Agnieszka Czachor – Być hardym, ale równocześnie pełnym miłości

0
36

Postać, o której odważę się dzisiaj wspomnieć, jest postacią dla mnie niemalże postacią pomnikową, o której będę próbować jeszcze pisać niejeden raz. Poszukiwanie lektur przypomina śledzenie szlaków gwiazd. Samodzielne poszukiwanie sprawia, że natykamy się po drodze na książki, które czytali inni, więksi, mądrzejsi, bardziej doświadczeni życiowo. I to za ich sprawą sięgamy po te książki, które i oni czytali. Bywa, że się spotykamy mentalnie z tymi wielkimi, dzięki właśnie tym samym lekturom. Czy je odbieramy w podobny sposób? Nie. Warunki w jakich żyjemy, nasza rzeczywistość, ale i doświadczenia kształtują również nasze rozumienie i odbieranie literatury. Mam na myśli Józefa Mackiewicza, ale konkretnie jego żonę Barbarę Toporską.

O ile w niektórych przynajmniej kręgach Mackiewicz jest dobrze znany, o tyle o Barbarze mówi się mało, żeby nie rzec, że wcale. Poza tym, że była żoną Józefa, niewiele się mówi o jej twórczości literackiej, a szkoda.

Czytam jej książkę „Na wschód od dzisiaj” i mimo tego, że mówi się o niej iż była w swoich poglądach bardziej radyklana niż sam Mackiewicz, a Józef był stu procentowym anty komunistą, to jej sposób pisania jest ciepły i „miękki” o ile można tak to określić.

Jakiś czas temu w sieci rozgorzała dyskusja na temat pisarstwa kobiecego, na temat podziału literatury na kobiecą i męską. Do dzisiaj jeszcze słychać jej echa w niektórych kręgach, jednak to nie miało i nie ma nic wspólnego z moim określeniem pisarstwa Barbary. Była kobietą bardzo silną, zdecydowaną i odważną. Co mam na myśli, że w literaturze przez nią tworzonej, można powiedzieć, że pisała po kobiecemu? Przedstawiała kobiecy punkt widzenia. Kobiecy nie oznacza gorszy. Kobiecy czyli odmienny od męskiego, bo to rzecz naturalna, że jest odmienny. 

Mackiewicz mimo, że pisał surowo a nawet oschle, potrafił wspaniale opisywać śpiew ptaków nad rozkopanymi grobami katyńskimi. Barbara pisze konkretnie, ale (jak to dobrze określić) z kobiecą – pasuje mi tutaj słowo „czułość”, ale go nie lubię – wrażliwością. Z kobiecym taktem i wyczuciem. Mówię o powieści, jej eseje dopiero przede mną. Nie wiem czy publicystyka przetrwała. Słuchowiska radiowe i powieści radiowe nie przetrwały. Może poezja? Znawczynie tematu twierdzą, że najważniejsza była dla niej rola poety. Najbardziej ceniła w sobie poetkę. Tymczasem ocenia się ją jako świetnego publicystę. Słowem posługiwała się bardzo sprawnie i nie „bawiła” się w uprzejmości. Mówiła wprost i to bez ogródek.

Podobnie mówi się o Prusie. Nie każdy go ceni jako prozaika, ale każdy kto poznał jego publicystykę, to aż klęka z zachwytu. Nie dość, że miał wiadomości, to jeszcze humor, inteligencję i złośliwość na „podorędziu”. Czego trzeba więcej? Sienkiewicz – według mnie – tej właściwości nie posiadał. Jeśli zaczniemy czytać jego recenzje czy pseudo publicystykę, to możemy się poczuć jakbyśmy gryźli żwir. Kroniki Prusa można czytać dzisiaj i mimo, iż są już nieaktualne to ciągle bawią a do tego jeszcze sporo mówią o życiu w ówczesnej Warszawie.

Barbara jest autorką pięciu książek. To się może wydawać bardzo smutne i przykre, że tylko czterech. Jednak należy pamiętać, że żyli podczas wojny, że musieli uciekać, a jak wspomniałam bardzo dużo tekstów Barbary przepadło. Jest autorką nieznaną szerszej publiczności. A odniosłam nawet wrażenie – mam nadzieje, że mylne – iż nie interesuje nawet współczesnych kobiet. Mimo, że tak wiele o kobietach się dzisiaj mówi.

Badacze podkreślają nowoczesność jej prozy, która oparta jest na psychologii a nie na akcji. To nie są powieści przygodowe, sama fabuła jest mniej ważna niż refleksje bohaterów. Pamiętam, że jako nastolatka byłam zafascynowana specyfiką podobnej narracji, która koncentrowała się na tym, co niewypowiedziane. Na spojrzeniu, gestach, tonie głosu, błysku w oku lub „zagadaniu” czegoś, co się komu wydawało tematem niewygodnym. Taki sposób prowadzenia opowieści daje szansę, aby ukazać, przestrzeń między ludźmi, o której się rzadko wspomina, a w której bardzo dużo się dzieje. Tyle tylko, że nie każdy to dostrzega, nie każdy jest na tyle dobrym obserwatorem, aby zauważyć sprzeczne reakcje rozmówcy. To znaczy, co innego mówią jego słowa, a co innego jego ciało. O ile nasza wypowiedź możemy formować świadomie, co równocześnie oznacza, że świadomie możemy kłamać albo nie mówić wszystkiego, co wiemy na dany temat, o tyle gesty, tiki, wyraz oczu bardzo często są poza naszym zasięgiem. No chyba, że ktoś był specjalnie szkolony, to jest możliwe, że i nad tymi gestami panuje.

Jest jeszcze jedna istotna dla mnie jako czytelnika sprawa, którą również zauważyła Toporska.  Mam na myśli wzajemnie przenikanie się ludzkiej rozpaczy, melancholii, jak również radości. Takie przenikanie się „bezdotykowe”. Doskonałym na to przykładem jest jazda tramwajem. Wsiada bardzo wielu ludzi. Przepychają się, czasem zajmują po cwaniacku wolne miejsca, bo starsza osoba nie zdążyła do takiego miejsca dojść. Niektórzy zachowują się nazbyt głośno, czasem opowiadają na cały tramwaj przykre czy niestosowne dowcipy. Śmieją się ordynarnie jakby sprawiało im przyjemność dokuczanie pasażerom. Nie wiemy, co ci ludzie dźwigają w sobie ani na swoich barkach. Toporska potrafiła ich rozszyfrować i w konsekwencji, jeśli głębiej zastanowilibyśmy się nad ludzką kondycją psychiczną, uznalibyśmy, że wielu z tych pasażerów boryka się z podobnymi problemami i gdyby ze sobą pomówili, możliwe że jeden drugiemu byłby w stanie pomóc. Jednak wolimy się zirytować, parsknąć w stronę rozwrzeszczanych młodych ludzi. Bo, kiedy cierpimy nie myślimy racjonalnie, a cudza radość nas irytuje. Tym bardziej jeśli ta wesołość jest ostentacyjna i narzucająca się innym ludziom. A może ci ludzie desperacko chcieli zwrócić na siebie uwagę, może wcale nie byli źle wychowani?

Pamiętam taki przypadek. Dotyczył dzieci pięcio, sześcioletnich. Chodziłam wtedy z córką na zajęcia z karate i większość rodziców czekała na dzieci. Siedzieliśmy na ławkach i obserwowali trening. Była jedna dziewczynka, którą rodzice podrzucali pod szkołę, a później ją odbierali spod szkoły. Pewnego razu ta dziewczynka przyniosła z sobą misia i posadziła na ławce między dorosłymi. Uznałam, że ona też chce aby ktoś zaprzyjaźniony na nią patrzył. Na to jak ćwiczy. Później znajoma tą moją konstatację zlekceważyła, że to na pewno nie o to chodziło, że dziewczynka tylko chciała zamanifestować coś tam. No właśnie. Dlaczego chciała zamanifestować i co chciała tym manifestem powiedzieć? Mam wrażenie, że w gonitwie spraw codziennych przestajemy się nad tym zastanawiać. Nie próbujemy dojść prawdziwego celu czyjegoś działania, bo gdybyśmy się zaczęli zastanawiać, to nie potrafilibyśmy nie zareagować.

Barbara Toporska w interesujący sposób operowała swoją narracją. Ten sposób przez wielu jej ówczesnych literatów był potępiany, bo odstawał od tradycyjnego pisarstwa. Sama należę do ludzi, którzy uwielbiają nowatorskość w literaturze, świeże spojrzenie, brak kalek. Nie przepadam za eksperymentem literackim, ale nie zamykam się na niego. Jest coś fascynującego w procesie poszukania własnego głosu, własnej indywidualnej drogi. W procesie, w którym jak ognia unikamy sztampy i naśladownictwa. Co prawda inspirujemy się innymi twórcami, ale staramy się ich nie powielać.

Toporska była surową, ale błyskotliwą publicystką. Redagowała teksty, pisała dla radia. Z tego opisu wyłania się osoba, która całe życie pracowała ze słowem. Każda jej powieść jest o czym innym i w niczym nie przypomina poprzedniej. To również mnie ujęło w jej warsztacie, że nie bazowała na jednym pomyśle. Współcześnie jest na pęczki powieści, które są kolejnymi częściami tomu pierwszego, bo ten pierwszy znalazł czytelników, to już trzeba ciągnąć wątek po dziesiąty staw.

Sam Mackiewicz, co prawda w listach do wydawców zwracał uwagę na prozę swojej żony, ale prof. Violetta Wejs-Milewska twierdzi, że nie spotkała się z dłuższą wypowiedzią Józefa, chwalącą twórczość Barbary. Może to też wynikało z jego charakteru, że nie był wylewny. Była egzystencjalistką, widziała tragizm świata. Widać ten światopogląd tak w jej prozie jak i w poezji. Żarliwie broniła poezji i uważała, że jej zanik będzie miał katastrofalne skutki dla społeczeństw. Poezja jest zaczynem marzenia, ćwiczy wyobraźnię, uczy współczucia i wrażliwości.

Powieścią debiutowała bardzo późno. Należy pamiętać, że Barbara „kradła czas” na to, aby mogła pisać. Mieli z Józefem jedno biurko, którym się dzielili, ale w związku z tym, że ona potrafiła pisać fragmentami, a Józef nie, to mu to biurko odstępowała.

„Martwe zwierciadło” mikro powieść. Bywa nazywana powieścią  kafkowską. Powieść trudna, gęsta  „męska”, oschła. Wchodzi w skład tytułu „Na wschód od dzisiaj”. Gdzie są zawarte dwie mikropowieści. Opisuje rozpad społeczeństwa. Michał Bąkowski mówi tak: „Dopiero podczas II wojny, większość Polaków dostrzegła, co się stało ze światem. Barbara Toporska znakomicie opisuje rozpad społeczeństwa i moralny rozkład w Wilnie pod sowiecką i niemiecką okupacją, dostrzegając ten sam aspekt „końca świata”, opisywany wcześniej przez pisarzy takich jak Broch, Mann czy Roth, Bunin, Márai czy Céline”[krakow.ipn.gov.pl].

Znalazłam też sformułowanie, które sugeruje, że gdyby Barbara nie była żoną Mackiewicza to do dzisiaj miałaby już kilka biografii i większość osób związanych z literaturą by ją znało. Wygnanie Mackiewicza wygnało także ją. Polemizowałabym z tym sformułowaniem. W przedstawieniu „Czarny sufit”, mimo że ono dotyczy głównie rozmów Józefa z Giedrojciem, które się nigdy rzeczywiście nie odbyły, bo panowie komunikowali się listownie, to Barbara jest przedstawiona jako osoba mająca swoje zdanie. Nie tylko jako popierająca męża, a świadomie stojąca po konkretnej stronie. I stałaby po niej, nawet jeśli Mackiewicz nie byłby jej mężem, takie odnoszę wrażenie.

Z jakiegoś powodu kobietom lubi się umniejszać ich inteligencji, hartu, siły charakteru, bo to mąż. Zaznaczę jeszcze, że lubią to robić inne kobiety. Należy jednak pamiętać, że w życiu rządzą także inne opcje. Decyzja, uczucie, przywiązanie, ale one nie niewolą. W zdrowym związku jedno wspiera drugie i tak, według mnie było u Mackiewiczów. Jedno w pozytywny sposób wpływało na drugie i to działało w obie strony. Barbara, przypomnę, miała poglądy bardziej radykalne niż jej mąż, co może niektórym wydawać się wręcz niemożliwe. Jednak nie znając jej tekstów, nie wiedząc jak myślała i co mówiła, nie powinniśmy wydawać podobnych sądów, jak ten że przez męża jest nieznana. Dostali bilet w jedną stronę, jak Kossak-Szczucka, tyle, że Szczucka miała za sobą dość sławną rodzinę, ale na emigrację i tak musiała się udać.

Barbara jest dla mnie synonimem siły i niezłomności. Reprezentowała fascynującą mnie hardość. Jest kobietą o stalowym charakterze, kobietą przypominającą te, które mnie otaczały w domu rodzinnym. Kobiety, którym nawet nie przyszło do głowy, że z powodu płci czegoś im nie wolno robić. Równocześnie jednak zachowywały klasę, kulturę i zawsze w pierwszej kolejności myślały o chorych i słabszych. Do tego były lojalne ponad miarę. I umiały zaklinać burzę, zawsze ją przepędziły. Nigdy się nie poddawały. Tak jak Barbara. Długo chorowała na raka, ale w przedziwny sposób potrafiła postępowanie choroby powstrzymać. Dopiero, kiedy zmarł Józef, w przeciągu kilku tygodni choroba zawładnęła jej organizmem. Obydwoje zmarli w tym samym roku.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko