmówić sobie radość chwil (…) usłyszeć jaśminy śpiewające Vivaldiego (…) szukać dalej największej tajemnicy świata, kwiatu paproci”. Kim więc jesteśmy? – pyta w kluczowym wierszu poeta, my „którzy boimy się stracić resztki, okruszki, odłamki…/ choć nasze łodzie przeciekają.”, a gdzieś za horyzontem: „czeka cichy ocean (…) Wchłonie nas i nasze łodzie. On. Nieprzemijający, który dał nam to czego sam nie posiada, przemijanie. I jak było na początku, będzie dalej w milczeniu uderzał falami o brzegi zimnych klepsydr.”.

Poprzedni artykułTadeusz Zawadowski – wiersze
Następny artykułWacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko