Adam Tomczyk – Wodopój (opowiadanie) 

0
234
Ryszard Tomczyk


            Jesień jest tak piękna, tak urokliwa w swoich pastelach prześwietlonych słońcem, że radłowski las zdaje się płonąć ognistą barwą liści. Płomień u poszycia się żółci, rozżagwia i w gałęziach drzew wybucha czerwienią. Poranne mgły niczym dymy snują się i rzedną rozgrzane ognistą kulą słońca. Jęzory przeskakują z drzewa na drzewo, zajmują całe kwartały lasu od linii do linii. Jedynie wśród jodeł i sosen przygasają na chwilę, by znowu  za drogą nad jeziorem śródleśnym rozżarzyć, rozbuchać ten jesienny pożar lasu. W zwierciadle wody odbija się białe runo rzadkich chmur. Para łabędzi płynie jak weneckie gondole do przeciwnego brzegu. Tam drzewa jakby wchodzą w mleczną toń. Słońce swoim jesiennym blaskiem maluje taflę jeziora w impresjonistyczne plamy zieloności, żółci, brązów i czerwieni. Leciutki wiatr marszczy płótno obrazu. Gdy promienie już rozgrzały opary, przeźroczysty werniks wydobywa szczegóły, kolory i desenie pejzażu.
            Nieco dalej młodnik świerków i jodeł zielonych zbity gęsto nie dopuszcza do siebie nikogo. Na obrzeżach jest porośnięty krzakami derenia, ostrężyny, dzikiego bzu i koralowej kaliny. Za nim las sosnowy przepuszcza już więcej światła w swoje poszycie, gdzie plemionami rozścieliły się krzewinki jagodzin i pióropusze leśnej paproci.
            Drzewa i krzewy zrzucają pod swoje stopy kolorową łuskę liści. Drogi i ścieżki są zasłane kobiercem utkanym jak z baśni  tysiąca i jednej nocy. Spadają liście do Kisieliny, która w tym lesie zbiera większość wód, mężnieje. Rów przechodzi w fosę, by z boru wypłynąć wreszcie rzeczką. Liście dębów, brzóz, buków i igiełki modrzewi bejcują wodę na rudy kolor mahoniu. Babie lato snuje się leniwie wzdłuż ścieżek i dróżek. W stawach i jeziorach przegląda się niebo. Za tymi jeziorkami trakt nagle się urywa. Trudno dalej iść i oczy też więzną w gęstwinie. To zanurzone w mroku tajne ostępy radłowskiego lasu. Mokradła, zwały i wykroty, mchem porośnięte powalone drzewa. Tam już  nie las, a bór, knieja prastara. Inaczej szumi. Mruczy jakąś pieśń odwieczną. Sosny i jodły wysokie refren jej powtarzają. Brzozy ze starości pomarszczone, siwe i kruche słuchają w zadumie. A dęby rosochate olbrzymie na paciorkach żołędzi czas swój kilkusetletni liczą. Dominuje cisza niezmącona żadnym odgłosem zwierzęcego bytowania, a przecież zwierza w tym lesie nie brakuje.
            Ma odbyć się zebranie. – Takie wieści przekazywały sobie od wielu dni zwierzęta te duże i małe, powtarzały przelatujące ptaki, nawet na obrzeżach lasu kukały o tym kukułki. Szeptały dęby dębom, bukom buki. I tam, gdzie las skrywa swój matecznik, owo miejsce tajemne, gdzie już wszelkie formy cywilizacji nie mają dostępu, bo to już rezerwat rządzony prawami natury, tam na leśnej polanie zbierali się  jego mieszkańcy.
            Przybywali na zebranie. Pod konarami rozłożystego buka wpisywali się na listę obecności. Stadami rozsiedli się na trawie, w niskich zaroślach trzmieliny przycupnęły rzesze drobniejszego zwierza, chmary ptaków sfrunęły na gałęzie drzew i krzewów. Zwierzęta większe stały w dostojnej postawie w dwóch gromadach.
            Zarząd Wodopoju stanął w odosobnieniu od innych uczestników walnego zebrania. Przy powalonych kłodach starych dębów zajął miejsce Żubr, który od kilku kadencji jest naczelnikiem. Przywykł już do tego włodarzenia tak mocno, że urząd naczelnika puszcz i lasów będzie piastował chyba dożywotnio. Sam się w takim myśleniu utwierdzał. Co kadencję do elekcji wprawdzie stawał, ale jak sam mówił, nie miał z kim przegrać. Było to poniekąd prawdą, gdyż w ostatnich dwóch wyborach nie miał kontrkandydatów. Stały żelazny elektorat, bezkrytycznie popierał jego politykę. Przecież on uosabia majestat lasu. Tak już wrósł w tę gęstwinę, w tę brunatność kory, że sam stawał się jak pień dębu. Żubr głos zabierał rzadko, ale jak coś powiedział, stawało się to wykładnią dla wszystkich podległych mu organów władzy wykonawczej puszcz i lasów.
            Kłody, już porośnięte zielonym suknem mchu, posłużyły za prezydialny stół. Gwar rósł. Jakieś porykiwania, chrząkania, piski, trele, gulgoty i ćwierkania wypełniły przestrzeń polany. Nadeszła godzina rozpoczęcia obrad. Jeszcze z furkotem przyleciało kilku skrzydlatych członków spółdzielni. Przybyła też rodzina Łasic i para Wydr z leśnej straży ogniowej. 
Prezes zarządu stary Dzik potarł szable, jakby sprawdzał ich ostrza przed walką. Zbyt wiele uchybień, kumoterstwa i nawet malwersacji było za jego prezesowania w Wodopoju. Będzie musiał odeprzeć sporo ataków i zarzutów. Zadarł szczeciniasty ryj do ucha Żubra, jakby chciał pokazać wszystkim zebranym jakiego ma patrona. Ten kiwnął ciężkim łbem, coś wymruczał, tylko para mu poszła dwoma strumieniami z nozdrzy i dalej patrzył w zielone sukno prezydialnej kłody. Nie znosił takich sytuacji, kiedy w podległych mu strukturach wykrywano nieprawidłowości. Musiał świecić oczami, wytężać swoją wolę, odrywać się od zadań ważniejszych, by przebrnąć przez procedury walnego zebrania, wysłuchać słów krytyki, a cały czas być ponad te swary. Nauczony doświadczeniem wielu lat trwania na urzędzie, wiedział, jak tym wszystkim pokierować, by twarzy nie stracić i swój wpływ w Wodopoju utrzymać.
            Prezes Dzik chrząknął  kilkakrotnie, wsparł przednie biegi racicami na pniu i zaczął zagajać zebranie:
             – Proszę o spokój, czas zaczynać. Witam państwa na walnym zebraniu Spółdzielni Wodopój. Witam pana Żubra – włodarza naszego lasu. – Dzik uśmiechnął  się przymilnie do Żubra i głowę skłonił uniżenie, bowiem wie, pod którym dębem żołędzi szukać. – Czy z polany są kandydatury na prowadzącego zebranie? – Rozejrzał się wokoło, chrząknął  i ciągnął dalej. – Nie ma. Wobec tego proponuję Wilka Basiora. Ma charyzmę i posłuch. Już niejedno zebranie prowadził, to pójdzie mu sprawnie – ryj skrzywił  cynicznie. – Kto za? Kto przeciw? Kto się wstrzymał? Nie widzę. Jednogłośnie przewodniczącym zebrania został Wilk Basior. Proszę do nas do stołu.
            Wilk stał już za plecami Dzika, jakby czekał na tę funkcję, zrobił tylko krok i już był na miejscu.
            – Bardzo dziękuję za zaufanie – powiedział. Głos miał trochę chrapliwy i zaciągał nieco. – Zebranie postaram się poprowadzić sprawnie. W pierwszym punkcie wybierzemy sekretarza zebrania, znaczy się protokolanta. To może ja zaproponuję Dzięcioła Zielonego. Pisać umie, na klawiaturze bez opamiętania stuka, wiersze układa. O, już przy stoliku siedzi, bo listę obecności prowadził. – Łapą wskazał w stronę rozgałęzionego buka. –  Dla formalności tylko zapytam, kto za? Dziękuję. – Odsapnął, podrapał się za uchem i mówił dalej: – W punkcie następnym: Wybór Komisji Mandatowej, potem wybór Komisji Uchwał i Wniosków. Z kolei prezes Wodopoju przedstawi sprawozdanie z działalności za minione lata. Po nim Szop Pracz – rewident Wodopoju przedstawi rozliczenie finansowe. Potem dyskusja i głosowanie nad udzieleniem absolutorium dla ustępującego zarządu Wodopoju. Na koniec, szanowni zebrani, wybory. Wtedy szczegółowo objaśnię tryb wyborczy, a teraz proponuję przyjąć przedstawiony porządek obrad.
Żubr znowu coś zamruczał pod nosem. Prychnął. Wilk Basior przytaknął. A jako, że z łąki nikt dodatkowego punktu nie zgłosił, przegłosowano porządek zebrania. Basior spoczął. Ci, którzy jeszcze stali, też poszli w jego ślady. Nie wszyscy. Jeleń stał tym bardziej, że inni usiedli, położyli się czy kucnęli w pozie dwuznacznej. Teraz mógł się prezentować w całej okazałości. W jesiennej poświacie grały mu mięśnie, błyszczała sierść. Piękny. Sprężysty, dostojny i powabny. Ciacho. Ten błysk w ślepiach młodzieńczy, a już dojrzały. Trochę bezczelna mina, łobuzerska. Król rykowiska. Rozpłodnik. I to poroże ósmaka. Patrzcie łanie, bójcie się rywale, samiec alfa idzie. 
            Łoś zaś czochrał się o drzewo. Łeb uniósł i przekrzywił w filozoficznej zadumie. Nie przystoi przecież takiej personie na zadzie siedzieć. Pozycja komiczna u takiego zwierza. Patrzył w stronę Wilka Basiora i tarł żuchwą ze złości. W swojej szczerej naturze nie mógł pojąć, że czasy się zmieniają, a Wilk ciągle blisko władzy. – Stary prokurator ma widać do tego wyuczone predylekcje, a może jakieś kwity trzyma w swoim legowisku? – tak skonstatował Łoś i schylił ciężki łeb.
            – Słucham propozycji do Komisji Mandatowej – Basior powiedział donośnie i nadstawił uszu.
            – Proponuję Zimorodka – ktoś z traw zaterkotał.
            Ten z sosnowej gałęzi w sekundzie przyfrunął. Wylądował na pniu. Złożył zielono-niebieski płaszcz skrzydeł, ale dalej świecił w oczy ponurego Żubra i drwalo-seksualnego Dzika rudym sweterkiem podbrzusza. Wilk jeszcze poprosił o dwie kandydatury. Z krzewu dzikiej róży zaskrzeczała Sójka:
            – Proponuję  panią Srokę i pana Puszczyka.
            Sroka się zgodziła, ale Puszczyk nic nie odrzekł. Zwróciły się w jego stronę oczy wszystkich zebranych. On siedział na konarze przytulony do pnia sosny. Opadały mu powieki. Postanowił się nie odzywać. Po co? Gdy głos zabierze, może niechcący komuś dni policzyć. Ma swój tryb życia nocny, swoją filozofię, przemyślenia. Woli samotność. Teraz zdany jest na ten tłum, rwetes. Wtargnęli w jego terytorium śródleśnej polany. Milczał.
            – Dla Puszczyka za wcześnie – oznajmił przewodniczący zebrania. Może pan Mysikrólik dołączy do towarzystwa?
            Mysikrólik zatrzepotał skrzydełkami i już oliwkowa kulka zakończona dzióbkiem dosiadła się do Sroki i Zimorodka.
            – Zamykam listę. Kto jest za?
Wilk rozejrzał się po polanie, zadarł głowę, ślepiami zlustrował gałęzie krzewów i drzew wokoło.
            – Wszyscy za. Dziękuję. A teraz jacyś chętni do Komisji Uchwał i Wniosków!?
            – Proponuję Jenota – Lis zaskamlał, a może się tylko zaśmiał złośliwie i trójkąt łba odwrócił, bowiem pełen był obłudy.
            Jenot pomyślał, że wnioski zapisze i zredaguje je do przegłosowania, a przy tym posiedzi obok Żubra przy prezydialnej kłodzie. Nobilitacja nie lada, tym bardziej, że on tutaj zasiedlony od niedawna.
            – Cieszę się, że Jenot się zgadza. Jeszcze zasili Jenota pani Wilga i znowu poproszę pana Dzięcioła Zielonego. Zamykam listę kandydatów. Dla formalności kto za? Dziękuję panom. O przepraszam, są też z nami panie. Miło. Wasza obecność łagodzi obyczaje. Szanowni państwo, w tym punkcie proszę ustępującego prezesa zarządu Spółdzielni Wodopój pana Dzika o przedstawienie sprawozdania z działalności za całą kadencję. Proszę bardzo prezesie. – Stary Basior skłonił się uniżenie, jakby spod ostrzy szabel uchodził, odsunął się od kłody.
            Prezes Wodopoju z zanadrza wyciągnął zwój zapisanego łyka, zaczął czytać: 
            – Szanowni zebrani, obecny zarząd przejął we władanie Wodopój po ustąpieniu dawnego prezesa. Poprzedni prezes poprzeczkę postawił wysoko. Robiliśmy wszystko, aby Wodopój utrzymać w należytym stanie. Ktoś może zarzucić nam zaniedbania. Jeżeli tak uważacie, nie doceniacie wysiłku tych wszystkich szarych członków spółdzielni. Mojej pracy możecie nie doceniać, nie dbam o to. Wobec obiektywnych trudności ten stan Wodopoju, to na dzień dzisiejszy szczyt możliwości naszej spółdzielni, tak ze względów kadrowych jak i ekonomicznych. Wśród problemów, jakie z powodzeniem zarząd rozwiązał, było przezwyciężenie kłopotów związanych z dwukrotną powodzią za naszej kadencji. Przez dwa razy wody powodzi zanieczyszczały Wodopój. Pomosty zostały zerwane, a ścieżki i dojścia  zaniesione mułem. Trzeba było korzystać z wody pitnej w innym miejscu.
            – Dlaczego nikt wody pitnej do lasu nie przywoził w beczkach, tak jak to robiła spółdzielnia w Dąbrowie? – skrzekliwie miauknął Zając spod krzaka koralowej kaliny. Ale zaraz położył słuchy po sobie, jakby się sam tej swojej odwagi przestraszył. Dziwić się nie ma czemu, serce ma przecież zajęcze.
            Dzik tylko błysnął fajkami, świeczki złości zaświecił w oczach i sprawozdawał dalej:
            – Tylko dzięki pomocy Zarządu Lasu woda w Wodopoju nadaje się do picia. Kosztowało to wiele pracy i zabiegów różnych. Dziękuję Naczelniku i ślę podziękowania dla całego Zarządu Lasu za pomoc w tym zakresie. Potem przyszły lata chude, więc zmuszeni byliśmy zrezygnować z nowego ujęcia wody pitnej. Brakło mocy. Szanowni Państwo, powiem tak: Jest susza, czy ktoś to dostrzega, czy nie. Wszyscy liczą się z groszem. Z pomocy spółdzielni wycofał się od czerwca główny sponsor pan Orzeł Bielik. To nam podcięło skrzydła, ale dzięki staraniom zarządu wyszliśmy na prostą. Społeczna robota wymaga wielkiego poświęcenia. Ja jako prezes robiłem wszystko dla dobra Wodopoju. Ofiarowałem swój czas, a z zarządem odwaliliśmy kupę roboty.
            – No właśnie, kupę – zaskrzeczała Sójka i przeszedł śmiech przez łąkę.
            Dzik jakby tego swojego lapsusu nie zauważył i ciągnął dalej:
            – Oprócz przezwyciężenia skutków dwukrotnej powodzi, została zrobiona dalsza część pomostu. To prawie tak jak molo w Sopocie. Zamontowaliśmy na nim dwadzieścia poidełek. Została zakupiona również piła spalinowa Bobrom do budowy kładek, mostów i przepustów. Dużym wyzwaniem było dla zarządu zorganizowanie obchodów okrągłej dwudziestej piątej rocznicy powstania spółdzielni w naszym lesie. Mimo kryzysowych czasów zarząd podjął trud zorganizowania skromnych obchodów. Wielu z was było zaproszonych. Powiem tylko tyle, że wszystkie wydatki na ten jubileusz pokryli sponsorzy. Kończąc, chciałbym powiedzieć wszystkim pracownikom, sympatykom i członkom Zarządu Wodopoju – dziękuję.
Prezes Dzik chrząknął, machnął chwostem i spojrzał w stronę przewodniczącego zebrania. Wilk Basior poprosił o wystąpienie rewidenta Szopa Pracza.
            Szop – szara eminencja o oczach wyrazistych i przenikliwych – wstał niechętnie i z jakiegoś szpargału zaczął czytać:
            – Szanowni zebrani, na walnym zgromadzeniu zarządu i członków przedstawiam sprawozdanie rewidenta Wodopoju za cały okres działalności od lipca 2023 do lipca 2028 roku. Komisja stwierdziła, że wszystkie środki finansowe pozyskiwane z dotacji Zarządu Lasu i od sponsorów przez Wodopój zostały należycie rozliczone. Na wszystkie wydatki są pokwitowania w fakturach i rachunkach. Księgowość była prowadzona należycie. Komisja nie stwierdziła żadnych zaległości w płatnościach na rzecz innych podmiotów. Podpisali Przewodniczący i członkowie rewidenci. – Szop Pracz usiadł skwapliwie, wyraźnie już zmęczony.
            I znowu Wilk podziękował za sprawozdanie i zaproponował.
            – Mam pomysł, aby zapisywać się u sekretarza do głosu w dyskusji nad obydwoma sprawozdaniami. Proponuję, aby jedna osoba zabierała głos tylko jeden raz. Chodzi o porządek, bo nie będzie wtedy chaosu i przekrzykiwania się. Na podsumowanie pozwolę sobie oddać głos włodarzowi naszego lasu – tu skłonił się w stronę Żubra z należytym szacunkiem. – Proszę się zapisywać.
            – A po co się zapisywać? Jak można z miejsca powiedzieć o co chodzi. Ma być dyskusja, to niech będzie, a nie jakieś reglamentowanie głosu! – zagrzmiał jakiś zwierz z zarośli.
             – To była tylko propozycja porządkowa, ale jeśli wolicie państwo z miejsca. Proszę, kto pierwszy… No tylko nie jeden przez drugiego – powiedział ironicznie Wilk, bo przez chwilę nikt się nie kwapił do zabrania głosu. – Poszło dotychczas sprawnie i widzę, że i ten punkt też przejdzie szybko. Zagai ktoś dyskusję? O, pan się zgłasza – Wilk wskazał łapą na Piżmaka.
            – Chciałem się dowiedzieć, jakie były przyczyny wycofania się Orła Bielika głównego sponsora  Wodopoju? Może prezes Dzik to wyjaśni.
            – Panie prezesie, proszę – pospieszył z uprzejmością Wilk.
            – Pierwszą przyczyną wycofania się głównego sponsora jest kryzys. Są jeszcze osobiste względy, o których mówić nie chcę. To tyle na to pytanie.
            – Panie prezesie – odezwał się Czarny Dzięcioł – dobrze pan wie, że główny sponsor  wycofał swoją pomoc na znak protestu przeciw niegospodarności w spółdzielni. Wtedy zaczęły się kłopoty z płatnościami. Nie twierdzę, że spółdzielnia nie wychodzi na prostą, ale jakim kosztem? I czemu tyle wokół tego złej krwi? Może i jest kryzys, ale główny sponsor rozwija z powodzeniem swoją działalność. W ostatnich miesiącach wszedł z usługami swojej firmy kurierskiej i ochroniarskiej na rynek sąsiedniej puszczy. Takiego sponsora trzeba hołubić, dmuchać i chuchać na niego, a nie robić mu afronty.
            – Ale o czym pan mówi? –  żachnął się Dzik.
            – Już pan dobrze wie, o czym mówię. Takie były przyczyny wstrzymania sponsorowania Wodopoju. Powtarzam, wstrzymania, nie zaprzestania, gdyż pan Orzeł Bielik publicznie obiecał, że z chwilą poprawy sytuacji w spółdzielni, a zwłaszcza tej złej atmosfery, na rzecz Wodopoju wpłaci zaległe kwoty i jeszcze coś dorzuci tytułem premii. Taka jest prawda.
            –  To jest pana prawda – Dzik ze złości zmarszczył gwizd.
Tu wkroczył czujny Wilk:
            – Są dwa stanowiska i na tym zakończmy spór. Zebrani sami sobie wyrobią pogląd. Czy ktoś chce jeszcze zabrać głos? – rozejrzał się. – Proszę.
            W gałęziach leszczyny Rudy Wiewiór zamachał miotłą rzadkiej kity.
            -Mam pytanie do rewidenta Wodopoju. Proszę podać kwoty wpływów za poszczególne lata na rzecz Wodopoju od Zarządu Lasu i od sponsorów. A także wydatki na działalność bieżącą i na inwestycje. – Wiewiór się zadyszał i oddychał łapczywie. Spośród  liści leszczyny błyszczały mu dwa przednie siekacze.
            …To kpina. Rudy Wiewiór znany przecież jest ze swojej pazerności, co to do każdego orzecha laskowego w lesie ma pretensje i po sądach szuka praw własności. A ile razy miejsce ukrycia swojej spiżarni zapomni? Wtedy do banku leśnego przychodzi i pożyczkę chce dostać pod zastaw na te niby jego krzaki leszczyny. Nie dostaje, to teraz się mści. Sklerotyk jeden. – Tak pomyślał Szop Pracz i wstał niechętnie.
            -Tak jak już mówiłem, wszystkie środki zostały należycie rozliczone. Komisja nie stwierdziła uchybień. Wpłaty były. No były różne od sponsorów. W większości było płacenie rachunków, w fakturach wszystko. A tak dla jasności powiem szanowni Państwo tu ożywił się nieco – wszystkie sprawozdania finansowe za poprzednie lata zostały przez Zarząd Lasu przyjęte. Jest dobrze, nie trzeba psuć.
            – Ale kwoty! Kwoty! Ile rocznie od Zarządu Lasu, a ile od sponsorów? Czy to takie trudne? – dopytywał Wiewiór.
            – Rozliczenie za ostatnie półrocze nie jest jeszcze przez Zarząd Lasu przyjęte, ten ostatni rok, rozumiecie państwo, nie jest jeszcze zamknięty. Październik dopiero. Trudno wobec tego jednoznacznie…
            – Tuż przed zebraniem została wystawiona faktura do zapłacenia przez sponsorów. Jeszcze nie jest zapłacona. Nie można, na dzień dzisiejszy, wliczać fakturowaną kwotę jako wpływy na rzecz Wodopoju – Dzik przyszedł z pomocą  specowi od finansów.
            Zawarczało, zapiszczało na polanie. Zebrani dość głośno rozmawiali pomiędzy sobą, wymieniali uwagi i nie kryli oburzenia. Bóbr siedział i niecierpliwie obgryzał paznokcie. Postawił muszelki małych uszu, nadsłuchiwał i patrzył oczkami czarnymi. Nie czuł się winny tego stanu Wodopoju, chociaż można powiedzieć, że jest jego gospodarzem. Tamuje wodę, plecie grodzie. Nie ma z tego kokosów. Postanowił coś powiedzieć i zaczął sapać:
            – Daruj sobie pan już to półrocze, ale podaj wpływy za ostatnie trzy lata.
            –
Takiej wiedzy nie mam. – Szop odwrócił się do kłody prezydialnej i spytał: -Panie naczelniku, ile rocznie od zarządu?
            – Rocznie? Dużo – burknął Żubr.
            – A ile od sponsorów? – dopytywał Wiewiór.
            – Połowę tej kwoty – odparł Szop Pracz.
            – Nie tak powinno takie sprawozdanie wyglądać. Mówię o tym, bo się na tym znam. Pełniłem trochę funkcji, przy władzach byłem i obeznany jestem w tych kwitach.
            Lis mordę skrzywił, przymrużył ślepia i do Daniela zaskowyczał złośliwie:
            – Wiewiór zna się na finansach, kilka lat temu okrągłą sumkę z targu runa leśnego zgubił i kwity też.
– Pana sprawozdanie nadaje się do śmieci, panie rewidencie. Jak banki robią takie sprawozdania, to winszować – Bóbr się wtrącił.
            Z łąki do prezydialnej kłody doszły piski i rechoty.
            – Che, che. Szop w banku brudną kasę pierze. Che, che, che.
            – Twoją tamę, Bobrze, zniosła pierwsza powódź – odgryzł się Szop Pracz.
            – Ty mnie tu ciesiółki robić nie ucz. Ja na tym zęby zjadłem. Mam papiery mistrzowskie. Uczni kilku sposobię do zawodu. Tylko żeby robotę tu mieli, bo w obce strony wyjadą.
            – Do rzeczy gadać! Widzę, że Myszołów chce coś powiedzieć – zauważył Wilk
            – A ja chcę powiedzieć, że się nie zgadzam na żadne finansowanie z Zarządu Lasu zabaw na jeziorku, pikników i różnych zakrapianych eventów To jest nasz las, nasz Wodopój i z naszych podatków wszystko. Jak chcą się chlapać, to niech założą klub pływacki, niech sobie płacą składki i znajdą sponsorów, wtedy mogą się w jeziorku pławić. Za moją krwawicę z Wodopoju robią basen, jacuzzi jakieś. A w spółdzielni, słyszę, stajnia. Nie zgadzam się! Panie Naczelniku na budowanie pomostów, kładek, jakby już nie było ważniejszych potrzeb. Ja się na to nie zgadzam! Rozumie pan, panie Żubrze. A jak nie, to mi wieżę widokową wybudujcie i kupcie lornetkę! A może jeszcze motolotnię! Co się będę męczył, kominów powietrznych  w niebie szukał. Kupcie mi motolotnię za runo leśne czy drewno z wyrębu. Latać lubię.  Chcę powiedzieć, że najwyższy czas coś zmienić, bo nie będzie żadnego postępu. Bagno, stęchlizna. Rzęsa wodna zarośnie wszystko. Tylko Dziki będą się babrać. Nawet Bobry odpłyną. Uczciwych dopuścić do władzy. Rządzą sami swoi. Dość już tego kumoterstwa – zgłosił swoje pretensje Myszołów. Patrzył w dół zasępiony. Dziób jego zawisł w groźnej pozie jak rzeźnicki hak.
            – Panie Myszołowie, ja nie jestem adresatem pańskiego sprzeciwu. Takie były uchwały zarządu spółdzielni. Gdyby pan założył Towarzystwo Motolotniarzy, też pewnie Zarząd Lasu jakieś środki musiałaby na to przeznaczyć. Takie są realia. A do władz Wodopoju kandydować pan może. Demokracja jest.
            – Panie naczelniku, przyszłem na to zebranie, by się zapytać czy zarząd przez ostatnie miesiące miał prawo podejmować uchwały i rządzić Wodopojem? Pytam, bo se o cztery miesiące włodarzenie przedłużyli. Czy byli w prawie? – znowu dało się usłyszeć sapanie Bobra.
            – Na to pytanie odpowiem na końcu, gdy przewodniczący zebrania da mi głos – prychnął Żubr.
            Jastrząb Gołębiarz przelatywał nad lasem. Ruch wielki, niecodzienny zauważył na polanie i spadać zaczął jak kamień, ale wyhamował nad sosną gonną i jak maszt wysoką. Na konarze przysiadł w pozie posągowej. Piękny, dostojny i niebezpieczny. Znał swoją wartość. Z zaciekawieniem patrzył w dół, można powiedzieć, że z dystansu, bo wzrok ma przecież wyśmienity. Sójka opuściła kolczasty krzak dzikiej róży, podfrunęła zakosem do sosny i siadła ufnie na niższej gałęzi.
            – A cóż to za zgromadzenie? – udał zdziwienie Jastrząb i przeszywająco zaczął popiskiwać. Kłuł słowami i piorunami z oczu strzelał w stronę prezydium. – Cała czteroletnia kadencja przeszła, coroczne zebrania miały się odbywać, a nie było żadnego. To tak chcecie zbudować społeczność obywatelską? Ale wy nie chcecie tego. Po co ma wam ktoś patrzyć na ręce? Dokumentów żądać? Upominać się o swoje prawa? W tej waszej ciężkiej służbie  przeszkadzać? Leśna brać potrzebna jest wam tylko do wyborów, byście potem mogli się chełpić, że z ich woli sprawujecie władzę. Najchętniej sami byście się mianowali, dzielili stołki, apanaże i immunitety, a nawet byście chcieli dziedzicznie. Gęby macie pełne frazesów o demokracji i równości, o służbie. A, słów brakuje na wasze nieprawości!
            Kuna Leśna zdobyła się na odwagę, wychynęła zza pnia i zamiauczała:
            – Szanowni zebrani, przysłuchując się tej dyskusji dochodzę do wniosku, że w takim środowisku nie da się pracować. Mieszkałam w wielu krainach, w wielu miejscach starałam się być aktywną, coś wnieść do środowiska, ale nigdzie nie było tak jak tutaj. Mają rację ci, którzy mówią, że ten las jest specyficzny, każdą społeczną działalność kontestują i zaprzeczą każdej nawet najszczytniejszej idei. Ja już nie dziwię się tym pytaniom i pretensjom. Zgoda, chcecie wiedzieć – wasze prawo. Ale dziwi i obraża mnie taka atmosfera podejrzliwości i napastliwości. To co? Zarząd jest stowarzyszeniem złodziei? – rzuciła pytanie jak ksiądz z ambony. W milczeniu po zebranych przeciągnęła wzrokiem. – Szanujmy się. Wszyscy jesteśmy przecież z arki Noego. Jest sterta dokumentów, faktur, rachunków, umów i rozliczeń za każdy rok, i każdego zadania. Tylko przyjść do siedziby spółdzielni, zapytać, zainteresować się. – I znowu się rozsierdziła. – Do krytyki wielu. Nikogo nie było do pomocy, a pracy społecznej przecież nie brakuje. Nie, najłatwiej krytykować, insynuować. Nawet powstała tak zwana grupa inicjatywna. Po co powstała? Żeby pomóc? A co zrobiła? Ktoś z tej grupy spotkał się z głównym sponsorem i namawiał go, by nie wspomagał Wodopoju. Więc wstrzymanie finansowania też było z podpuszczenia kogoś z tej grupy? Wasza działalność tylko poróżniła środowisko. Ja się pytam, czy tak się godzi?
            Za takie słowa Kuna dostała brawa od części zebranych. Wydry i Łasice zrobiły stójkę i wiwatowały jak oszalałe. Na to podniosły się głosy opozycji z łąki śródleśnej o kilka tonów wyżej. Słychać było prychanie, kwiki, świsty i porykiwania  Kuna wycofała się i przycupnęła bliżej pnia. Wyciągnęła szyję i patrzyła z zaciekawieniem, co też z tego wyniknie. 
            – To już się zapytać nie wolno? –  zabeczał młody koziołek.
            – Nikt w rewizora się bawił nie będzie, po to jest zebranie, by było tu wyłożone czarno na białym – gwizdnął Bóbr.
            Rudy Wiewiór nie wytrzymał. Buzowała w nim złość, że osła robią z niego, w żywe oczy kłamią.
            – Działalność publiczna podlega publicznej ocenie, czy wam się to podoba, czy nie. Macie jeszcze jakieś dawne nawyki. Ale co się dziwić, jak w lesie stajnia, to i tu gnój. Mam pytanie do Kuny Leśnej. Jakiego jest wyznania?
            – To nie ma nic do rzeczy. Proszę tego nawet nie protokołować. To niedopuszczalne – Wilk żachnął się wzburzony. 
            Daniel –  sympatyk zarządu już nie mógł wytrzymać, przestępował z nogi na nogę, kopytkiem trawę targał, łbem strojnym w poroże bogate zarzucał na boki i wreszcie bekać zaczął głosem donośnym:
            – Nadszedł czas, by sobie kilka słów prawdy powiedzieć. Mówił będę konkretnie. Mam żal do Czarnego Dzięcioła. Grupa inicjatywna, którą zorganizowałeś z krytyków obecnego zarządu, nie powstała, by pomóc. A takie miałem pierwsze wrażenie. Niestety, było to tylko wrażenie. Już sama forma przedstawienia problemów Wodopoju była nie do przyjęcia. Dlaczego, jak ci tak leży na sercu dobro Wodopoju i jego pracowników, nie przyszedłeś, nie zapytałeś w czym wesprzeć? Zacząłeś stukać, pukać, wszędzie robaków szukać. A w Gazecie Leśnej oszczerstwa i pomówienia, a potem w Ptasim Radiu Info zaczęli ćwierkać, kwilić i trajkotać. Wiesz, to jest chwyt poniżej pasa. To nie jest przyjemne, gdy za społeczną działalność taką zapłatę się dostaje i jeszcze te oskarżycielskie tezy grupy inicjatywnej przybite do pnia Świętego Dębu w samym środku lasu. Mógłbyś już sobie darować. – Tu Daniel trochę odsapnął, nabrał powietrza i jeszcze wyżej uniósł ogromne poroże. – Powiem ci tylko tyle. Ta grupa wiele złego zrobiła. Poróżniła społeczność naszego lasu. Tak zohydziła wszelką działalność społeczną, że już z tego zarządu nikt się angażował nie będzie w żadne projekty, w żadną społeczną robotę. O to ci chodziło? Chyba tak. A robiliśmy jako zarząd dużo dla tego Wodopoju, dla środowiska. No proszę, powiedz tym wszystkim z zarządu, że ich wysiłek był psu na budę. Robili to za marną dietę. Tak rozsławiali nasz las.
            A na polanie już mało kto słuchał tej jego przemowy. W dalszych rzędach szła rozmowa:
            – Dudek narobił dziadostwa i czmychnął za granicę.
            – Nigdy mi się ten jego czub na głowie nie podobał. Co to jest? Irokez jakiś? Z amerykańskich prerii będzie nam tu sprowadzał zwyczaje.
            – Kłuje w oczy tym czubem. Pokory trochę. Jak zima, to on pryska w ciepłe kraje.
            – I to ma być patriota?
            – No ale wraca. Zawsze na wiosnę wraca, jak Bocian. To chyba dla nich ta nasza ziemia ważna.
            – Aaa, Bocian, to inna sprawa. On taki skromny. W bagnie na jednej nodze stoi i nikomu to nie wadzi. No chyba, że Żabom – zaśmiał się rozmówca.
            – Jaki skromny? Na najwyższym drzewie gniazdo ścieli i z góry patrzy.
            – E tam, każdemu można łatkę przypiąć. – Tak zakończyli rozmowę.
Daniel dalej dokładał opozycji:
            – Krytykujecie ich, że Wodopój zapuścili. Napuszczacie jednych na drugich. To przecież nieetyczne. Powinniście pomagać, a tylko ploty przez knieję szły, że zarząd źle gospodarzył, a jeden to nawet do ciepłych krajów wyfrunął. Ale wróci! Będziecie go mogli spytać, jak było. W ostatnim tygodniu była w spółdzielni przeprowadzona kontrola finansowa. Mam podstawy sądzić, że ktoś ją nasłał. Ale zmartwić was muszę. Wodopój pomyślnie wypadł. Nic nie znaleźli. Na koniec mam do ciebie, Dzięcioł, pytanie. Jaką działalność społeczną wcześniej prowadziłeś? Co zrobiłeś społecznie dla lasu, dla zwierząt, dla środowiska? Nic nie zrobiłeś! O żadnej twojej inicjatywie nikt nie słyszał. Teraz od krytyki, od psucia zacząłeś. Tak się nie robi! Najpierw trzeba popracować społecznie samemu, potem ma się prawo innych oceniać.
            Można by powiedzieć, że Daniel skończył, lecz łeb dalej trzymał w górze i wszystkim się zdawało, że beka jeszcze, a to echo bekało. I nagle wystrzeliły oklaski od zarządu i jego sympatyków. Niosły się po polanie i odbijały zwielokrotnione jak salwa z kałasznikowa. Ale ledwo brawa ucichły, Puszczyk huknął zdenerwowany:
            – A ty żeś działał?
            – Trzy funkcje w spółdzielni sumiennie pełniłem. Doradca prawny, rzecznik prasowy i specjalista do spraw promocji Wodopoju.
            – Za to swoje łanie tam poisz. A przedtem?
            – Też.
            – Co też. Korzyści żeś miał. Filantrop się znalazł. Cały las pełen społeczników za pieniądze.
            – Nie kłócić się. Do rzeczy, do rzeczy – włączył się Wilk.
            –
To on od rzeczy gada!! – Puszczyk krzyknął.
            – Przestań hukać Puszczyku – dobrotliwie zaskrzeczała Sroka. – Tu z armaty trzeba walnąć. Narobili dziadostwa, jeszcze sobie medale na okrągłą rocznicę przyznali. Towarzystwo wzajemnej adoracji.
            – Dzięcioł Czarny ma głos. Ad vocem, ma się rozumieć – zawyrokował Wilk Basior.
            – Byłem tutaj zaatakowany imiennie. – Spojrzał Dzięcioł w stronę Daniela, tak jakoś ostro, jakby chciał go dziobem przyszpilić do drzewa. – Nie dbam o to, nie będę się odnosił do imiennych zaczepek. Mówił będę o sprawie, bo o sprawę tutaj chodzi. Mówiłeś Danielu wiele, ale merytorycznie mało. Jak już wspomniałem, główny sponsor wstrzymał finansowanie po niepokojących sygnałach o kondycji Wodopoju. Nie rozmawiałem z nim wcześniej na ten temat, dopiero na zebraniu grupy inicjatywnej, czego byli świadkami ci, którzy przyszli. Dobrze wiecie jak było z finansami, tylko teraz chcecie zakłamać prawdę, bo jest dla was niewygodna. W artykule na temat sytuacji w Wodopoju nie ma zarzutów o żadnym sprzeniewierzeniu środków, choć są takie podejrzenia, ale najpierw musimy sprawdzić kwity. Owszem, artykuł w gazecie miał zainicjować dyskusję, dlaczego jest tak źle i jak poprawić tę sytuację. Co to za gospodarzenie? Żadnej wizji rozwoju, żadnej dyscypliny finansowej. Na każdym zebraniu zarządu uchwalacie przesunięcia w budżecie, zaciągacie pożyczki jakieś, a na nowy rok zawsze prezent –większe opłaty za wodę. Są pytania o sprawy finansowe w kontekście wiadomości, jakie docierały do mieszkańców lasu, że są zaległości w płaceniu rachunków, a nawet, że na finanse Wodopoju wszedł komornik. Za tymi kłopotami, których nie ujawnialiście, szła degradacja Wodopoju. Woda była coraz gorsza. Odchodzili pić w stawach sąsiednich. Artykuł, to pytanie o stan Wodopoju po powodzi. Mówisz, że moje działanie jest nieetyczne. A kto sprywatyzował drzewo z lasu? Przez trzy dni cięli, rąbali, piłami rznęli dęby i buki. Susza nastała, rów zamierzali kopać, by świeżą wodę z rzeczki wpuścić do Wodopoju. Pomyślałem, że ktoś wreszcie pomyślał po gospodarsku. I co? Ani drzew, ani rowu. Okazało się, że woda do stawu miała płynąć pod górkę, melioranci z bożej łaski. Poprzedni zarząd zostawił środki na przepompownie. Pompę mieliście zakupić. Dwa przetargi unieważnione i pieniędzy nie ma, a projekty były, zezwolenie na budowę przepompowni już dawno nieaktualne. To jest wasza gospodarność i zarządzanie teoretyczne. Kadencja waszego zarządu upłynęła na początku lipca. Było zasadne spytać, dlaczego zarząd przedłużył sobie kadencję, tym bardziej, że były kłopoty. Czyżby chciał je ukryć? Dzik zamiast do roboty się zabrać, dalej w ściółce szukał żołędzi i babrał się w błocie.
            Na takie słowa prezes powietrza nabrał, zacharczał, chrząknął, kłami błysnął.
            –
A ja chcę dodać, panie Żubrze, że najpiękniejsze dęby i buki wycięli – wtrąciła Kukułka.         – Nawet Ptasie Radio zamilkło, taki był huk i harmider. I to wszystko w porze wysiadywania jaj. Biedne ptaki latały jak opętane. Gniazda zniweczone, a dziupli ile zrujnowane? To jedynie Dzięcioły, Sowy i Dudki wiedzą.
            – Mam nadzieję, że pani ze swoim gniazdem problemu nie miała? – Lis uprzejmie zapytał.
            – Za to drewno można było sprawić przepompownię – Dzięcioł Czarny jeszcze dopowiedział.
            Żubr sierść najeżył, łbem zarzucił, brwi zmarszczył, rozparł się szeroko i spojrzał na Dzika. Taki namysł całą swoją fizjonomią wyrażał, jakby coś wiekopomnego miał oznajmić.
            – Pierwsze słyszę – powiedział – o jakimś wycięciu drzew. W rezerwacie? To niemożliwe! Budowa kanału zasilającego Wodopój? Nie ma na to żadnych śladów w dokumentach. Z urzędowego punktu widzenia tego nie było.
            – Jak nie było? Trzy dni jakaś brygada obcych Bobrów ścinała drzewa. Od razu wszystko gdzieś wywozili. Wszyscy widzieli!
            – Rozumiem, że ci, co widzieli, złożyli doniesienie do Wielkiego Strażnika Puszcz i Lasów? – Żubr zapytał. Rzucił w ślepiach błyskawice w kierunku Dzika. Ten ryj podwinął miedzy przednie biegi, jakby w ściółce pod prezydialną kłodą szukał żeru.
            Na polanie zaległo milczenie.
            – O wycince drzew nic nie wiem. – Dzik zaczął nieśmiało. – Ja za Wodopój odpowiadam, a nie za cały las. Co się tyczy Wodopoju, to zależało nam, by roboty dokończyć, zorganizować  jubileusz i doprowadzić wszystko do porządku. Co nam się udało. A że mało zwierząt z Wodopoju korzysta? Proszę spojrzeć w statystki o ile zmniejszyło się pogłowie. Zrób pan, panie Dzięcioł, kilkoro Dzięciołków. Ja w jednym miocie mam ośmioro. Jeść trzeba temu dać. O swoje warchlaki dbam.
            – To było świńskie! – zakukała kukułka i odleciała obrażona.
            Szlachetny Łoś Badylarz słuchał  cierpliwie. W sobie rozważał, co by tu powiedzieć i zaczął wolno cedzić słowa.
            – Miałem się nie odzywać, ale widzę, że idziecie w zaparte. Upieracie się, że jest dobrze. A nie jest. Woda brudna. Zaległości w płaceniu faktur i Bóbr też za swoją pracę pół roku czeka na zapłatę. Z Wodopoju tylko garstka korzysta, a przy innych stawach życie kwitnie. Nie jest w porządku i trzeba się do tego, prezesie, umieć przyznać.
            – A wy żeście wszystkie rozumy zjedli! Potrafię się do błędu przyznać. Nie jestem alfą i omegą, nie wszystko wiem i za błędy płacę ze swojej kieszeni. Zapłaciłem mandat w Urzędzie Rachmistrza. Zawiniłem, zapłaciłem. Ale mam żal do pana, Łosiu, że po wizycie u rachmistrza, pobiegł pan od razu do Zarządu Lasu z plotką. Tak rozsiewał pan ploty, buczał pan jak na bukowisku, że zarząd ma zapłacić zaległy podatek. Skąd takie wiadomości? Czyżby rachmistrz podał panu takie dane? To urzędnicza tajemnica. Toż to granda!!
            – O nie, tak nie było – zabuczał groźnie Łoś Badylarz, aż  Mysikrólik ze strachu przeskoczył na wyższą gałąź i jeszcze bardziej się skulił.
            Dzik szczeć postawił na sukni i szable już sposobił do fechtunku.
            – Ale plota poszła od pana, że dług jest. Panie naczelniku, no niech pan powie, jak było, kto do pana z taką sensacją przyszedł?
            – Później, na końcu zabiorę głos. – Żubr mruknął tylko trochę jakby zażenowany, że każą mu zająć stanowisko w sporze o źródło plotki.
            – Udzielam głosu członkowi zarządu – Wilk wskazał włochatą łapą Lisa,
który tonem mentorskim zaczął pouczać:
            – Widzę tu wśród zebranych  wielkie pomylenie pojęć i niezrozumienie, bo materia finansowa jest skomplikowana. Moi uczniowie wiedzą, o czym mówię, jaki to temat szeroki i wymagający rozeznania, a rzecz dotyczy płatności. Znają te niuanse ekonomii ci, którzy prowadzą działalność biznesową. Otóż, szanowni państwo, płatności dzielimy na: …
            Puszczyk znowu nie zdzierżył i pohukiwać zaczął  jakby do siebie, ale tak by go usłyszał siedzący obok Wiewiór.
            – Ekonomii będzie uczył. Profesor od siedmiu boleści. Lisnie przerywając, mówił dalej:
            – Wymagalne z upływem terminu płatności i zalegające. Można te płatności ugodą odroczyć, a nawet płacić ratalnie. Jest to kwestia negocjacji. Na końcu wchodzą płatności windykowane, lecz i tu jest podział na windykacje polubowną i sądową. Potem dopiero następuje windykacja komornicza, a na końcu karna. Tak widzicie państwo, że w tym temacie trzeba mieć rozeznanie, a potem dopiero się wypowiadać.
            – Pod dębem stał i żołędzie liczył, a teraz profesor ekonomii. A kończ już ten wykład –zaskrzeczała Sójka.
            – Pozwólmy się wypowiedzieć do końca – Wilk zainterweniował przytomnie.
            – Otóż nigdy nie było tak, by następowała windykacja należności od Wodopoju. Owszem, były opóźnienia, ale uzgadniane. Tak bywa w każdej działalności. – Powiódł po zebranych nauczycielskim wzrokiem. – Mam nadzieję, że trochę rozjaśniłem te zawiłości ekonomiki.
            – Kończyć to gadanie. Wieczór już się robi, ile tu będziemy siedzieć? A jeszcze przecież wybory. Łupanie pustych orzechów.
            – Dajcie panowie już spokój tym rozliczeniom, ile było, ile wydane. Jest rozliczone, nie ma zaległości, to dla zgody temat zamknąć. Pokłócimy się i co z tego będzie? Czy na pretensjach można coś zbudować? Tu o Wodopój idzie. O nasze być albo nie być. Wiem, czego potrzeba. Zgody! Ważna jest dobra atmosfera, wtedy i sponsorzy się znajdą – zaćwierkał Wróbel.
            – A wiceprezesa Kuny to nigdy u Wodopoju nie widziałem. Co on robił przez te lata? Gdzie był? Teraz mędrkują, a wcześniej żadnego zebrania nie zrobili, jak zaradzić. Jak pawy chodzili. Jak indory nadęte. Owinie se taki szalik koło szyi i myśli, że im bardziej tym szalikiem omotany, tym szycha większa, artysta z bożej łaski, a do roboty nikogo. – Bóbr się uniósł i ze złości walnął pluskiem o ziemię, aż jaszczurka zwinka odskoczyła w przestrachu pod kłodę zwalonej sosny.
            Myszka Szara widząc, że to zwyczajne młócenie słomy, ziarenka z tego żadnego nie ma, zapiszczała przenikliwie:
            – Panie Wilku składam wniosek formalny o zakończenie dyskusji.
            – Cieszy mnie ten wniosek z pani ust. A zatem oddaję głos panu naczelnikowi.
            Żubr podniósł ciężkie powieki, spojrzał przed siebie już trochę znudzony i chruczeć zaczął:
            – Przysłuchuję się temu zebraniu, słyszę tu wiele pretensji jednych do drugich. Po to jest walne zebranie, by sobie wszystkie sprawy wyjaśnić i zarząd rozliczyć. Nie ma się co obrażać na trudne pytania. Jest demokracja, jest niestety jawność wszystkiego co publiczne i trzeba się temu podporządkować. Dzięcioł Czarny miał prawo pytać o te wszystkie sprawy. Myślę, bo znam pana Dzięcioła, że to z troski o dobro spółdzielni. Wodopoje nie znikną. Pić się chce. Statut mówi, że zwołać zebranie może jedynie zarząd z własnej inicjatywy, na żądanie rewidenta i na wniosek co najmniej piętnastu członków spółdzielni. Tyle statut, a że przeciągło się to o kilka miesięcy, to już ocenicie sami. Co roku w Zarządzie Lasu mamy kontrolę Wysokiego Rachmistrza Puszcz i Lasów. Takie czasy. Trudno mi powiedzieć, czy zaplanowane środki w całości zostaną przeznaczone na Wodopoje. Mogą pojawić się inne potrzeby. Gdy zechce pan kandydować, panie Dzięcioł, i zostanie pan wybrany, liczę na współpracę. Ale powiem jeszcze, że do działalności społecznej trzeba mieć grubą skórę. Sami widzicie, że jest to praca, która podlega ocenie publicznej. No cóż, takie czasy. Należy dążyć jednak do jednomyślności i porażkami się nie zrażać.
            Żubr skończył. Odsapnął z ulgą i wielkim łbem poruszył dostojnie.
            – Dziękuję panu naczelnikowi. Przechodzimy  do głosowania nad udzieleniem absolutorium ustępującemu zarządowi. Potem przystąpimy do wyboru nowego zarządu.
            Czarny Dzięcioł ze zdumienia dziób rozdziawił.… Żubr oferuje współpracę? Trzeba przyznać, że to rasowy polityk. Z każdej strony żłobu umie się ustawić. Hm, może rzucić to wszystko w cholerę, a na koniec im wygarnąć, że na leśnym wikcie się tuczą, obrastają w sadło…
Taka myśl bezkompromisowa przyszła mu do głowy, ale jej zaniechał.…Szkoda nerwów. Z drugiej strony przecież na tym Wodopoju mi zależy. Temat zacząłem, to skończyć go wypada. Muszę wejść do władz Spółdzielni i pokazać innym, że można coś zrobić. Skuteczność się liczy. Jeśli się uda, będzie to wstęp do dalszej kariery. Kto wie? Może w Zarządzie Lasu, może wyżej?… rozmarzył się. …Na naczelnika nie ma co pluć, bo wyżej siedzi. Plwocina spadnie i na mojej głowie się rozleje. Trzeba ślinę przełknąć i skorzystać z oferty Żubra. Pewnie i w jego interesie jest, by stary zarząd skwitować. To co było, puścić w niepamięć. Niech już odejdą. Pies ich drapał. Tak postanowił i po łące zaczął się rozglądać. Inni patrzyli na niego, żeby choć w pień stuknął czy głosować tak, czy nie. Chcieli się porozumieć, coś uzgodnić. Dzięcioł żadnego znaku nie dał, a przecież słychać było szybkie pytania o jakieś instrukcje.
            – A co to jest to absolutorium? – Kos gwizdnął z zieleni.
            – Jak będziemy przeciw, to co? – ktoś spytał.
            – To pewnie stary zarząd dalej zostanie. Nie wiem. Nie znam się na tych procedurach.
            – To jak głosujemy? – Myszka zapiszczała.
            Nim coś zaradzili, już trzeba było się określić. Ptasia menażeria skrzydła podniosła, trzymano łapki w górze i kopyta, aż Sroka z Sójką obleciały całą polanę, zajrzały na drzewa pobliskie, wszystkie głosy policzyły skrupulatnie.
            – Dziękuję. Za pięćdziesiąt dwa głosy, przeciw nikt, wstrzymało się sześciu. Ogłaszam, że ustępujący Zarząd Wodopoju został skwitowany – oznajmił Wilk wszem i wobec tak głośno, jakby swoją watahę zwoływał na łowy.
            Na ryju Dzika zakwitła ulga zadowolenia. Daniel łbem zarzucił. Kuna Leśna z radości podskoczyła, a Lis się wąsko uśmiechnął, zaś Szop Pracz minę miał pokerową. Cisza trwała na polanie, ale krótko. Wilk popędzał, bo dzień się nachylił i słońce już stało czerwoną kulą jak płomień świecy na wierzchołkach sosen.
            Po tej długiej dyskusji, praniu brudów i skakaniu sobie do oczu, zaczęły się wybory nowego zarządu. Z trudem sklecono skład Komisji Wyborczej. Jakoś nikt nie chciał brać w tym udziału. Napięcie opadło. Sroka się znowu zgodziła. Ktoś, pewnie dla hecy, Żółwia Błotnego zaproponował do liczenia głosów, ale śmiechy na polanie wybuchły.
            – On by tydzień liczył.
            Puszczyka albo Sowę Uszatą chcieli podać, ale gdzieżby ich szukać. Na żer gdzieś poleciały, bo to ich pora. I gdy już się wydawało, że Wilk sam siebie wyznaczyć musi, z kniei para Borsuków nierozłącznych wychynęła. Nadeszły na polanę lekko chwiejnym krokiem, oczkami małymi świecąc przed siebie. Chyba tylko z nieśmiałości nie odmówiły, sumitując się jeszcze, że owszem, o zebraniu wiedziały, ale zwyczajnie zapomniały.
            Ustalono gremialnie, że wybory będą jawne. Czasu szkoda. Wilk wyjaśnił, że Zarząd Wodopoju musi się składać z co najmniej pięciu członków, a może być i dziewięciu.
            – Proszę podawać kandydatury!
            Ktoś podał Łosia Badylarza w pierwszej kolejności.
            – Dzięcioł Czarny! – Sójka krzyknęła.
            Łoś przekazał Wilkowi oświadczenie Orła Bielika, w którym zgadza się na podanie swojej kandydatury. Statut takiej okoliczności nie przewidział, jednak Wilk uznał, że co nie jest zabronione, jest dopuszczalne.
            – Żaba Ropucha –  Derkacz wrzasnął z łąki.
            Ropucha zdziwiona oczy wybałuszyła na taką propozycję. Zarechotała tylko pod nosem:
            – Nie, ja na zimę zapadam w hibernację.
            – Może kogoś z większą charyzmą? – Wilk zapytał.
            – Bobra proponuję – Myszka zapiszczała.
            – Ja tam kandydatować nie chcem. Ja od roboty jesdem.
            – To może Pan Jeleń się zgodzi? – Wilk Basior się skłonił.
            Jeleń głowę piękną odwrócił w jego stronę:
            – A po co mi to? W bagnie się babrać? Ze źródełka kryształowej wody się napiję. Mnie nie w kwitach siedzieć, sponsorów o kasę prosić. Mnie łanie dymać. – Łbem zawinął, jakby niewidzialnego rywala chciał tyką dźgnąć w podbrzusze. …Rykowisko mi dzisiaj przez to zebranie na mojej polanie spieprzyli – pomyślał zły. Potarł porożem o sosnę i odszedł dostojnie.
Bóbr spojrzał za nim i żal się mu siebie zrobiło, że taki brzydki jest. Monogamicznie w norze siedzi, naciera śmierdzącym strojem futro. Tak bardzo zależy od tego jeziorka, tego bagna. Za wszelką cenę chce wodę zatrzymać. Drzewa ścina, tamy plecie z gałęzi, kosze wiklinowe, zapory i żeremia.…Ech, być tak jak Jeleń Ósmak niezależny i harem mieć. Łzy jak grochy spadły mu z oczu. Płakał jak bóbr.
            Wieczór już nadszedł. Słońce zaszło, a miesiąc jeszcze wisiał nisko, blady rogal za krzakami głogów i tarniny.
            Jakiś hurgot w oddali dał się słyszeć. Coś jakby się osunęło. Trzaski łamanych gałęzi, głuche stęknięcia walących się drzew i chlupot wody. Trzęsły się sosny, buki i dęby. Spadały na ziemię kolorowe liście i klaskały o ściółkę żołędzie. Ptaki odfrunęły z gałęzi. W powietrzu nad polaną zataczały koła. Wiewiórki zeskoczyły na ziemię. Z norek wyprysły przestraszone myszy i inne gryzonie. Większe zwierzęta stały zaniepokojone. Postawiły uszy, zjeżyły sierść i nadsłuchiwały skąd takie osobliwe odgłosy. Co znaczą? Trwało to może kilkanaście sekund i uspokoiło się zupełnie.
            – Jeszcze dwie kandydatury – Wilk łagodnie poprosił.
            Stary zarząd stał w odosobnieniu. Oni już rozliczeni. Spokojni. Walne przeżyli. Było ciężko. Niech się teraz inni martwią. Oni nie myślą już ani kandydować, ani zgłaszać kandydatur.
Żubr przestał łypać wielkimi oczami, powieki spuścił i kręcił ciężkim łbem. Sierść miał jeszcze zjeżoną na grzbiecie. Czymś się trapił.…Może niepotrzebnie o tej grubej skórze powiedziałem – wyrzucał sobie. – Teraz trudno będzie do Wodopoju sklecić zarząd. Do krytyki wielu. A, może i lepiej, że tu się wykrzyczą, ponarzekają, niżby mieli do Zarządu Lasu przychodzić z pretensjami. Choć taki Wiewiór – wszędzie go pełno. Do mnie bezczelnie wpada, żąda jakichś kwitów i rozliczeń. Mam prawo! – Powiada. – Obywatelskie prawo! A co tam, nieszkodliwy wariat. Niech sobie skrzeczy. Co innego Bóbr – poczciwy, robotny i taki zaangażowany. No, od tej strony go nie znałem. Trzeba mu dać jakąś premię, docenić. Może medal. Niech się pozbędzie tej goryczy. Z Dzięciołem Czarnym będzie trudniej. Jego nie przekupi blaszką. Inaczej z nim trzeba. Mam nadzieję, że jest rozsądny. Za absolutorium jednak zagłosował. Dogadamy się.
            Wtem z wysokiego konaru zleciał Myszołów i głośno zakwilił:
            – Rysia proponuję i Puszczyka, bo właśnie przyleciał. Na Wodopój w nocy będzie miał baczenie.
            Ryś propozycję przyjął. Puszczyk na znak zgody głową kilka razy kiwnął. Wilk jeszcze o jakieś kandydatury prosił, by się głosowanie odbyło. Nikt nikogo nie zgłosił, wobec tego sam zaproponował Myszkę Szarą.
            Głosy policzono. Myszka odpadła. Nawet biedna sama na siebie nie zagłosowała. Już się niektórzy zaczęli rozchodzić, Wilk ich zatrzymał, gdyż jeszcze trzeba było wybrać Komisję Rewidentów.
            Jastrząb Gołębiarz podał Wiewióra, a ten się mu odwrócił tym samym. Nie zgodził się Jastrząb w rewizora bawić. Czarny Dzięcioł zaproponował Piżmowego Szczura. Ktoś z łąki Kukułkę w komisji chciał widzieć, że niby dobrze liczy. Znowu Wilk Myszkę Szarą podał, lecz ta odmówiła i obrażona uciekła do norki. Nikt już kandydować nie chciał. Tak bez głosowania rewizorzy dostali mandaty.
            Zebrali się na skraju polany wszyscy wybrani, by się ukonstytuować, pomiędzy sobą podzielić różne funkcje w zarządzie i w komisji rewizyjnej.
            Po chwili podeszli bliżej prezydialnej kłody. Łoś Badylarz szedł pierwszy. Zamyślony. Minę miał nietęgą. Zamienił z Wilkiem kilka słów. Wilk zaczął mu gratulować wyboru. Łoś gratulacje przyjął bez entuzjazmu. Rzadko kiedy się uśmiechał, zawsze starał się być poważny. Czasem dopadała go melancholia i nastrój zadumy. Tak i teraz nad czymś rozmyślał, co sprawiało mu niewątpliwie trudność, gdyż czoło marszczył, nozdrzami jakiegoś kierunku szukał i żuchwą tak młynka kręcił jak starzec bezzębny, gdy chce przed połknięciem twardy kęs zetrzeć na miazgę.
Już wszyscy się domyślili, że Łoś Badylarz został nowym prezesem Spółdzielni Wodopój. Wilk Basior tę nowinę oznajmił wszem i wobec. Jakieś brawa nieśmiałe się odezwały, ale zaraz umilkły. Zastępcą prezesa wybrano Orła Bielika w nadziei na liczne korzyści dla spółdzielni. Puszczyk skłonił się nisko. Przypadła mu funkcja sekretarza zarządu. Był zadowolony, ma wreszcie etat. Czarny Dzięcioł uśmiechał się jakoś tak sztucznie, pazurkami czerwoną czapeczkę poprawiał, wykrzywiał dziób, jakby był dyplomatyczną personą. Pewno ćwiczył pozę. Dopiero, gdy od Żubra przyjął powinszowanie, minę zrobił bardziej naturalną i głową kiwał z należytą atencją. Rola skarbnika jest wdzięczna do wydawania publicznego grosza, a gdy trzeba najpierw taki grosz pozyskać, tu już karku nagiąć wypada, czasem trudne słowa wysłuchać bez szemrania, a nawet insynuacje przełknąć. Już wiedział o tym Czarny Dzięcioł i mentalnie się przygotowywał do takiej roli.
            Ryś stał trochę z boku. Pełnił będzie jedynie obowiązki nieetatowego członka zarządu. Trochę żałuje, że zgodził się kandydować. …Trudno, od czasu do czasu pójdę na zebranie, do Wodopoju zajrzę. Może uda mi się przeforsować pomysł budowy kładki przez Wodopój, bym go nie musiał obchodzić wokoło, gdy będę wracał od swojej Rysi – tak pomyślał. Przyjął wyrazy uznania od Żubra i ustąpił Wiewiórowi miejsce przy kłodzie. Ten wszedł dostojnie, wyliniały ogon nad małą główką trzymał jak baldachim. Rola rewidenta Wodopoju, to coś o czym od dawna marzył. Znał się na tym, był w różnych władzach. Miał przerwę ostatnio, ale teraz i dla niego zaświeciło słońce.
            – Wszystkim gratuluję wyboru – Wilk już ochrypł. – Oddaję głos nowemu prezesowi Spółdzielni Wodopój. Proszę panie prezesie o exspose.
            Łoś Badylarz dolną wargę wystawił, jęzorem ją zwilżył i w głowie szukał słów właściwych. Miał już przemówienie przygotowane, ale teraz wszystko zapomniał. Wyparowały mu myśli, którymi się karmił od południa. Słowa uciekły, pogubiły się i jak je teraz tam w wielkim łbie znaleźć? Szukał je i już wydawało mu się, że znalazł, ma na końcu języka, a to tylko ślina. Przełknął ją. Próbował jeszcze zamknąć oczy, może w ciemności słowa przyjdą do niego. Znowu nic. Przestał szukać i wtedy normalnie zaczął:
            – Dziękuję. Jakby tu powiedzieć, za zaszczyt. Wiem jaka to praca, bo przed kilkoma latami prowadziłem Wodopój. Przyznacie państwo, że oddałem go bez zarzutu. Jaszcze dziś przed walnym zastanawiałem się, w głowę zachodziłem, czy startować w wyborach. Mówią przecież, że nie wchodzi się do tej samej wody. Kandydatura Orła Bielika mnie przekonała i od niego teraz w spółdzielni będę miał pomoc, to się zgodziłem. Od ustępującego zarządu dużo mnie nieprzyjemnych sytuacji spotkało. Na temat tego co było, nie będę teraz zabierał głosu. Dużo wiem, ale nie chcę tego, puki co, ruszać. Jakby tu powiedzieć, musimy się zabrać do roboty już teraz, żeby to wszystko naprawić. Konieczna jest odnowa. Wodopój służy wszystkim, ale my teraz nim zarządzamy. Już niedługo będzie pełen czystej wody. Zrobimy wszystko, by każdy był zadowolony i nikt nie miał innego zdania. Mogę nawet przyrzec, szanowny panie naczelniku, że za lat kilka Wodopój będzie klejnotem puszcz i lasów okolicznych.
            Prezes zakończył taką obietnicą. Głowę skłonił przed Żubrem. Coś jeszcze powiedział do Dzięcioła, a Puszczykowi polecił zabrać od starego zarządu wszystkie kwity.
            Zebrani podnieśli się, ruszyli z miejsca. W szum rozmów i szelest ściółki pod nogami wychodzących wdarło się złowieszcze krakanie nadlatującego Kruka. Rozdygotany z rozcapierzonymi skrzydłami stanął w rozkroku pochylony do przodu, prawie podpierał się mocarnym dziobem i łapczywie wciągał powietrze. Jak upiór. Oczy mu krwią zaszły, wzrok miał iście diabelski. Wszyscy spojrzeli na niego w oczekiwaniu, że z czymś wyskoczy.
…Pewno znowu się blekotu najadł i w swoim pijanym zwidzie coś zobaczył albo ze starości się mu pomieszało we łbie – pomyślał niejeden.
Kruk odsapnął, rozejrzał się po zebranych i zakrakał głosem chrapliwym:
            – O rety! O rety!
            – Co się stało? – zapytała ciekawska Sójka.
            – Wodopój się zapadł. O Boże. Dziura w ziemi. Jak rąbnęło, kra kra, nie ma wody, dół pusty. 
                                                                                      

 Adam Tomczyk
                                                                                                   

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko