Tadej Karabowicz – Julia Hartwig i miasto jej powrotów

0
147
Julia Hartwig - Wyk. Z. Kresowaty Krezbi

Motto:
Szczęśliwi, którzy idą pod ręce przez Aliscamps,
nie wiedzą jeszcze: ktoś z nas samotny
powróci tam.
Julia Hartwig, wiersz „Arles”. Z tomu„Bez pożegnania” (2004)


Poetka Julia Hartwig urodziła się 14 sierpnia 1921 roku w Lublinie. Tutaj ukończyła szkołę podstawową oraz Gimnazjum im. Unii Lubelskiej. W 1939 roku zdała egzamin maturalny i rozpoczęła studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wzrastała w wielokulturowej przestrzeni  międzywojennego Lublina. Atmosferze lubelskich czasów młodości. towarzyszyła sztuka fotografiki, obecna na co dzień w jej rodzinie. Ojciec Ludwik Hartwig, a następnie brat Edward, byli znanymi fotografami lubelskimi. Kariera literacka poetki zaczęła się w latach trzydziestych, natomiast dojrzała twórczość przypadła na okres powojenny. Wielokrotne pobyty za granicą, głównie w USA, ugruntowały pozycję poetki, jako ważnej postaci w literaturze polskiej drugiej połowy XX wieku. Miejscem pracy twórczej stały się Warszawa i Ameryka.

Julia Hartwig nie czuła się emigrantką, a jej powroty do kraju wyznaczała praca literacka, wydawanie książek poetyckich oraz przekładów z literatury francuskiej i amerykańskiej. Poetka była autorką wielu tomów wierszy, szkiców literackich, felietonów, poematów oraz prozy. Stworzyła książkę poświęconą Guillaume Apollinaire’owi, gdzie uwypukliła wątek polski, wielkiego reformatora poezji europejskiej przełomu wieków. Tłumaczyła wspólnie z Arturem Międzyrzeckim wiersze Guillaume Apollinaire, dla Wydawnictwa Literackiego. Ten tom tłumaczeniowy nosił nazwę “Nowe przekłady” (1973).

Poetka mieszkając i tworząc w Warszawie, wielokrotnie powracała do Lublina – miasta jej dzieciństwa i młodości uniwersyteckiej. W ostatnim czasie, były to powroty sentymentalne i mityczne w 2004, 2006, 2009, 2011, 2012 i 2014 roku. Odbywały się one na zaproszenie kierującego Ośrodkiem „Brama Grodzka – Teatr NN” Tomasza Pietrasiewicza. W 2004 roku wraz z najbliższą rodziną otwierała odnowiony Zaułek Hartwigów. Natomiast w 2006 roku przyjechała do Lublina z okazji promocji jej książki “Zaułek Hartwigów”. Odbyła także szereg literackich spacerów lubelskim Starym Miastem i Krakowskim Przedmieściem. Znani fotograficy uwieczniali jej postać na tle Zamku, na Placu Litewskim oraz w Trybunale Koronnym. Wizyta 26 października 2009 roku, była połączona z nadaniem jej Honorowego Obywatelstwa Miasta Lublin oraz przyznaniem nagrody literackiej o nazwie “Kamień”. Wydarzenie to miało miejsce na festiwalu “Miasto Poezji” organizowanym przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. Nazwa nagrody nawiązywała do debiutanckiego zbiorku wierszy Józefa Czechowicza. Ośrodek przygotował wówczas tom poetycki Julii Hartwig “Powroty” z wybranymi wierszami autorki o Lublinie. Wówczas także umieszczono materiały o poetce na  stronie internetowej Teatru, o nazwie Leksykon Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”. Autorką projektu była Joanna Zętar.

W aspekcie poznawczym lubelskie powroty Julii Hartwig, koncentrowały się na trzech tematach. Z perspektywy czasu, tematy te można nazwać mitycznymi. Pierwszy z nich obejmował prywatne wspomnienia poetki z dzieciństwa i młodości. Przywoływał obraz matki Marii oraz braci i innych osób, zapamiętanych ze względu na przeżycia osobiste. Drugi temat przywoływał Józefa Czechowicza z okresu międzywojennego – ważnej postaci na drodze literackiej młodej poetki. Trzeci, to były odniesienia do wielokulturowości Lublina. Przykładem pozostaje utwór “Koleżanki”. Poetka określiła w nim rolę emocji, w pojmowaniu losu drugiego człowieka, na tle wojny i zagłady lubelskich Żydów na Majdanku.

Tom poetycki “Powroty” mówi o minionym czasie i postrzeganiu niełatwej pamięci. To swoisty “lubelski” zbiór wierszy sakralizujący emocje i wspomnienia. Poetka przywołuje w nim wzrastanie w literacką atmosferę Lublina. Koleżeństwo z poetką Anną Kamieńską, znajomość z Józefem Czechowiczem i Czesławem Miłoszem. Opisuje  przyjaźń z poetą i późniejszym tłumaczem literatury ukraińskiej Jerzym Pleśniarowiczem oraz innymi literatami drugiej połowy lat trzydziestych.

Chciałbym wspomnieć niezapomnianą chwilę mojego spotkania z Julią Hartwig. Było to na Starym Mieście, przy Bramie Krakowskiej w 2009 roku. Poetka zmierzała w stronę Krakowskiego Przedmieścia w towarzystwie pracowników Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” Tomasza Pietrasiewicza, Joanny Zętar i Oli Zińczuk. W jej spojrzeniu odczuwało się pewne zakłopotanie spotkaniem – z nieznaną jej osobą. Dlatego w milczeniu szukała odpowiedzi na zadane jej pytanie o tożsamość miasta  jej młodości. Ale bardziej peszyło ją to, że patrzyłem na nią, nie jako na poetkę, a jako na autorytet literacki. Staliśmy wówczas przed sobą w zdecydowanej konfiguracji literackiej, jako mały tłumek pośrodku ulicy. Oglądali się na nas wymijający nas przechodnie, którym poetka także powinna powiedzieć, czym było dla niej, po latach miasto jej odwiedzin. Dlatego w utworze “Elegia Lubelska” pisała: “Odwróćcie wzrok ode mnie bramy mojego miasta / bramy miejskie żarłoczne bramy / przez które uszło życie z tych ciemnych uliczek / O wieże rodzinnego miasta / goniłyście mnie po świecie groziły / nic wam nie jestem winna nieczułe olbrzymy (…)”. Ten wstrząsający fragment wiersza, mówi o prawdzie transcendentnej poetyckiego “ja” autorki. Zacytuję niniejszy wiersz w całości, w dalszej części niniejszego szkicu, by uświadomić stan psychologiczny, władajacy poetką w świetle przywoływanych przez nią toposów literackich o brukach Starego Miasta i jego kamienicach. Bo przecież “nieczułe olbrzymy” – bramy i wieże przetrwały wojenne bombardowanie Lublina i znowu, po latach, patrzyły na poetkę. Były świadkami trwałości pamięci o niej, małej dziewczynce i studentce. Julia Hartwig wiedziała o tym, dlatego idąc Starym Miastem i Krakowskim Przedmieściem, świadomie przybliżała się do miejsca w którym zginął Józef Czechowicz – ważny twórca jej wczesnej muzy poetyckiej. Pragnęła wzrokiem zamknąć tragiczne stygmaty miejsca, po którym nic nie pozostało. Po wojnie wyrósł tutaj pomnik Czechowicza i zazieleniły się młode dęby na skwerku. Po kamienicy zniszczonej niemiecką bombą, pozostało tylko jej głębokie wspomnienie.

Czym były powroty aranżowane i wielokrotnie wznawiane przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”. Bezspornie były odświętną kartą w  karierze literackiej poetki. Autorka powracała do Lublina na osobiste zaproszenie Tomasza Pietrasiewicza, w chwale wybitnej poetki w 2004, 2006, 2009, 2011, 2012 i 2014 roku. Czekali na nią lubelscy wielbiciele jej poezji oraz wydane książki z okazji przyjazdów do Lublina. Patrząc z perspektywy czasu, takie powroty do miasta dzieciństwa i młodości, to szersza antropologia filozoficzna i psychologiczna. To trudna wyprawa w rodzinną historię miejsca i zabliźnionego czasu. Powroty te autorka nazywała elegiami. A elegie, to utwory o treści refleksyjnej, utrzymane w tonie rozpamiętywania minionej rzeczywistości. Będąc formą liryki bezpośredniej, elegie poetki wkraczały w rewiry onieśmielenia pamiętanymi historiami i stawały się skargą.

Poetka nieprzypadkowo zadawała pytanie o sens przeżytej epopei w mieście nad Bystrzycą. Historie i sytuacje osobiste pozostały przecież po drugiej stronie życia. W magmie heraklitejskiej, poruszone wątki stawały się toposami literackimi. Mówiły o wydarzeniach ponad egzystencją i ponad świadomością: “Lublin / jeszcze nie kresy ale już kresy / haftowane ręczniki na stołach święte obrazki na ścianach / na jednych ikony na innych Jezus o płonącym sercu / pienia nabożne w różnych językach”.

Topos miejsca urodzenia, posiadał osobisty sens i odwoływał się do mitycznego bytu. Świat powstawał z norm generalnych, gdzie adresaci (mit, miasto, pamięć) naznaczeni byli tożsamością heraklitejską, płynącą na przełaj,  jak rzeka: “Rozległą łąką nie-łąką między bujnymi lipami / wydeptaną ścieżką na skróty idą do pracy kobiety i mężczyźni / mijają Zamek i miejsce po synagodze / potem cerkiew i targowisko”. Z tożsamości heraklitejskiego przemijania, toposy wyłaniały się z obrazów i twarzy, postaci i cieni. Zaświadczały czas pulsującego światła, energii i autentyczności życia: “(…) w gęstym mroku Grodzkiej i Szambelańskiej staroświecka / latarnia / rzuca blade ruchliwe blaski na pochyłe ściany domów”. Wspomnienie miasta którego nie ma, stawało się jakością rozdarcia. Powroty do Lublina sakralizowały przeszłość, a zwieńczyło ją nadanie poetce Honorowego Obywatelstwa Miasta Lublin oraz wydanie mitycznego w wymowie tomu poetyckiego “Powroty”. A z drugiej strony “Elegia lubelska”, jako osobisty poemat, rozpoczyna się wersami: “Budzi się w klasztornym hoteliku / przez okienko szeroki widok na okolicę / Jest ranek / ranek lubelski”. Wersy te mówią o wydziedziczeniu i niemożliwości powrotu do domu, “ranek lubelski”, uświadamia bycie w cichym hoteliku przy zabudowaniach kościoła św. Wojciecha na Podwalu. Za czasów młodości poetki, to miejsce tętniło życiem, ale wojna zatarła ślady obecności zabudowań żydowskich wokół kościoła św. Wojciecha. Stąd po latach, poetkę z miastem jej dzieciństwa i młodości łączy tylko taka konstatacja: “Na cmentarzu matka ojciec i siostra / Matka osobno pod kaplicą prawosławną samotna / tak jak musiała czuć się samotna / porzuciwszy rodzinną Moskwę / jej światła i gwarne bulwary / W pobliżu grób Czechowicza (…)”. Obraz ten realny i na poły mityczny, jest próbą wytłumaczenia mijanym nieznanym przechodniom Lublina, czym jest dla człowieka topos wydziedziczenia. Zapewne, jak mówiła poetka, jest zwróceniem uwagi na ślady, które pozostają po nas, gdy wraca się do dawnych miejsc i niczego nie można rozpoznać. O antropologii istnienia przeszłości w życiu człowieka, świadczą znamienne słowa poetki: “Więc urodziłam się na tym skrawku ziemi / Co mam zrobić żeby poczuć się tutejszą?”:

Elegia lubelska
z tomu Nie ma odpowiedzi

Więc urodziłam się na tym skrawku ziemi
Co mam zrobić żeby poczuć się tutejszą?

1.
Budzi się w klasztornym hoteliku
przez okienko szeroki widok na okolicę
Jest ranek
ranek lubelski
Rozległą łąką nie-łąką między bujnymi lipami
wydeptaną ścieżką na skróty idą do pracy kobiety i mężczyźni
mijają Zamek i miejsce po synagodze
potem cerkiew i targowisko
Lublin
jeszcze nie kresy ale już kresy
haftowane ręczniki na stołach święte obrazki na ścianach
na jednych ikony na innych Jezus o płonącym sercu
pienia nabożne w różnych językach
i nieme powietrze w którym zastygł jęk pomordowanych
wepchnięte w gardła zawodzenie a potem cisza
wielka i ostateczna cisza z odorem duszącego dymu
i roznoszonych wiatrem łachmanów

2.
Na cmentarzu matka ojciec i siostra
Matka osobno pod kaplicą prawosławną samotna
tak jak musiała czuć się samotna
porzuciwszy rodzinną Moskwę
jej światła i gwarne bulwary
W pobliżu grób Czechowicza
pochowanego wśród żołnierzy „poległych na polu chwały”
Zawsze ktoś przynosi tu kwiaty
bo trwa i nie poległa chwała jego wierszy
ich słodycz naruszona profetyczną wizją przyszłości
On jeden potrafiłby opłakać to miasto
on który rzucił na nas czar jego sennej piękności
potrafiłby uczcić pochody widm które się tu snują
znaleźć modlitwę na „dusz cierpiących upalenie”

3.
A ja mała wtedy dziewczynka
chłonąca ten świat ciemny ruchliwy pełen zgiełku
i okrzyków w niezrozumiałym języku
które cichną nagle w piątkowe wieczory
kiedy przez okna połyskują światła zapalonych świec
a w gęstym mroku Grodzkiej i Szambelańskiej staroświecka latarnia
rzuca blade ruchliwe blaski na pochyłe ściany domów

4.
Odwróćcie wzrok ode mnie bramy mojego miasta
bramy miejskie żarłoczne bramy
przez które uszło życie z tych ciemnych uliczek
O wieże rodzinnego miasta
goniłyście mnie po świecie groziły
nic wam nie jestem winna nieczułe olbrzymy
które przetrwałyście nie uroniwszy ani jednej łzy
nad miastem mojego dzieciństwa


O mieście swojego wzrastania i literackiego progu, Julia Hartwig powiedziała: “Lublin to miejsce, które doprowadza do rodzinnych okolic […]. Tu wracam zawsze z wielkim sentymentem. Jak wracam tu, to przede wszystkim myślę o Starym Mieście […]. Trudno żeby człowiek wrażliwy, który mieszka w Lublinie, nie wyczuł tego, czym jest to miasto. Jakim oddycha szczególnym oddechem, połączonych jak gdyby różnych płuc, różnego pochodzenia, różnych języków”. Była to wypowiedź szczera i przejmująca, nadawała bowiem Lublinowi cech osobistych. Miasto stawało się, rosło, dojrzewało i obumierało. Było pulsem i tętnem, sercem, płucami oraz oddechem”.

Wśród motywów twórczości Julii Hartwig ważne miejsce zajmował temat związany z Józefem Czechowiczem. Był on notatką poetycką dawnych czasów, gdy autorka fascynowała się wierszami lubelskiego twórcy. Poetka pozostawiła w 2006 roku następujące wspomnienie o Czechowiczu: „Byłam dziewczyną, która próbowała pisać wiersze, więc urok – jak gdyby samego nazwiska Czechowicza, także jego wiersze, był przemożny. Po prostu ten kto w Lublinie zaczynał pisać, nie mógł nie zetknąć się z nazwiskiem Czechowicza. W każdym razie u mnie był jakiś rodzaj właśnie uwielbienia dla Czechowicza”. Powiedziała także: „Jeden z moich pierwszych wierszy przekazano Czechowiczowi. On ten wiersz ocenił w bardzo szczególny sposób, czym mnie bardzo zadziwił. Mianowicie – przy każdym wersie pisał plus albo minus, co było dla mnie nauką, że wiersz to jest całość oczywiście, ale on ma pewną taką dynamikę, i ma pewien układ, który wymaga wypełnienia w każdym momencie. To była bardzo dobra nauka – nie może być pustych miejsc w wierszu. Otrzymałam wiersz z powrotem, w bardzo dziwny sposób obnotowany. Mianowicie – przy każdym wersie – był plus albo minus. Więc każda linijka była oznakowana plusem albo minusem. Pierwszy raz z czymś takim się zetknęłam, byłam zdziwiona, ale zrozumiałam o co chodzi. Otóż – to była taka nauka, że wiersz jest całością, ma swoją ciągłość, ale każdy wers jest odpowiedzialny za siebie także, poza tym, że jest częścią większej całości, że każdy wers powinien mieć swój własny rozwój, swoją własną logikę i powinien brzmieć pełnie. To znaczy, on uznał, że niektóre z tych wersów, na szczęście nie wszystkie, ale niektóre, że były jak gdyby nie spełnione do końca. I to była bardzo głęboka nauka, bardzo trudna i właściwie, muszę powiedzieć, że wielu poetów – nawet już dojrzałych – nie spełnia tego zadania. Czechowicz był człowiekiem, który miał wielką dyscyplinę poetycką. Doskonale – poza tym, że wiedział co chce napisać i co chce powiedzieć – doskonale wiedział jak chce to zrobić. I wykonywał swoje wiersze z jakimś ogromnym pietyzmem”.

Julia Hartwig uwieczniła postać Józefa Czechowicza w trzech utworach poetyckich: drugiej części wiersza (***Na cmentarzu matka ojciec i siostra) – z cytowanej powyżej “Elegii lubelskiej”, w “Odwiedzinach” i “Pamięci Czechowicza”. We wszystkich trzech wierszach, poetka pisała o Józefie Czechowiczu jako powierniku losu. Mówiła, że los darował Czechowiczowi powrócić do swojego miasta i tam już pozostać. Doświadczone Czechowicza odczuwała  w arkadyjskiej przestrzeni jego utworu „Poemat o mieście Lublinie” z 1934 roku. Poetka mówiła, że „Na wieży furgotał blaszany kogucik” nie tylko dla Józefa Czechowicza, ale również dla niej, współmieszkanki miasta nad Bystrzycą. W wodach symbolicznej dla Lublina rzeki, odbijał się księżyc w pełni z jej utworów i czechowiczowski kogucik z Wieży Trynitarskiej. Mityczny Lublin był ich wspólną literacką przestrzenią arkadyjskiego marzenia.

Utwór „Pamięci Czechowicza”, jest na wskroś przesiąknięty tragiczną pamięcią, mówi o śmierci poety na ruinach rzeczywistości wojennej. Faktycznie wiersz o Czechowiczu, koncentruje się na wojennych losach i śmierci autora „Poematu o mieście Lublinie”. Przewodnim motywem jest nawiązanie do biblijnej Niniwy – symbolu requiem, tragicznej zagłady miasta i ludzi:

Pamięci Czechowicza

I padłeś własnym wierszem powalony
Pod ruinami miasta ze światem umarłym w sobie
Czy ten co słowem grozi wierzy aż do końca
Giń Niniwo i swąd czuć i walą się mury

Gdy widzi że się spełnia sen przeczucie wiara
Chciałby cofnąć swe słowa lecz one gonią go ze światem
Chciałby schronić się w domu
Lecz tu właśnie ginie

Biedne dziecko maligny synu urzeczenia
Zawczasu twoja sława dziedzicom ogłoszona
Zawczasu sielskość łąk
Wobec popielisk zaświadczona
Zawczasu na grobie własnym
Zielony złożyłeś laur

Najbardziej osobistym tekstem poetyckim Julii Hartwig jest zapewne jej wiersz „Przywoływanie”. Autorka rozpamiętuje w nim wspomnienie o matce, najbliższej dla niej osobie. Wymowa utworu, kanwa na której został zbudowany, daje dużo do myślenia, zwłaszcza w kategoriach patrzenia na historię rodzinną Hartwigów. Poetka wypowiada gorzką prawdę, że wraz ze śmiercią matki, została zniszczona jej beztroska arkadia dzieciństwa: „Mała, zaledwie od ziemi odrosła, przyprowadzana za rękę, / tam poznawałam pierwszy smak oddalenia od tego co najbliższe / i drżeć zaczęłam by jej nie utracić”. Arkadia miejsca, to także stan psychologiczny, ulotny i nietrwały, tragiczny i bolesny: „(…) postanowiła opuścić nas na zawsze. / Od takich postanowień nie ma już odwrotu. / Kiedy znaleźliśmy ją leżącą na dziedzińcu tamtego ranka, / wyglądała jakby po prostu idąc potknęła się i upadła”. Zwraca uwagę arkadyjski krzyk i wymówka kończąca utwór: „O, mamo, jak to się stać mogło?”. Władająca poetką rozpacz, ma także cechy modlitewnego wyciszenia. Nawiązuje do tradycji wschodniej, chodzenia z matką na Rezurekcję do cerkwi na ul. Ruskiej w Lublinie, którą autorka wspomina jako misterium: „W cerkwi gdzie bywała każdej Wielkanocy, / odnajdywała swój język. / Potężne jak organy, głębokie basy / w obłokach kadzidła / rozbrzmiewały w niekończących się błogosławieństwach i błaganiach. / Znak krzyża od prawego do lewego ramienia / radość odnalezionej wspólnoty po wyjściu ze świątyni, / w rzeźwym podmuchu wiosny pocałunki, uściski / i niesione z ust do ust Kristos Woskries! Chrystus / zmartwychwstał!”

Przywoływanie
z tomu Przywoływanie

Wyrwana prosto z gniazda starowierców,
z rodziny znanej mi tylko ze zdjęcia,
gdzie widać ich wszystkich siedzących za stołem w ogrodzie,
jak u Czechowa.
To moi wujowie i ciotki, a ten ponury starzec z siwą brodą
to mój dziadek.
Nie znam nawet ich imion, odróżniam tylko Kolę
którego matka kochała najbardziej
i do którego podobny jest jeden z moich braci.
Musiała żyć w niej pamięć o nieznanych przodkach,
o tych nieokiełznanych w głuchym fanatyzmie chłopach,
którzy kryli się w głębi najciemniejszych borów,
przed prześladowaniami wiary,
silniejszej niż ukazy cara i potężne prawosławie.
Ten upór, ta siła musiały tkwić w najtajniejszej głębi jej serca,
szarpanego nieustanną trwogą o los porzuconej rodziny.
Pewno lepsza była ta Polska od rewolucji, przed którą uciekła
z małymi dziećmi, za mężem Polakiem.
Polski obyczaj i polska mowa wypełniały jej dni codzienne i świąteczne,
noce mijały w szarpiącym ogołoceniu duszy.
W cerkwi gdzie bywała każdej Wielkanocy,
odnajdywała swój język.
Potężne jak organy, głębokie basy
w obłokach kadzidła
rozbrzmiewały w niekończących się błogosławieństwach i błaganiach.
Znak krzyża od prawego do lewego ramienia
radość odnalezionej wspólnoty po wyjściu ze świątyni,
w rzeźwym podmuchu wiosny pocałunki, uściski
i niesione z ust do ust Kristos Woskries! Chrystus zmartwychwstał!
Mała, zaledwie od ziemi odrosła, przyprowadzana za rękę,
tam poznawałam pierwszy smak oddalenia od tego co najbliższe
i drżeć zaczęłam by jej nie utracić.
Ale stało się że odeszła.
Hardość doprowadziła tę duszę do upadku nadziei tak głębokiego,
że postanowiła opuścić nas na zawsze.
Od takich postanowień nie ma już odwrotu.
Kiedy znaleźliśmy ją leżącą na dziedzińcu tamtego ranka,
wyglądała jakby po prostu idąc potknęła się i upadła.
O, mamo, jak to się stać mogło?
Z nas wszystkich ty jedna powinnaś była umieć latać.

Lubelskie motywy zamyka metafizyczny i wstrząsający utwór „Koleżanki”. Autorka umieściła go w tomie „Bez pożegnania” (2004). Obrazy czasów gimnazjalnych stygmatyzują bolesną pamięć i opisują rzeczywistość wojenną. Koleżanki to postacie jej szkolnej młodości: „Trzymały się razem / i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii”. Fantomy czasów okupacji, które ze względu na pochodzenie znalazły się w lubelskim getcie: „Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu Lubartowskiej, / na granicy świeżo utworzonego getta”. Mijający czas nie zatarł twarzy koleżanek, nie oddalił emocjonalnego patrzenia na niesprawiedliwość wojenną, a wyostrzył reakcje i emocje, wzmocnił poczucie niesprawiedliwości:
 
Koleżanki
z tomu Bez pożegnania


Głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy,
kiedy się do nich zwracała.
(Nigdy po imieniu.)
Miriam była zawsze doskonale przygotowana,
Reginka słabsza, ale poprawna.
Trzymały się razem
i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii.
Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu Lubartowskiej,
na granicy świeżo utworzonego getta.
Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego.

Zacytowane utwory Julii Hartwig mówią, że antropologia istnienia, podlega nieubłagalnej przemianie. Patrząc wstecz, autorka widzi siebie w zwierciadle darowanego czasu. Pragnie poprzez filozoficzną powinność wobec drugiego człowieka, przekazać mu to, czego sama doświadczyła w życiu. Sygnalizuje, że było ono wypełnione wędrówką, pragnieniem i poszukiwaniem sensu. Dlatego Joanna Zętar pisała: „Twórczość Julii Hartwig to literatura w ruchu, przekraczająca granice – nie tylko przestrzenne, lecz także kulturowe i gatunkowe. Z tego względu jednym z najważniejszych elementów staje się w niej dialog – prowadzony nieustannie zarówno z bliskimi, obcymi oraz dziełami rozmaitych artystów. To właśnie umiejętność wsłuchania (i wczytania) się w ich sens sprawiła, że Julia Hartwig była doskonałą tłumaczką, która przyswoiła naszej literaturze dzieła pisarzy francuskich oraz amerykańskich”.

Podobną wypowiedź o lubelskim dyskursie Julii Hartwig wyraził poeta i filozof związany z Lublinem i Katolickim Uniwersytetem Lubelskim ks. prof. Alfred Marek Wierzbicki. Pisał on, że losy Julii Hartwig,  jakby odpowiadają na nieproste pytanie – czym było miasto jej młodości przez długie i kreatywne życie. Poetka zawsze niosła pod skrzydłami serca pamięć o mieście Lublinie. Dlatego ks. Alfred Marek Wierzbicki pisał: „Poezja Julii Hartwig zawsze wyrasta z konkretu, podobnie jest w przypadku wierszy rodzinnych, obfitują one w zapamiętane szczegóły, tworzące nasycony klimat emocjonalny. Już po pierwszej lekturze tych wierszy zapamiętałem, jak wielkim pasjonatem fotografii był jej ojciec, skoro potrafił zatrzymać pochód pierwszomajowy, aby wykonać zdjęcie ze statywu postawionego na środku ulicy. Zapamiętałem też utrapienie starszej siostry, która nieustannie poszukiwała pozostawionych przez ojca w dorożce kapeluszy. Poetka wspomina jego miłość do opery, literatury rosyjskiej, o oszczędności i zarazem fantazji w nabywaniu luksusowych przedmiotów. (..) Myślę o 90. urodzinach Pani Julii i dlatego czytam znowu wiersze lubelskie, które wydano w osobnym tomie „Zaułek Hartwigów” (Ośrodek Brama Grodzka Teatr NN 2006). Od czasów zakończenia II wojny światowej Poetka rzadko wracała do rodzinnego miasta. Więź z miastem została odnowiona w ostatnim dwudziestoleciu. Jak sama wyznaje, rodzinne miasto po Zagładzie było miastem okaleczonym, wymordowano jedną trzecią jego mieszkańców, zburzono dzielnicę żydowską. Pamięć tej rany była zbyt bolesna. Lublin wyłonił się dopiero w późnej poezji Julii Hartwig w formach elegijnych, wspomnieniowych, pełnych czułości i zarazem ostrości widzenia. Cykl wierszy lubelskich, rozproszonych w kilku tomikach i zebranych w „Zaułku Hartwigów”, jest portretem rodzinnym z miastem w tle”.

Dwie przytoczone wypowiedzi lubelskich badaczy twórczości Julii Hartwig świadczą, że Lublin  w jej życiu odegrał istotną rolę. Tutaj doświadczenie osobiste, było także doświadczeniem pokolenia tworzącego idiomy miasta nad Bystrzycą. Dlatego poetka po latach, idąc znajomymi ulicami, przekazywała swoim rozmówcom pamięć o minionym czasie. Próbowała także zdefiniować dar obecności i łaski „trzymania się razem” – jak to powiedziała o gimnazjalnych przyjaciółkach Miriam i Regince z utworu „Koleżanki”.

Listopad, 2023


Julia Hartwig Powroty, Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Lublin 2009

https://biblioteka.teatrnn.pl/Content/44001/Powroty_2009.pdf

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko