Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
79

Komiks o tym, jak biedny, pokątny marzyciel wywojował „Gwiezdne wojny”

Może się to wydać niewiarygodne, ale filmowy cykl „Gwiezdnych wojen” według scenariusza i w reżyserii George’a Lucasa, zainaugurowany 25 maja 1977 roku, powstał nie jako wielka, zamierzona z góry jako sukces, superprodukcja hollywódzka z gigantycznym budżetem, ale w trybie niemal chałupniczym, z pasją ale bez nadziei na jakiekolwiek powodzenie, ba, z przekonaniem o nieuchronnej klęsce. Jeden z kilku najsławniejszych mitów  w dziejach światowej popkultury, który zaowocował cyklem filmów o światowym zasięgu popularności, a występujące w nich postacie wprowadził do ikonografii o globalnej sławie, powstawał niczym niechciana, pokątna, niskobudżetowa produkcja eksperymentalna.

Komiks „Wojny Lucasa – czytamy w notce wydawnictwa „Lost in Time” – „ukazuje epopeję George’a Lucasa, buntowniczego marzyciela wyrwanego z objęć śmierci, cudownego dziecka nowego Hollywood i nieposkromionego wizjonera, który się wytwórniom nie kłaniał. Ta wyjątkowa, nietypowa wyprawa za kulisy „Gwiezdnych wojen” prowadzi czytelnika od piekła castingu po koszmar codziennej rzeczywistości na planie, z konfliktami wśród aktorów, potajemnym romansem i mnożącymi się katastrofami. Z tego ogromnego chaosu wyłoni się niezwykłe dzieło, które na zawsze odmieni oblicze Dziesiątej Muzy. „Wojny Lucasa”, to podróż w otchłań tworzenia, które wywołuje na przemian wzruszenie i uśmiech, to idealna historia o powstawaniu pewnej opowieści i o jej oszałamiającym triumfie. To również lekcja o kinie oraz oda do magii dzieciństwa, a także pochwała wytrwałości na przekór wszystkiemu”.

W „Wojnach Lucasa”  Renauda Roche i Laurenta Hopmana, klatek komiksowych z ikonograficznymi motywami z „Gwiezdnych wojen” jest relatywnie niewiele, bo też i nie fabuła „Gwiezdnych wojen” jest tematem tego komiksu, lecz historia ich powstawania. Są natomiast głównie scenki z życia Lucasa, z jego dzieciństwa i młodości w skromnej amerykańskiej rodzinie, pojawia się znajomy Lucasa, Francis Ford Coppola, który otrzymując propozycję nakręcenia filmu „Godfather” według powieści Mario Puzo, był podobnym sceptykiem co do sensu przedsięwzięcia, jak Lucas co do szans powodzenia owoców jego marzeń i pasji. Pojawia się też m.in. Irvin Kershner, przyszły reżyser „Imperium kontratakuje”, niechętni aroganccy biurokraci z wytwórni filmowych oraz cała proza życia artysty, któremu rzuca ono kłody pod nogi. Nie wiem jak wy, ale ja kocham komiksy i pochłonąłem „Wojny Lucasa” z równą pasją, jak wiosną 1979 roku przywitałem w kinie, w dzikim tłumie widzów, „Gwiezdne wojny”.W kinie w Lublinie.

Renaud Roche, Laurent Hopman – „Wojny Lucasa”, przełożyła marta Duda-Gryc, Wydawnictwo Lost in Time, Nieledew 2023, str. 206, ISBN 978-83-67270-57-1

Bolesław Piasecki, człowiek, który chciał „umundurować polskie dusze”

Jakkolwiek się go ocenia, a oceniany jest na ogół negatywnie, Bolesław Piasecki (1915-1979) jest jedną z najbardziej fascynujących postaci historii Polski XX wieku, przy czym słowo „fascynacja” można rozumieć dwojako, w zależności od ideowych sympatii. Już sam tylko fakt, że jego droga życiowa wiodła od wodzostwa skrajnie prawicowego, faszyzującego, a tym samym m.in. antykomunistycznego Obozu Narodowo Radykalnego (1934) do funkcji członka Rady Państwa PRL w czasach Edwarda Gierka (1975), czyni tę postać naznaczoną rysami paradoksalnymi. Zawsze, gdy czytam o Piaseckim, stają mi przed oczyma dwa sfotografowane momenty: pierwszy, gdy w 1937 roku, jako 22-latek, przemawia z trybuny podczas zlotu ONR w cyrku braci Staniewskich przy ulicy Ordynackiej w Warszawie, odziany w organizacyjny, paramilitarny mundur i w enturażu przywodzącym na myśl  hitlerowskie parteitagi, i drugi, gdy w 1975 roku, jako nobilny starszy pan w garniturze, z uśmiechem ściska dłoń Edwarda Gierka po odebraniu nominacji na członka Rady Państwa PRL. Uzupełnieniem tego obrazu mogłyby tu być takie epizody z politycznej biografii Piaseckiego, „Bola” jak w tonacji ciepłej nazywali go jego zwolennicy, a z przekąsem jego krytycy, jak jego postawa w czasie przełomu 1956 roku oraz w wydarzeń marca 1968 roku, jak również tragiczny fakt porwania i skrytobójczej śmierci jego syna Bohdana. Miarą tego, jak inspirującą postacią był Piasecki świadczy też fakt, że jego postać, choć skryta pod niby-fikcyjną literacką figurą Michała Kamieńskiego, zainspirowała Czesława Miłosza jako autora politycznej powieści „Zdobycie władzy” (1953).

Fascynująca i wybitna jest też monografia tej postaci autorstwa  Wojciecha Jerzego Muszyńskiego, której tom pierwszy właśnie się ukazał. Należę do tych, którzy postacią BP są bardzo zainteresowani i swego czasu dałem temu wyraz w krytycznym tekście publicystycznym („Bolesław Piasecki. Wielki Piszczyk”, opublikowanym w ramach zbioru mojego autorstwa zatytułowanym „Bigos polski” (Toruń 2013), ale to tylko subiektywne rozważania nie pretendujące do rangi naukowej. Monografia Muszyńskiego jest pierwszą o tej wartości naukowej publikacją o Bolesławie Piaseckim, jako że wydana w roku 1990 roku w Londynie, w języku polskim praca Antoniego Dudka i Grzegorza Pytla (Pytela?) „Bolesław Piasecki. Próba biografii politycznej” jest, zgodnie z brzmieniem podtytułu, jedynie próbą, rodzajem uniwersyteckiej rozprawy teoretycznej, a nie biografią  z prawdziwego wrażenia opartą na gruntownej i rozleglej kwerendzie naukowej. Istnieje co prawda znakomita monografia Obozu Narodowo Radykalnego autorstwa Szymona Rudnickiego, ale postaci Piaseckiego jest tu  z oczywistych względów poświęcony tylko relatywnie niewielki passus. 

Tom pierwszy monografii Muszyńskiego, noszący podtytuł „Początek drogi (1915-1944)”, obejmuje, można rzec, pierwszą połowę życia Piaseckiego. Linearna narracja oparta na układzie chronologiczno-rzeczowym rozpoczyna się od genealogii rodzinnej Bolesława, od jego przyjścia na świat w Łodzi, a później warszawskiej młodości na Woli i na Powiślu. Lektura już tych pierwszych stron zaświadcza, że Muszyński nie tylko dokonał ogromnej pracy badawczej źródeł wszelakich, od dokumentów urzędowych po pamiętniki, oraz analitycznej, ale napisał monografię znakomitym, atrakcyjnym, potoczystym stylem.

Tom pierwszy składa się z pięciu części aneksu zawierającego wybrane publikacje Bolesława Piaseckiego oraz bogatej bibliografii. W części pierwszej, dotyczącej jego dzieciństwa, młodości, studiów, zainteresowań i politycznego debiutu zakończonego odsiadką w obozie odosobnienia w Berezie Kartuskiej, autor poszukuje źródeł, także poglądów i postaw Piaseckiego, w tym jego antysemityzmu. Zarysował zatem również, i to bardzo interesująco i przekonywająco, sylwetkę psychologiczną młodego Piaseckiego, a nie było to łatwe, jako że był on człowiekiem raczej skrytym, nieskłonnym do zwierzeń osobistych. Ten wstępny rozdział „Działacz” napisany został soczyście, włącznie z barwnym zarysowaniem powiślańskiego i wolskiego krajobrazu społeczno-obyczajowego, będącego tłem dla młodości BP. Część II, zatytułowana „Kolega kierownik” opowiada o początkach tworzenia przez BP wraz ze współpracownikami, nowej organizacji nacjonalistycznej po porażce ONR. Część III zatytułowana „Wódz” pokazuje najpierw czas radykalizacji poglądów i działań BP, ale także jego, dla niektórych zaskakujący, flirt z sanacją, tą samą która kilka lat wcześniej uwięziła go w Berezie. Ten flirt wyraził się w  – jak to błyskotliwie ujął autor monografii – „(mez)aliansie”  z OZONEM, czyli Obozem Zjednoczenia Narodowego założonym pod auspicjami czołowego piłsudczyka, pułkownika Adama Koca. Dwie ostanie części tomu, IV („Konspirator”) i V („Komendant”) obejmują okres wojny i zbrojnej działalności BP jako dowódcy sił zbrojnych Konfederacji Narodu. Lektura tego tomu jest fascynująca, a poruszanie się w gąszczu faktów, personaliów i dat jest dla pasjonata tematu, jak piszący te słowa, prawdziwą przyjemnością. Gorąco polecam tę lekturę i z prawdziwą niecierpliwością czekam na tom drugi, obejmujący lata od 1945 roku do śmierci BP w Nowy Rok 1979. Mam nadzieję, że została już napisana i jedynie czeka na publikację.

Wojciech Jerzy Muszyński – „Bolesław Piasecki. Początek drogi  (1915-1944)”, Instytut Pamięci Narodowej, Instytut Dziedzictwa Myśli narodowej, Warszawa 2023, str. 680, ISBN 978-83-8229-806-2

Diabeł tkwi w szczegółach

Bardzo cenię i szanuję ten rodzaj literatury. Autor tego zbioru opowiadań niemal całkowicie wyzbył się swojego „ja”, swego artystycznego „ego”, co jak wiadomo dla wielu pisarzy jest bardzo trudnym zadaniem. I całą swoją energię twórczą skierował na zapis otaczającej go realności. To mimetyzm  w czystej, esencjonalnej formie. Opowiadania Wojciecha Chmielewskiego nie są pierwszą egzemplifikacją przy skłaniającej do refleksji nad tym, czym literatura jest i czym powinna być nade wszystko: kreacją, fantazją, nośnikiem idei i ekspozycją własnego „ja” czy też skrupulatnym zapisem otaczającej rzeczywistości, rejestracją uczuć, wrażeń, spostrzeżeń?  Ekspozycją artystycznego egotyzmu, czy też odzwierciedleniem rzeczywistości za pomocą conradowskiego „zwierciadła na gościńcu”? Tworzeniem wyobrażonych światów czy zapisem istniejących? To jeden z odwiecznych dylematów w literaturze i sztuce. A może to alternatywa zdefiniowana zbyt prosto, bo przecież można zapytać za Piłatem: „co to jest prawda?” albo przywołać biskupa Berkeleya, który jako filozof „idealista subiektywny” relatywizował istnienie  dotykalnej rzeczywistości. Ponadto ze zwykłego doświadczenia znamy syndrom naocznego świadka – każdy to samo zdarzenie opisuje nieco inaczej. Jeśli stu fotografów wykona fotografię tego samego subiektu, na każdej będzie on miał nieco inny, choćby minimalnie, kształt. Nie dzielmy jednak włosa na czworo i pozostańmy przy potocznym poglądzie na pojęcie realności. To co uderza już w lekturze pierwszych zdań prozy Chmielewskiego, to ich naoczność, zmysłowość, soczystość. To co on opisuje, „widać, słychać i czuć”. Mamy do czynienia z lawiną mikrofaktów, mikroruchów materii, powtórzeń, powrotów, jak to w naszym codziennym miniżyciu zmysłowym, z nieustającą sekwencją jakby „stopklatek” filmowych, które po wprawieniu w ruch tworzą bieg zdarzeń w tych opowiadaniach. Autor posłowia, Jakub Beczek zatytułował je „Gromadzeniem realności”. Nazwał autora „uważnym obserwatorem realności”, którą „odkrywa, rejestruje i utrwala”. „Pozornie nic się nie  dzieje. Ot zwykły zapis chwili” – powiada Beczek, ale jednocześnie zwraca na inny aspekt narracji Chmielewskiego, czyli łączenie teraźniejszości i przeszłości. „U Chmielewskiego przeszłość się powtarza. I to jeszcze wyraźniej – jako historia”. Zarówno ta „mała”, osobista, rodzinna, jak i ta „wielka”, podręcznikowa, w tym przypadku pojawiają się refleksy powstania styczniowego 1863. Opowiadania Chmielewskiego właściwie nie mają typowej fabuły, to nie są nowele fabularne, zakończone choćby puentą, jako czytelnicy wchodzimy niezapowiedziani w materię egzystencji, i z tej materii po chwili wychodzimy. Rozpoczynające tom opowiadanie „W mieście” jest czystą rejestracją obrazu ulicy w dzień budzącej się wiosny – obraz wzbogacony o barwy, dźwięki, zapachy, a jakiś „mężczyzna podnosi głowę (…) i odruchowo przekręca kluczyk w stacyjce”. Tematem kolejnych opowiadań jest przypadkowe spotkanie znajomych podczas wieczoru autorskiego („Spotkanie z poetą”). Magda z „Dłoni błogosławionej Anieli” budzi się „ze wspomnieniem cukierków”, które zostawili jej rodzice i „wspomina babcię, wieś i pieczone ziemniaki”. W „Cygance”  cygańska dziewczynka biega po „zabłoconych alejkach”. W: „Na starym kirkucie”, „Fantazji o Chłodnej”, „Na choleryczniaku”,  „Ogrodzie Saskim”, „Korytarzu”, „Chusta Weroniki”, „Gertruda von le Fort”, „Orzechu”, „Świętym Józefie Freinademetzu”, „Śmierci kamienia” przez materię najbanalniejszej rzeczywistości przezierają palimpsesty przeszłości. .

Beczek puentuje swoje posłowie stwierdzeniem, że autor „stara się jednak całą tę realność zgromadzić w jednym miejscu, scalić narracją i pokazać, a nie tylko – jak w wersji postmodernistycznej – głosić jej zależną i rozchwianą strukturę. To i jeszcze inne jest  w tych opowiadaniach”. Interesująca jest też w tych opowiadaniach erotyka. Tak, tak, jest tam ona, choć bardzo finezyjnie podana, zakamuflowana, właściwie całkiem skryta a przez to szczególnie sugestywna. Ot… choćby tam, gdzie czyni uwagę o kobiecie „w białej bluzce, czarnej spódnicy i czarnych pantoflach ze ściętymi noskami”, o „wysuwaniu stopy z pantofla”, „stopy małej, z wyraźnym podbiciem”, o „grze pośladków pod jej kończącą się nad kolanami spódniczką”. Na tle tego erotyzmu finezyjnego, cieńszego od bibułki, opis obserwowanego przez bohaterkę opowiadania aktu małżeńskiego jej rodziców uderza dosłownością („Przez uchylone drzwi Magda kątem okaz dostrzegła nogi matki oplecione wokół nagich pleców ojca. Poruszali się rytmicznie, a matka wydawała głębokie westchnienia”).

Lektura opowiadań Chmielewskiego to duża przyjemność czytelnicza, wynikająca po pierwsze ze stylu, języka świetnego w swej „niewidzialności”, „przezroczystości” (o to tu właśnie chodzi, bo  „gromadzeniu realności”, drobiazgowemu, mimetycznemu rejestrowaniu tego co zwykłe, pospolite, źle służyłyby stylistyczne fajerwerki). Poza tym jednak przyjemność lektury przynosi odczytywanie nie podanych na talerzu sensów i wędrowanie przez meandry pewnych egzystencjalnych nieoczywistości. Wyborna, choć tak niepozorna proza.

Wojciech Chmielewski – „Obcy diabeł. 31 opowiadań”, wybór i posłowie Jakub Beczek, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 283, ISBN 978-83-8196-687-0

Jan Nowicki sercem opisany

Był wspaniałym aktorem, który o swoim zawodzie wyrażał się z nonszalancją, a nawet lekceważeniem. Był ekscentrykiem żyjącym zawsze na swój sposób i na swoich warunkach. Miał obejście eleganckiego pana z dobrego towarzystwa, choć wywodził się z ludu i wiele lat życia spędził na wsi, uprawiając wiejski tryb życia. „Żyć jak Wielki Szu” jest biografią osobistą, prywatną Jana Nowickiego, historią jego małżeństw, związków i romansów oraz stosunków rodzinnych, nie jest natomiast biografia artystyczną, a jego dokonania aktorskie są jedynie wzmiankowane niejako na marginesie. Mamy więc opis relacji między Nowickim a jego wieloletnią partnerką, węgierską reżyserką Martą Mészáros, trudne stosunki z synem Łukaszem,znanym prezenterem telewizyjnym, obraz aktywności pisarskiej i felietonistycznej Jana Nowickiego.  Mamy jego ciężka i ubogą młodość, bogaty w zdarzenia, dokonania i przeżycia wiek dojrzały i starość. Nie ma tu natomiast analiz sposobu pracy aktorskiej Nowickiego, analizy spektakli i filmów w których grał, choć są wzmianki o rolach m.in. w „Tangu” S. Mrożka w reż. Jerzego Jarockiego, w „Biesach” (Stawrogin), „Nastazji Filipownej” (Rogożyn) F. Dostojewskiego, „Nocy listopadowej” St. Wyspiańskiego (Wielki Książę)  w reżyserii Andrzeja Wajdy, w „Procesie” F. Kafki (Józef K.), „Weselu” (Poeta) Stanisława Wyspiańskiego w reż. Jerzego Grzegorzewskiego, a także w filmach, m.in.w „Barierze” J. Skolimowskiego, „Panu Wołodyjowskim” J. Hoffmana, „Popiołach” A. Wajdy, „Sanatorium pod Klepsydrą” W.J. Hasa czy w najbardziej znanej jego roli w „Wielkim Szu” Sylwestra Chęcińskiego i wielu innych. Beata Biały napisała tę biografię przez pryzmat uczuć, serca, nie jako chłodne studium sztuki aktorskiej Jana Nowickiego i w tej konwencji bardzo dobrze się ją czyta.

Beata Biały – „Żyć jak Wielki Szu. Biografia Jana Nowickiego”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2023, str. 277, ISBN 978-83-8338-050-6

Życie uciętej głowy

Największe wrażenie podczas lektury studium Anny Burzyńskiej wywarła na mnie część rozdziału „Układ nerwowy” zatytułowana „Życie uciętej głowy”. Mógłbym nawet określić (nieco retorycznie i na wyrost) to wrażenie jako „piorunujące”. Jest tam bowiem potwierdzenie mojej intuicji, że śmierć na gilotynie, o której tyle naczytałem się w licznych lekturach o historii Wielkiej Rewolucji Francuskiej, jest straszliwa i bolesna, bo to głowa przez jakiś czas po dekapitacji żyje i czuje ból przeciętego ciała, będąc  przez pewien czas świadoma swego położenia. Takie widzenie śmierci wskutek dekapitacji zaprowadziło innego współczesnego historyka M.S. Buckleya do takiej interpretacji „Śmierci Dantona”, w której zawartość sztuki to „theatrum mentis”, to wspomnienia przebiegające  przez kilkanaście minut przez zdekapitowaną głowę Dantona.

Ale zostawmy na razie na boku ten „hardcorowy” wątek. „Atlas anatomiczny Georga Büchnera” Anny Burzyńskiej to imponujące studium twórczości pisarza wpisanej w skomplikowaną przestrzeń Natury, w szczególności natury ludzkiego ciała. Georg Büchner (1813-1837) dużą część swojego krótkiego (23 lata) życia spędził nad preparatami ciał ludzi i zwierząt, ze skalpelem w dłoni. Twórca „Śmierci Dantona” i „Woyzecka” był bowiem z wykształcenia przyrodnikiem, biologiem i tę swoją wiedzę potraktował jako tworzywo swojej sztuki pisarskiej. Georg uciekł od medycyny ale tylko formalnie, bo pozostał w niej w swojej sztuce. Gdyby zdobyć się na próbę najbardziej lakonicznego i upraszczającego zdefiniowania idei sztuki Büchnera, można by powiedzieć, że dla niego istniała tylko Natura, a Sztuka, traktowana zazwyczaj jako Natury przeciwieństwo, jako jej antyteza, w istocie rzeczy jest jedynie Natury osobliwą postacią, jedną z jej form. Nawet romantyzm, którego był dzieckiem i rówieśnikiem, stanowił w istocie rzeczy, jedną z form Natury. Poeta postrzegał biologię, Naturę jako jedność, stawiając na jednym poziomie mikroorganizmy, rośliny, zwierzęta i człowieka, co stanowiło zaprzeczenie religijnego i filozoficznego antropocentryzmu. W tym sensie Danton oczekujący na śmierć wraz z towarzyszami jest równy jętce jednodniówce dopalającej w ciągu jednego dnia swój krótki byt. W „Narodzinach kliniki” Michel Foucault pisał, że „doświadczenie medyczne jest pokrewne doświadczeniu lirycznemu, które szuka dla siebie języka od Hölderlina po Rilkego”. Zagadnienie zwierzęcia w człowieku jest zawarte bardzo silnie w dramacie „Woyzeck”. „Büchner pokazuje człowieka w zwierzęciu i zwierzę w człowieku” – zauważa Anna Burzyńska. W opowiadaniu „Lenz” choroba psychiczna przyjmuje postać przeobrażenia psyche chorego w naturę kota. Na pozór daleką od zagadnienia Natury, krańcowo wystylizowaną na romantyczne konwencje komedię „Leonce i Lena”, zbudowaną całkowicie z form sztucznych i skrawków kultury można w tym kontekście zinterpretować jako ekspozycję daremnej, ułudnej próby ucieczki od Natury. Dlaczego zatem poeta uciekł od medycyny i biologii? „Rezygnując z medycyny, a chcąc dalej mierzyć się z kwestiami moralności, autor „Woyzecka” nie miał innego wyjścia, jak zwrócić się ku beletrystyce, filozofii i politycznemu aktywizmowi (rewolucjonista). Przez cialo i jego opis próbował wyjść poza ciało, a z materii językowej tworzył alternatywne światy, w których możliwe było dokonywanie eksperymentów nie „in vivo”, tylko „in verbo” – podsumowuje Anna Burzyńska jeden z rozdziałów. W jeszcze jednym upatruje fascynacji romantyka naturą i medycyną, w „poczuciu kruchości ludzkiego życia”.

Studium Burzyńskiej dzieli się na dwie zasadnicze części, noszące tytuły: „Anatomia pisania” i „Pisanie anatomii”. W tej drugiej autorka analizuje twórczość Büchnera przez pryzmat szczegółowych tematów takich jak: układ pokarmowy, krwionośny, ruchu, rozrodczy, oddechowy i nerwowy.

„Jestem nauką (…) Jestem żywym szkieletem, cała ludzkość mnie studiuje” – powiada Woyzeck i słusznie autorka słowa te pomieściła jako motto do całego studium. Jako drugie motto, można potraktować pomieszczoną na okładce „Atlasu anatomicznego …” reprodukcję „Obrazu na temat okropności wojennych” Andrzeja Wróblewskiego z Muzeum na Zamku Lubelskim, przedstawiającego pokawałkowane, zielone ryby. To trafna metafora zawartości „Atlasu anatomicznego  Georga Büchnera”.

Anna Burzyńska – „Atlas anatomiczny Georga Büchnera”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2022, str. 450, ISBN 978-83-233-5129-0

Niechciana Róża lewicy

Nie chciał jej Lenin, nie chciał jej Stalin, nie chcieli jej często partyjni towarzysze, jedni za poglądy, inni za wpędzający ich w kompleksy  jej wybitny, na granicy genialności intelekt. Nie chcieli jej polscy rodacy, nie tylko ci z prawej, nacjonalistycznej strony, ci których późni wnukowie usunęli na rozkaz IPN jej tablicę z kamienicy w Zamościu, w którym się urodziła, ale także jej późne wnuki lewicowe z PRL, z PZPR, którzy jej pamięci nie rozpieszczali, nawet w podręcznikach szkolnych do historii używając określenia „luksemburgizm” jako odium. Bo o tym, że nie lubili jej polscy, rosyjscy i niemieccy policmajstrzy, nawet w obliczu tego nie warto wspominać. Nic więc dziwnego, że biografia Róży Luksemburg (1871-1919) autorstwa Katarzyny Gelles, jest jej pierwszą (jeśli nie liczyć popularnonaukowego opracowania autorstwa Aleksandra Kochańskiego z 1976 w serii „Światowida”) polską biografią, 104 lata po jej śmierci, acz literatura jej poświęcona, głównie niemiecka, ale też polska jest bardzo bogata, o czym zaświadcza obfita zawartość bibliografii i o czym autorka wspomina we wstępie. Sześć kolejnych rozdziałów biografii („Kongresówka. Dzieciństwo i młodość”, „Szwajcaria. Lata studenckie”, „Niemcy. „Zawojować Berlin”, „Na politycznym rozdrożu”, „Wielka Wojna”, „Niemiecka rewolucja”) tworzą portret Róży Luksemburg na tle epoki, w której żyła. Ostatni rozdział, „Dziedzictwo i upamiętnienie” oraz „Epilog” zawierają podsumowanie spadku politycznego, ideowego i intelektualnego jaki pozostawiła, a także politycznej, naukowej i artystycznej recepcji jej życiorysu. Lenin, który był z nią w sporze i zarzucał błędy, nazywał ją jednak „wielką komunistką”, cierpki i hiperkrytyczny Bertolt Brecht napisał o niej liryczne wiersze, Kurt Weil skomponował na jej cześć „Berlińskie requiem”, a David Bowie (sic!!!) skomponował do wiersza Brechta utwór „Drowned girl” („Utopiona dziewczyna”), wydany na płycie w 1982 roku, Margarette von Trotta zrealizowała o niej fabularny film „Rosa Luxemburg” (1986) z Barbarą Sukową w roli tytułowej. Gelles pokazuje także liczne kontrowersje i spory, także w Niemczech, wokół jej upamiętniania,  dokonywanego na różne sposoby, administracyjne i artystyczne (n.p. uliczne instalacje plastyczne), pokazuje jak bardzo przestrzeń Berlina jest nasycona śladami po Róży Luksemburg. Przywołuje też polskie reakcje na jej działalność i prasowe na wiadomość o jej śmierci. „Epilog” poświęcony jest wątkowi jej śmierci, okolicznościom i przebiegowi dokonanego na niej mordu. Powstały poświęcone temu komiksy, sztuki teatralne ( n.p „Róża” Jana Stępnia), spektakle muzyczne, obrazy, rzeźby, wiersze. Wątek Róży pojawia się m.in. w słynnej powieści Alfreda Döblina „Berlin Alexanderplatz”. E. Schmitter napisał o niej tak: „Róża Luksemburg, wykształcona Żydówka polskiego pochodzenia. Miała 47 lat, doktorat z ekonomii, otwarte serce i rywalizowała z Leninem na międzynarodowej scenie rewolucji. Była też charyzmatyczną mówczynią i autorką o potężnym oddziaływaniu. Dzieckiem subtelnej, idealistycznej edukacji, kobietą czytającą w czterech językach, wielbicielką Goethego z jednej strony. Z drugiej zaś – orędowniczką robotników, niecofającą się przed żadną obelgą, żadną dramatyczną przesadą, wyszkoloną w marksistowsko-wojowniczej retoryce. Zawsze szła na całość, bo grała o całą stawkę, którą w jej oczach utożsamiano właśnie z kwestią klasową: kapitalista albo robotnik, krwiopijca albo wyzyskiwani, posiadacze albo nędzarze”. Gorąco polecam lekturę tej biografii.

Katarzyna Gelles – „Róża Luksemburg”, Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2023, str. 223, ISBN 978-83-7977-765-5

Klasycysta metafizyczno-romantyczny

Jarosław Marek Rymkiewicz (1935-2022) przyzwyczaił nas do swojego wizerunku jako bojowego pisarza politycznego, który jednoznacznie stanął po jednej stronie walki politycznej w Polsce. Wyrażał to wprost jako publicysta i poeta [„Wiersze polityczne” (2010)] oraz pośrednio, jako prozaik, autor „Wieszania”, „Kinderszenenen”, „Samuela Zborowskiego” i „Reytana. Upadku Polski”. Wokół tego paradygmatu powstały liczne artykuły, wywiady i publikacje książkowe. Pośród tego burzliwego okresu, Marzena Woźniak-Łabieniec przeszła nad nim do porządku dziennego, jedynie dygresyjnie odnotowując go we wstępie, powróciła do korzeni twórczości JMR, do jego manifestu „Czym jest klasycyzm. Manifesty literackie” (1967) i do poezji, która była jego konsekwencją. Pochyliła się natomiast nad jego poezją metafizyczną. Na pozór to pojęcie kłóci się deklarowanym przez JMR klasycyzmem, bowiem ten ostatni to owoc laickiego Oświecenia.  JMR klasycyzm rozumiał jednak nade wszystko jako dziedzictwo kultury śródziemnomorskiej. Ponadto jego postawa metafizyczna polegała raczej (co brzmi może paradoksalnie) na dialogu z koncepcjami metafizycznymi niż na przyjęciu postawy metafizycznej. JMR stawia metafizyczne pytania, a nie daje metafizycznych odpowiedzi.  Metafizyczność poezji JMR polega także na nawiązywaniu do baroku z jego obsesją śmierci i spraw ostatecznych. Dla JMR metafizyczne są dzieła Cervantesa, Szekspira,  Goethego, Dostojewskiego, którzy przecież nie byli wzorcowymi chrześcijanami. I w jeszcze jednym zawiera się metafizyczny klasycyzm JMR – w klasycystycznym sposobie wersyfikacji. Wobec klasycystycznej autodefinicji JMR uderza też jego frenetyczna fascynacja romantyzmem polskim. Fascynację Mickiewiczem (m.in. „Żmut”, „Baket”, „Mickiewicz”), Słowackim („Juliusz Słowacki pyta o godzinę”), romantycznym mistycyzmem („Samuel Zborowski”), łączy JMR z fascynacją klasycyzmem, bo to mistrz łączenia przeciwieństw, wody i ognia. Te i inne zagadnienia analizuje wnikliwie Marzena Woźniak-Łabieniec w swoim studium, podejmując te zagadnienia w rozdziałach: „Poeta budzi zmarłych”, „Metafizyk i archetypy”, „Pożegnanie z Wergiliuszem”, „Rozmowy z Wielkimi Duchami”, „W matni Wittgensteina. Traktat metafizyczny”, „obrona metafizyki”, „Obrona metafizyki” , „Zmartwychwstać znaczy być czytanym”, „Bóg w zagadce języka”, „Dialogi filozoficzne”, „Wiersz „Trup, który gada”, „W grudce cyklonu. O kondycji człowieka”, „Poetyckie hipostazy zaświata”, „W prześwicie istnienia” i inne. Brzmi to trudno, hermetycznie, zniechęcająco? Na pewno niejednemu tak, w naszych czasach awersji do myślenia i pracy intelektualnej. „W prześwicie istnienia”- tak brzmi tytuł jednego z rozdziałów. No właśnie. Lektura, analiza i namysł nad poezją JMR pomaga zajrzeć w ów „prześwit”. A moim zdaniem warto.   

Marzena Woźniak-Łabieniec – „Rymkiewicz. Metafizyka”, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2017, str. 216, ISBN 978-83-8088-386-4

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko