Krzysztof Lubczyński – Lektury arcyniemodne

0
55
Filip Wrocławski

Warszawa, lato 1974

Kto by dziś chciał czytać jakieś powieści o życiu kręgów politycznych PRL, do tego  z wątkami i postaciami skrywanymi zgodnie z regułą rządząca powieścią z kluczem? Ze świecą poszukiwać takich amatorów, więc taka lektura jest bez wątpienia arcyniemodna. Stefan Kisielewski napisał i wydał za granicą lub poza zasięgiem cenzury PRL szereg takich powieści, m.in: „Cienie w pieczarze”, „Widziane z góry”, „Śledztwo”. Do tego kręgu należą też „Ludzie z akwarium”, powieść, której akcja rozgrywa się w dość hermetycznym, zamkniętym środowisku średniej i niskiej rangi funkcjonariuszy partyjnych. Powieść nie odznacza się wyraziście zarysowaną fabułą, ale choć jest to generalna cecha rezonerskiej, politycznej prozy Stefana Kisielewskiego, to w przypadku „Ludzi w akwarium” jest ona szczególnie uderzająca, co jest prawdopodobnie efektem autorskiego zamysłu, by pokazać marazm życia w PRL, w tym marazm życia kręgów partyjnych, co jest zaakcentowane w samym tytule.  Całość narracji ogniskuje się wokół postaci  Krzysztofa Glebowicza, „bezpartyjnego, inteligenckiego publicysty”, redaktora „Trybuny Socjalizmu” (pracowali w „Trybunie” bezpartyjni?) i wokół oczekiwanego przyjazdu do Warszawy, z okazji XXX rocznicy PRL, sekretarza generalnego KC KPZR Leonidowa, na zaproszenie I sekretarza KC PZPR Oraczyka. Glebowicz snuje się po Warszawie, po korytarzach redakcji, pisze bez przekonania wstępniaki do martwej gazety, toczy rachityczne życie towarzyskie, snuje się po lokalach, romansuje z Izabelą, toczy  podszyte erudycją ( w jednej z nich pojawiają się nawet nazwiska Conrada i Dostojewskiego) polityczne rozmowy z towarzyszami o kondycji kraju i socjalizmu, między innymi o liberalizmie i rewizjonizmie versus nurt narodowy w partii, snuje wspomnienia, kontempluje Warszawę z lipca 1974 roku („Ludzie w akwarium” jest jedną z najbardziej warszawskich powieści Kisielewskiego), a jej nastrój i koloryt oddaje bardzo celnie. Akcja zresztą ogniskuje się w szerokiej orbicie gmachu KC PZPR – Aleje Ujazdowskie, Nowy Świat, Wiejska, Belwederska, Krakowskie Przedmieście („Bristol”) ale też, sytuacyjnie, inne, mniej prestiżowe miejsca stolicy. W tle życie polityczne partii (Brygadierowcy, Marcowcy czyli moczarowcy, technokraci (m.in. Ajchma), naczelny redaktor „TS”, „przedwojenny nacjonalista, endek Feliks Rajkowski – pod każdym z tych kryptonimów kryją się realne postacie z tamtego czasu, to powieść polityczna z kluczem, kto ma orientację w historii PZPR ten mógłby pobawić się w odgadywanie, kto kryje się pod poszczególnymi, fikcyjnymi nazwiskami), leniwe, bezideowe, senne, jakby zrezygnowane. I tę właśnie atmosferę schyłku gierkowskiej prosperity oddał Kisielewski bardzo trafnie, co świetnie podkreśla sam tytuł. Interesujący rekonesans w zamierzchłą epokę, od której za rok upłynie pół wieku.

Tomasz Staliński (Stefan Kisielewski) – „Ludzie w akwarium”, Instytut Literacki,  Paryż 1976

Prawda egzystencji jako fascynująca przygoda

Literacki reportaż Krzysztofa Kąkolewskiego „Jak umierają nieśmiertelni”, osnuty tematycznie wokół zbrodni dokonanej przez tzw. bandę Mansona w willi Romana Polańskiego w Los Angeles w sierpniu 1969 roku, stał się unikalną wtedy, na tle tego, co było naówczas w PRL wydawane i dostępne czytelnikom, sensacyjną gratką, a dla mnie osobliwym, pierwszym tego rodzaju doświadczeniem czytelniczo-świadomościowym. Nie dość, że ukazał się zaledwie cztery lata po tych wydarzeniach, czyli w postaci jeszcze atrakcyjnie niespetryfikowanej, nie dość że był barwnie i inaczej niż to, co dotąd przeczytałem, napisany, to był także jednym z pierwszych w piśmiennictwie PRL niepolitycznych wniknięć, na podobieństwo peryskopu wysuniętego z okrętu podwodnego, w świat „Zachodu” (w tym przypadku USA) i na sposób „zachodni”, odbiegający od obowiązujących wtedy w PRL szablonów, odsłaniał  fenomeny życia po drugiej stronie „żelaznej” ciągle, choć już z wolna kruszejącej kurtyny. Dla mnie, młodego wtedy licealnego, nastoletniego czytelnika, od urodzenia żyjącego w ramach społeczeństwa zakreślonego przez propagandowy, szablonowy, nieruchomy diamat „społeczeństwa socjalistycznego”, uchylił się dzięki tej książce rąbek tajemniczego dla mnie „zachodniego” życia. Doznałem prawdziwego wtajemniczenia w fascynujące bogactwo, w skomplikowanie, groźną bujność wolnego świata i jego „prawdziwego życia”, krańcowo odmiennego od sztucznego modelu świata w którym żyłem. Objawiła mi się pełna antynomii, sprzeczności i okrucieństwa, ale wielobarwna, ruchliwa, nieprzewidywalna, upiorna, acz fascynująca egzystencjalna baśń, obfitująca w fenomeny, które znałem dotąd tylko z literatury i filmów fabularnych. Mocne wątki polskie (Polański, Frykowski) wplątane  w problemy i antynomie zachodnie pokazywały jednocześnie, że jesteśmy w gruncie rzeczy częścią tego samego świata i że dzieli nas od niego zaledwie dość krucha bariera. Był to niejako uboczny, być może nawet niezamierzony przez autora, efekt psychologiczno-świadomościowy pokazania tej sensacyjnej, okrutnej, pikantnej historii. Efekt pokazania, że nieruchomy świat socjalistycznego diamatu, gdzie konflikty, szaleństwa, dziwactwa i zbrodnie są co najwyżej rzadkimi anomaliami i odstępstwami od jedynej, schematycznej drogi życia społecznego, nie jest  prawdziwym światem i prawdziwym życiem, a jedynie jego marnym, siermiężnym „socjalistycznym” ersatzem. Ta historia pokazywała, po raz pierwszy tak dobitnie, że tylko prawdziwe, choćby niebezpieczne życie, jak na Zachodzie, jest ciekawe i warte przeżycia, a nie jego wyhodowana w retorcie „marksizmu-leninizmu” bezpłciowa, nudna podróbka.

Krzysztof Kąkolewski – „Jak umierają nieśmiertelni” (1973)

Konopnicka niepobożna

„Z przeszłości. Fragmenty dramatyczne”,wstęp i opr Mariana Dobrowolskiego w 1960 r. Była twórczynią superpatriotyczej i pobożnej „Roty” („Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”), i niezliczonych wierszy, w tym adresowanych do dzieci, jak n.p. „O Janku Wędrowniczku”, obfitujących w akcenty religijne.

Stefan Żeromski nazwał ją „wieszczem pokolenia”. Wychowała się w ortodoksyjnym katolickim wychowania w domu rodzinnym. Ojciec czytał swoim dzieciom, w tym Marii, „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza à Kempis, ewangelie i przypowieści biblijne, które umiały na pamięć. Dom atmosferą przypominał klasztor: nie przyjmowano gości, nie prowadzono wesołych rozmów, a spacery z ojcem kończyły się na cmentarzu. Ta atmosfera powagi, żarliwego patriotyzmu i surowych nauk moralnych miała duży wpływ na Marię. A pomimo to, Maria Konopnicka, choć identyfikowała się z wiarą katolicką, nie usposobiła się dobrze do hierarchii i kleru Kościoła katolickiego, zarówno polskiego jak i powszechnego, także do papiestwa. „O zgnilizna sama, te klechy!” – napisała w liście do jednej z córek w 1897 roku i nie była to jedyna jej deklaracja w tym duchu. Konopnicka doszła do przekonania, że Kościół katolicki od samych niemal swoich początków działał świadomie i konsekwentnie na rzecz przemocy, przeciw wyzyskiwanym. Jej myśl ogniskowała się na ponurych, krwawych dziejach Kościoła. Sięganie papiestwa po władzę polityczną już w pierwszych wiekach nowej ery, pełne okrutnych zbrodni wieki działalności świętej inkwizycji, która niszczyła genialne przejawy myśli ludzkiej i godziła w najświetniejszych ludzi nauki, budziły w Konopnickiej odrazę. Świadomość, że właśnie Kościół stanowił przez wieki zaporę dla tych dążeń, ugruntowała jej niechęć i buntowniczy do niego stosunek. W roku 1881, gdy ukazał się jej tom „Z przeszłości. Fragmenty dramatyczne”, w których ukazała prześladowanych przez Kościół wielkich uczonych, nastąpiła ostra reakcja prasy konserwatywnej i środowisk narodowo-katolickich. Wydanie „ Z przeszłości” (1881) zostało ocenione w „Przeglądzie Katolickim”: „Myśl jej jest bezbożna i bluźniercza. Na kruchej podstawie kilku faktów, odpowiednio przeinaczonych w rymach swoich, rzuciła w twarz Kościołowi raz jeszcze nędzną zniewagę, jaką tylokrotnie już rzucali nań jego wrogowie. Nowością w tej zniewadze jest nie myśl sama, lecz nowa tylko złość”. Te ataki na Konopnicką trwać będą przez ćwierćwiecze, właściwie do jej śmierci w 1910 roku (biskup Władysław Bandurski wycofał się z udziału z pogrzebie po zakazie wydanym przez arcybiskupa Józefa Bilczewskiego, którego zdaniem Konopnicka nie była prawowierną katoliczką). Szczególnie zajadłe były w latach 1884–1887, gdy redagowała „Świt”, demokratyczne pismo dla kobiet. Próbując zradykalizować jego program, wywołała sprzeciw zachowawczej opinii publicznej i cenzury.

Dokonania Konopnickiej, w roli redaktorki naczelnej kobiecego pisma „Świt”, klerykalne pismo „Rola”, które zwalczało ją przez lata, oceniało w 1902 roku tak: „W „Świcie” uprawiał się postępowy, czyli pogański liberalizm, z przymieszką żydowszczyzny”. Klerykalna furia za Hypatię, Vesaliusa, Galileusza Co wywołało taką reakcję środowisk klerykalnych? Tom „Z przeszłości” na który złożyły się trzy utwory sceniczne. Pierwszy, „Hypatia” poświęcony był pogańskiej uczonej z Aleksandrii, zamordowanej na początku V wieku n.e. przez chrześcijański motłoch sprowokowany przez biskupa. Bohaterem drugiego był XVI-wieczny lekarz hiszpański Vesalius, prześladowany przez inkwizycję za sekcje ludzkich zwłok w celach naukowych i skazany na wygnanie. Trzeci traktuje o najgłośniejszej, XVII-wiecznej sprawie Galileusza i jego procesie przez trybunałem Inkwizycji. Klerykalnych krytyków oburzyła zarówno tematyka, jak i sposób podjęcia tych historii przez Konopnicką. Szczególnie zajadłym krytykiem poetki był ksiądz Jan Gnatowski. Pisał on m.in. : „Osobista uraza, jaką ma pani Konopnicka do Boga, przenosi się niestety i na widomą reprezentację na ziemi Chrystusa i Jego nauki, na Kościół. Wyrazem tego uczucia jest cała książka…”. Szczególnie intensywnie skoncentrował się na „Galileuszu”, określając ten wątek jako „konika, na którym od trzech wieków jeżdżą wszyscy antykatoliccy kacerze, nie mogła przecie zostawić w spokoju pani Konopnicka. (…) Poetka powiada sobie: Kościół katolicki od początku swego był i jest maczugą zabijającą wszelki szlachetny poryw, wszelką samodzielną inicjatywę, wszelką dążność do prawdy, do światła, do swobody. Trzy ciosy tej maczugi, krwawe, ślepe, bezmyślne, a zaciekłe jak wszystko, przedstawię jako trzy okazy wpływu Kościoła w różnych epokach na zdziczenie i ogłupienie ludzkości”. Ksiądz Gnatowski konkludował swój wywód: „Ziarno jej posiewu nie jest zdrowe i płodne i czyste, a ciepło nie wygląda na łagodny blask miłości, ale raczej na pożarną łunę nienawiści, i gdyby nic więcej po niej nie zostało jak to, co stworzyła dotąd, kamień jej mogilny nie będzie miał napisu braterstwo i zgoda, a na końcu drogi, którą nas chce prowadzić, nie będzie miłości i spokoju”. Zakończył zaś niespodziewanym tonem liryzmu pisząc, że „Konopnicka, duch ten biały, któremu Bóg położył na czole znak swoich wybranych, nie idzie świadomie ku przepaści, ku której wiedzie ją twórczość antyklerykalna”. Inny krytyk „Z przeszłości” Konopnickiej, Stanisław Tarnowski sięgnął po oręż zarzutu… braku patriotyzmu, pisząc, że „Litwie, zdjętej zaledwo zaledwo z tortur Murawjewa, taką daje pociechę i pokrzepienie, która jej mówi: ta wiara, przy której się upierasz, to tylko nieprzyjaciółka światła i prawdy, ten Kościół, którego się trzymasz to tylko zgraja szalbierzy i oprawców, aleksandryjski Cyryl nie lepszy od Siemaszki, trybunał kardynałów nie lepszy od tych sądów wojennych, które znasz dobrze. (…) Czy autorka tego chciała?”.

Do ataków na Konopnicką przyłączył się też Henryk Sienkiewicz, który w „Gazecie Polskiej” napisał m.in.: „Jest w tym widoczna liberalna, nowożytna tendencja, kwoli której autorka wybiera umyślnie takie temata, w których Kościół gra rolę Arymana starającego się zgasić światłość Ormuzdową. Temata te przypadłyby wielce do smaku n.p. socjalnacjonalistom sejmu pruskiego, a także liberalistom innych stron”.

Wspólnym mianownikiem tych ataków było traktowanie krytyki Kościoła katolickiego jako postawy antynarodowej. Odnosząc wypowiedzi Tarnowskiego i Sienkiewicza do naszych współczesnych realiów można by powiedzieć, że sugerowali oni niedwuznacznie, że jest Konopnicka „ruską i niemiecką onucą”, pomocniczką Murawiewa i Bismarcka.

Bronili jej m.in. Eliza Orzeszkowa i Aleksander Świętochowski, a mniej otwarcie Józef Ignacy Kraszewski. W książce „Konopnicka – dzieje natchnień i myśli” (1927), J Dickstein-Wieleżyński napisał o niej, że „broniła praw wolnej myśli, krytyki, sceptycyzmu. Rzymowi pozostała zawsze wrogą. Wybierała tematy odpowiednie: męczenników idei postępu, ulegających w Aleksandrii tłumom fanatycznym, prowadzonym przez mnichów, albo ofiary hiszpańskiej czy włoskiej inkwizycji”. Jan Lechoń napisał: „Konopnicka była chyba największą w naszej literaturze ofiarą zarówno biedy, która kazała jej zarabiać pisaniem patriotycznych „szlagierów”, jak też polskiego losu, który kazał poetom harować za polityków, księży i za wojsko (…) była zmarnowanym talentem (…) i mogła być w wierszach poetką, gdyby nie musiała udawać wciąż wieszczki, hetmanki, pouczać, zagrzewać i krzepić. Znalazłem dziś w jej tomie wiersz „Ty gwiazdo”, wstrząsający świadomością, że zmarnowała w służbie narodowej siebie, że złamała ją praca na chleb (…) Tym bardziej zadziwiające jest to wyznanie świetnej pisarki, która – gdyby nie polski los – mogła być wielką pisarką”.

Maria Konopnicka – „Z przeszłości” (1960)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko