Andrzej Lam – SKRZYWIONA TWARZ OBSESJI

0
105
Andrzej Lam
Fot. Donata Lam

Parę uwag o Zimowej podróży Bostridge’a

Ukazał się przed niedługim czasem po polsku obszerny, ponad 500-stronicowy komentarz Iana Bostridge’a, angielskiego tenora, do jego ulubionej Podróży zimowej Schuberta / Müllera pod tytułem Anatomia obsesji – i zapewne każdy miłośnik tego stojącego na szczycie światowego pieśniarstwa utworu po tę książkę sięgnął. Co znalazł? Rozbudowane tło historyczne niemieckiego biedermeieru, bogatą literaturę porównawczo-kontekstową, obyczajowe aspekty krótkiego Szubertowskiego życia (z eksploatowaniem do przesady jego wstydliwej choroby), amatorskie, co sam autor przyznaje, ale wrażliwe analizy muzykologiczne, i wreszcie epizody z własnych realizacji cyklu, wokalnych i fortepianowych, w różnych latach i miejscach. Te konteksty, miejscami ciekawe, są rozrzutne ponad potrzebę: opowiadają o sukcesach i klęsce Napoleona i o oporze pruskim w sposób znany z podręczników szkolnych, szkicują dzieje sposobów uprawiania towarzyskiego flirtu i popadania w melancholię począwszy od Cierpień młodego Wertera, motyw zmrożonych łez czynią pretekstem do przypomnienia faz epoki lodowcowej, a od opuszczonej chatki węglarza prowadzą nić do karbonariuszy (przypomina się słynna rozprawa o wpływie cen zboża w Odessie na Sonety krymskie). Dają uczony wykład o naturze błędnych ogników z powołaniem się na artykuł z 1832 roku, kiedy Szubert nie mógł go już czytać. Natomiast w postaci bohatera autor widzi same zagadki: nie wiadomo, ani kim on jest, ani dlaczego musiał opuścić miasto, w którym mieszka jego nadal darzona żarliwą miłością dziewczyna.

Nie są to jednak zagadki trudne do rozwikłania. Bohater jest wędrownym pieśniarzem, tak jak w oryginalnym zbiorze liryków Müllera, noszących tytuł Z pozostawionych papierów wędrownego waltornisty. Ta jego rola nie jest wprawdzie w tekście Szuberta eksponowana, ale wiadomo, że stał pod oknem wybranki (jak wykonawca serenady), głęboko przejmuje go genialnie oddany przez Szuberta potężny szum dostojnej lipy, czule reaguje na głos rogu pocztyliona, śpiewa w śnieżycy, aby dodać sobie odwagi, a w pieśni ostatniej wprost się odsłania jako pieśniarz, któremu bosy starzec w łachmanach ma towarzyszyć obrotami korbowej liry. Tym też tłumaczy się jego widoczna w każdej pieśni artystyczna wrażliwość. Dlaczego nagle porzucił miasto, mimo że – jak czytamy zaraz na początku cyklu – „dziewczyna mówiła, że kocha, a matka wspomniała nawet o ślubie”? Bostridge sądzi, że na przeszkodzie stanął widocznie ojciec, zasobny i pogardzający ubogim artystą mieszczanin. Nic bardziej mylnego. Skrzypiąca na dachu chorągiewka jest jawnym symbolem niewierności, a wyraźnym tego znakiem są też w pieśni siódmej wyryte kamieniem na lodzie rzeki daty początku i końca miłosnego epizodu, imię kochanki i pęknięty pierścionek. Nie mógł się ten obraz pojawić bez wywołania w tle popularnej romancy Eichendorffa Pęknięty pierścionek – o niej jednak w nawale kontekstowych przywołań się nie wspomina. Tam piękna młynarzówna ślubuje wędrownemu pieśniarzowi miłość, nie dochowuje jednak wierności, i kiedy chłopiec rusza dalej w świat, pierścionek pęka. Czego trzeba więcej? Po prostu dziewczyna zwróciła się ku komuś majętniejszemu i na wieść o tym, jak rażony piorunem, nie czekający na gest odmowy i nadal ją żarliwie kochający bohater, który „przyszedł tu obcy i odchodzi obcy”, wyrusza w swoją zimową podróż donikąd.

Przekład otwierających kolejne rozdziały dwudziestu czterech pieśni powierzył tłumacz pisarzowi, który jako prozaik mając ucho do dykcji poetyckiej słabsze, w poszukiwaniu za wszelką cenę rymów męskich i sposobów modernizacji języka, jakby nieświadom odpowiedzialności za tysiąckrotnie komentowane arcydzieło, obniżył świadomie rejestry stylistyczne oryginału o parę stopni. Towarzyszący samotnikowi w drodze jako kompan własny cień spoufala się jeszcze bardziej: „za druha tam mi robi mój księżycowy cień”, wypatrywanie śladów zwierzyny jako znaków orientacyjnych w mrocznym pustkowiu to: „z nim będę zwierza tropił”, jakby zamiast kostura bohater miał strzelbę i wybrał się na polowanie. Wyrzucone i wracające przed dom z wyciem rozpaczy psy zostały odarte ze współczucia: „niech dzikie (w oryg. ‘zbłąkane’) psy wyć gnają”. Zamiast „szła przy moim ramieniu” dziewczyna „w ramionach moich szła”, zmuszona w ten sposób do trudnej gimnastyki. Wspomnienie miasta miłości w pieśni ósmej tak jest przedstawione, jak gdyby wędrowiec ponownie się w nim znalazł, wbrew logice tekstu i tytułowi Spojrzenie wstecz. Mróz, malarz liści na szybie, zamienia się w ich niszczyciela: „Lecz kto zmalował liście?” Żmudne stawianie kolejnych kroków staje się obcesowe: „znużone stopy pcham”. Stwierdzający zgodność zjawiska pogodowego ze stanem swojego umysłu samotnik wydaje zawadiacki okrzyk: „Pasuje mi, a jak!” Chwiejący się na lodzie bosy starzec z lirą „bosy tkwi na lodzie, łazi tu i tam”, a niepróżnującą nigdy lirę zastępuje lirnik, który „drepcze całe dni”. Głupi chyba?

Biedna Podróż zimowa! Już kiedyś rzucił się na nią Barańczak w przekonaniu, że powinna skojarzyć się z trywialnymi realiami współczesności. Ale przynajmniej trzymał fason.

Andrzej Lam

Ian Bostridge, Podróż zimowa Schuberta. Anatomia obsesji. Przekład: Szymon Żuchowski. Kraków 2019, PWM.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko