Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
116

Święta Ruś jako beczka (gorzkiego) śmiechu

W generalnym i utrwalonym wyobrażeniu Francja jest krajem, w którym silnym, historycznym już nurtem jset rusofilia, „mięta” do Rosji, a nawet fascynacja nią. Nie mam daleko idącej pewności, ale wydaje mi się, że u początków francuskiej rusofilii leży wielkie lanie, jakie Francja i jej Wielka Armia Cesarza Napoleona dostały od Rosji i jej Zimy w roku 1812 w rezultacie wyprawy na Moskwę. Czyli „syndrom sztokholmski”. Cały wiek XIX naznaczony był francuską rusofilią, polityka Paryża była generalnie życzliwa Petersburgowi, a jaskrawym tego znakiem jest choćby pompatyczny most Aleksandra III w stolicy Francji, wzniesiony na cześć przybywającego z wizytą nad Sekwanę cara Rosji. Sprzyjały jej też generalnie francuskie elity intelektualne i gazety wyrażające jej opinię. Ten obraz nie jest jednak idealnie monolityczny, bo po pierwsze, w roku wydania „Dziejów” trwała wojna krymska, w której Francja stanęła po stronie Turcji przeciw Rosji, a po drugie, duch kultury francuskiej ma jednak w sobie zakodowaną, organiczną skłonność do  drwiny,  kpiny, szyderstwa, bez oglądania się na autorytety i sympatie nawet. Duch francuski ma to w swoim to „de-en-a”. I z tego ducha wyrosły w 1854 roku wydane niedawno przez gdańską oficynę wydawniczą „słowo/obraz terytoria”, „Dzieje świętej Rusi” Gustawa Doré (1832-1883), wielkiego rysownika, grafika, sławnego ilustratora książek (od Biblii, przez Dantego i Cervantesa, do powieści Balzaca), także malarza. Rysunkowa, prześmiewcza „historia Rosji”, opatrzona kąśliwymi podpisami, co w sumie upodabnia tę formę do komiksu (nazwano ją protokomiksem). Szyderstwo artysty w stosunku do Rosji zrodziło w jego wyobraźni wizję początków Rusi jako zrodzonej z Nicości, a protoplastą Rusinów uczynił białego niedźwiedzia, który zapłodnił morświnicę, z czego narodził się pierwszy Rusin. I tak, jako ciąg koszmarnych absurdów, opowiada artysta historię Rusi aż do połowy XIX wieku. Można by nawet podejrzewać, że słynny koncept prześmiewczych amerykańskich „jokes”, tworzący prześmiewcze anegdoty i powiedzonka na temat różnych nacji (m.in. Latynosów, Niemców czy Polaków), dziś często uważane za „niepoprawne politycznie”, wziął swój rodowód z opowieści Gustawa Doré.  Przy czym jego kpina nie jest dobrotliwa, lecz ostra, agresywna. „Dzieje świętej Rusi” były wielokrotnie wydawane, modyfikowane w zależności od aktualnych okoliczności politycznych, a nawet „kontynuowane” przez rysownika, który kreską typową dla Gustawa Doré doprowadził dzieje Rusi do czasów Stalina i Chruszczowa. – z zachowaniem przesłania artysty, który utożsamiał rosyjskość z barbarzyństwem i autorytaryzmem. Oko przy lekturze tego, poniekąd, choć nie w pełni, reprintu wydania francuskiego, cieszy niesłychanie wyrafinowana graficzna forma tych rysunków. Artysta działał na pograniczu romantyzmu i realizmu. Z tej przyczyny jego grafika łączy w sobie bardzo precyzyjny detal z rodzajem romantycznej, wizyjnej, często nieco upiornej, makabrycznej nawet, na ogół silnie groteskowej i karykaturalnej kreacji postaci, scenerii i sytuacji. Artysta dopisał do swoich „Dziejów” „testament duchowy cara Piotra I”. Jeden z jego fragmentów brzmi tak: „Nieście pożary, zabijajcie, masakrujcie (…) Niech raczej zginie Europa, a nie Ruś…”. No comments.

Gustaw Doré – „Dzieje świętej Rusi”, przekład Józef Waczków, „słowo,/obraz terytoria”, Gdańsk 2022, str. 111, ISBN 978-83-8325-022-9

Czy wszyscy byliśmy Fukuyamą?

„Esej Marka Cichockiego, o tytule nawiązującym do znanego tekstu Stefana Kisielewskiego z 1976 roku „Walka oświat” i „Czy istnieje walka o świat?”, to refleksja nad współczesnym światem, w którym rywalizacja nie zniknęła, geopolityka nie straciła na znaczeniu, a wojny nie ustały; co więcej – wszystkie zyskały nowe instrumentarium. Autor stawia kluczowe pytania o przyszłość jednego świata, zrodzonego z ekonomiczno-technologicznej globalizacji, o skutki przemian w Ameryce, siły napędzające nową rywalizację i krystalizujące konkurujące ze sobą cywilizacyjnie  i geopolitycznie ośrodki władzy (Ameryka, Chiny, Europa, Indie, Turcja, a nawet Izrael), o znaczenie amerykańskiego sprzeciwu wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz miejsce samej Rosji na tle kształtującego się na nowo układu sił. Jak w takim świecie przedstawia się przyszłość Europy i jakie perspektywy staną przed Europą Środkową, a szczególnie przed Polską?” – czytamy w notce wydawniczej.

Sam zaś autor tak oto rozpoczyna swoje studium: „Znów znajdujemy się w samym centrum walki o świat. A przecież przez ostatnie trzydzieści lat większość z nas żyła w przekonaniu, że ta walka skończyła się raz na zawsze, a w każdym razie jakaś zasadnicza historycznie jej część rozstrzygnęła się nieodwołalnie” – powiada Cichocki, wyraźnie, choć bez powołania się na wymieniony z nazwy tekst, odwołując się do słynnego „Końca historii” Francisa Fukuyamy. „Łatwo jest – kontynuuje Cichocki – z obecnej perspektywy szydzić z tak zadziwiającej w swej naiwności iluzji. (…) Świat bierze więc dzisiaj rewanż za tamtą pychę (hybris), która tak wielu odebrała zdolność do realnej oceny sytuacji zrodzonej w wyniku końca zimnej wojny. W naszym przypadku, mam na myśli Polaków, nie była to jednak pycha, a raczej rozpaczliwe, biorąc pod uwagę nasz los i nasze położenie, pragnienie uczestnictwa w jakiejkolwiek formie dziejowego happy endu nowoczesnego świata po latach historycznych upokorzeń. Koniec zimnej wojny przesądził o powstaniu jednego świata, a  dla nas oznaczał możliwość życia z innymi w ramach atlantyckiego i unijnego Zachodu. Całkiem słusznie uznano ten nowy stan za wielkie historyczne zwycięstwo, natomiast wiele wskazuje na to, że całkiem opacznie zrozumiano jego sens. Przyjęto je bowiem za rzeczywistość pewną, skończoną i gotową, co prędzej czy później musiało okazać się nieprawdą. Co więcej, takie właśnie przyjęcie zwycięstwa Zachodu utrwaliło powszechne wrażenie, że jest ono wynikiem jakiejś funkcjonalnej mądrości (…) i nie wymaga od nas żadnego dalszego wysiłku, ryzyka czy ofiary. Jak to możliwe, że przyszło nam do głowy tak po prostu zdjąć samym ze swych barków dramat ludzkiego życia wyrażający się w dziejach? I co stało się teraz, że ponownie zaczynamy odczuwać dramatyzm dziejów? Dla ludzi, którzy pamiętali dobrze atmosferę zimnej wojny, szczególnie od wschodniej strony żelaznej kurtyny, pytania o dramatyzm dziejów nie były nigdy żadną wielką tajemnicą”.

Otóż to. Dla całej sprawy nie ma to żadnego znaczenia, ale jako przynależący do pokolenia „pamiętających atmosferę zimnej wojny” nigdy nie miałem złudzeń przywoływanych przez Cichockiego i nigdy nie uważałem, że historia, także Europy Środkowej, zakończyła się, że rzeczywistość jest „pewna, skończona i gotowa” i że mamy do czynienia z jakimkolwiek „happy endem”. Zresztą, czy będąca udziałem części jednostek świadomość przyszłych zagrożeń mogła zmienić cokolwiek w przebiegu zdarzeń? To oczywiste, że nie, więc nie ma co sobie robić wyrzutów tego powodu. Niezależnie jednak od tych nieco woluntarystycznych uogólnień Cichockiego, warto zapoznać się z jego analizą aktualnego stanu spraw świata. Ten obraz tworzy kilka składników: USA, Europa, Rosja, Chiny, Indie oraz kilka okoliczności i uwarunkowań wpływających na dynamikę tej konfiguracji, takich jak nowe technologie, ekonomia, podziały religijne, etc. Jedno wydaje się jednak pewne. Nie ma co  szukać oczywistych i pewnych prognoz. Walka o świat trwa, ale świat się zmienił i zmienia, więc podstawianie tych samych czynników pod te same równania prowadzi na manowce, bo wyniki tej walki będą inne niż te, o których w 1976 roku pisał Stefan Kisielewski.

Marek Cichocki – „Walka o świat”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, str. 182, ISBN 978-83-8196-537-8

Papierowa gilotyna czyli podlewanie kwiatów zła

Intelektualiści francuscy lubią czasem zaskakiwać i są pod tym względem bardziej nieprzewidywalni niż intelektualiści polscy. Michel Onfray, znany jako ostry krytyk religii, w tym chrześcijaństwa i katolicyzmu, co zawarł m.in. w obszernym dziele „Dekadencja”, przez laty przypisywany był do lewicy. Jednak ostatnimi czasy, jak mówią, „zbiesił się” i „sprawicował”. Jego „Autodafe. Sztuka unicestwiania książek”, wydane przez Państwowy Instytut Wydawniczy, to frontalny atak na współczesną lewicę francuską, której zarzuca przede wszystkim silny, totalitarny imperatyw cenzurowania  niewygodnych jej, nielubianych poglądów. Już we wprowadzeniu zatytułowanym prowokacyjnie „Lewicowa faszosfera” wylewa Onfray swoje żale do lewicy i to w trybie retrospektywnym, bo nawiązującym do maja 1968 roku. Ma jej za złe, że tłumiące studenckie demonstrację CRS ( Republikańskie Siły Bezpieczeństwa) porównywała do hitlerowskiego SS. Uważa, że porównywanie każdego przeciwnika lub polemisty do faszysty jest konsekwentną praktyką lewicy od Stalina po Mitteranda. Temu ostatniemu Onfray skądinąd odmawia prawowitej lewicowości, przypisując go, zwłaszcza z uwagi na genezę polityczną, do autorytarnej prawicy, jako niegdysiejszego vichystę, petainistę i antysemitę. Określa lewicę francuską jako „faszyzm histeryczny” w odróżnieniu od klasycznego faszyzmu „historycznego”. Przy czym specyfiką sytuacji francuskiej (w odróżnieniu choćby od polskiej) jest to, że dyskurs lewicowy, owa – jak się Onfray wyraził – faszosfera, nie jest mniejszościowa, a tym bardziej niszowa, lecz tak miażdżąco dominująca w dyskursie publicznym, że tworzy tzw. mainstream. I to od pół wieku, jak ubolewa Onfray. „Ten kulturowy goszyzm ma swoich prominentów, filozofów, myślicieli, ideologów, miliarderów, influencerów, dziennikarzy, polityków, redaktorów, a także swoje środki przekazu, gazety, kanały telewizyjne, stacje radiowe, media – wszystkie media publiczne, skądinąd ściśle kontrolowane”. Według Onfraya prasa ta „jest pluralistyczna tylko z pozoru” i dotowana z kieszeni podatników. Onfray postanowił pokazać kilkana przykładów niszczenia przeciwnika przez „faszosferę”, poprzez atakowanie lub przemilczanie książek wyrażających jego poglądy. Zaczyna od książki sinologa Simona Leysa (1971), który zaatakował Mao-tse-tunga i  maoizm za autorytaryzm oraz skrajny, zakamieniały reakcjonizm, ubrany jedynie w kostium lewicowy i rewolucyjny, co przypłacił atakami, ostracyzmem i bojkotem ze strony maoistowskiej lewicy francuskiej i włoskiej. Przywołuje też Onfray nieco późniejszą historię bojkotu, jakim francuska lewica potraktowała „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna. Z kolei Paul Yonnet autor książki „Podróż do centrum choroby francuskiej” zarzucił francuskiej lewicy rasizm á rebours, skierowany nie przeciw imigrantom z Afryki i Azji, lecz przeciw białym Francuzom i on też spotkał się z ostracyzmem. Onfray „pojechał ostro”: „W innych czasach – w epoce inkwizycji Torquemady czy Trybunału Rewolucyjnego Fouquier-Tinville’a, w Berlinie Goebbelsa czy w Moskwie Żdanowa, na Kubie pod rządami Castro czy w Chile za życia Pinocheta” los oskarżonych byłby wiadomy. „W 2021 roku im podobni mają do dyspozycji tylko papierowe gilotyny”. Nawiasem mówiąc, powyższa wyliczanka, w której w jednym szeregu wymienieni są zarówno dyktatorzy „lewicowi”, jak i „prawicowi”, świadczy o tym, że krytyka lewicy nie ma u Onfraya źródeł ideologicznych, lecz empiryczne, wolnościowe. Także Samuel Huntington, autor „Zderzenia cywilizacji” został zaatakowany przez lewicę, która już wtedy przekształcała się w „islamolewicę”, przymykającą oczy na zbrodnie wojującego islamu. W eseju „Święty Freud, jego sekta i wyznawcy” Onfray odpiera ataki na książkę Catherine Meyer „Czarna księga psychoanalizy”, w której Freudowi zarzucona została mistyfikacja, intelektualny i ideologiczny blef, a także koncepcja ludzkiej psychiki, która zwalnia człowieka od odpowiedzialności, bo działa on pod dyktando nieświadomości. Nieco bardziej marginalnego i najmniej znanego zagadnienia dotyczy ostatni szkic, poświęcony książce Sylvaina Gougenheima, „Arystoteles z Mont Saint Michel. Greckie korzenie  chrześcijańskiej Europy”. Jego zdaniem spisane w języku greckim ewangelie dotarły do Europy (do Wenecji) w XII wieku bez pośrednictwa islamu zgodnie współdziałającego z chrześcijanami i Żydami, co było tezą wcześniej obowiązującą. Deprecjonując pozytywną rolę islamu w krzewieniu kultury europejskiej i wyzwoleniu się jej z upadku i mroków średniowiecza, Gougenheim naraził się islamolewicy.

W podsumowaniu  zbioru, zatytułowanym „Nihilistyczny wzorzec”, Onfray dokłada do pieca, który rozpalił we wstępie. Głównego winowajcę  stanu rzeczy, który ukazał w  „Autodafe” upatruje w osobie Jean Paul Sartre’a i zarzuca lewicy, że „woli mylić się co do Sartre’a niż mieć rację w przypadku Raymonda Arona”. Przy okazji wytyka sartrystom niechęć do pluralizmu, cytując słowa Simone de Beauvoir z 1955 i 1972 roku, „że prawda jest jedna, tylko błąd jest wieloraki. To nie przypadek, że prawica wyznaje pluralizm”. Atakuje też Bernarda Henry-Levy za książkę „stanowiącą mowę pochwalną na cześć filozofa, który dostrzegał zalety w gilotyniarzach z 1793 roku, we Frakcji Czerwonej Armii i terrorystach”. Zwolenników tych filozofów oskarża Onfray o to, że „podlewają kwiaty zła”.

Co dla polskiego czytelnika wynika z tej lektury? Pokazuje ona, że francuska lewica ciągle choruje na starą skłonność do przedkładania intelektualnych i doktrynalnych fantazmatów nad respektowanie empirii. To być może choroba typowa dla formacji ideowej na tyle wpływowej i  mającej masowe uznanie, że nie jest w stanie uniknąć tego rodzaju syndromu właściwego dużym frontom ideowym. Co znamienne, te wpływy lewicy nie ustają mimo tego, że od wielu lat nie sprawuje ona we Francji bezpośredniej władzy politycznej, a partie socjalistyczna i komunistyczna formalnie są na marginesie. Specyficzne bowiem lewicowe (i nie tylko) francuskie abstrakcyjne, spekulatywne doktrynerstwo (znamienne w ogóle dla francuskiej kultury intelektualnej i społecznej od Oświecenia, od Jana Jakuba Rousseau) bardzo silnie osiadło w świadomości wielu Francuzów mimo uwiądu partii lewicowych. Polska lewica, przy całej swej słabości, nie ma takich problemów, bowiem szlifowała się nie w kawiarniach na bulwarach Saint-Germain i Saint Michel w Paryżu, lecz w błocku trudnego polskiego losu. Nie wiadomo tylko, czy to dobrze czy źle.

Michel Onfray – „Autodafe. Sztuka unicestwiania książek”, przekład Justyna Nowakowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 167, 978-83-8196-478-4 ISBN

Duch epoki realistycznie pokazany

„Powrót do Brideshead to jedna z najsłynniejszych brytyjskich powieści, a Evelyn Waugh to klasyk uznawany za jednego z najznakomitszych literackich stylistów XX wieku. Choć opisuje świat, którego już nie ma – zniknął bezpowrotnie wraz z wybuchem II wojny światowej – to snuje przede wszystkim ponadczasową opowieść o ludziach wplątanych w wielką machinę losu i dylematy wiary. To historia przesiąknięta tęsknota za splendorem i beztroską przeszłości: za światem wiejskich posiadłości, wspólnego ucztowania, polowań, balów debiutantek, klubów dla dżentelmenów, debat o filozofii, literaturze i religii. Autorowi nie brakuje jednak ironicznego dystansu, z jakim opisuje swoich bohaterów, ekscentrycznych i pełnych słabości. Wyjątkowo odważna jak na swoje czasy powieść pozostaje aktualna do dziś: Waugh stworzył wyraziste postacie kobiet, które same decydują o swoim życiu, opisał dwuznaczne przyjaźnie między mężczyznami i swoisty trójkąt miłosny, w który uwikłani są bohaterowie. „Powrót do Brideshead” stanowi zapis szalonej młodości, a także niepokojów przypadających na burzliwe lata dwudzieste i trzydzieste XX wieku, które dla bohaterów okazały się czasem utracondj niewinności”.

Recenzent miesięcznika „Time” określił „Powrót do Brideshead” jako „przewrotną, gorzką opowieść o młodzieńcu, który w latach trzydziestych wyjeżdża do Oxfordu i zakochuje się w ekscentrycznych właścicielach starego domu zwanego Brideshead. Powieść Waugh oddaje ducha epoki, która zakończyła się gwałtownie wraz z nadejściem mrocznych dni II wojny światowej. „Powrót do Brideshead” to prawdziwe literackie arcydzieło”.

Byłbym bardziej wstrzemięźliwy w ocenie tej powieści niż recenzent „Time” i nie nazwałbym jej aż arcydziełem, aczkolwiek Evelyn Waugh (1903-1966) to rzeczywiście jeden z najwybitniejszych pisarzy brytyjskich XX wieku. Zaczynał w młodości jako humorysta, satyryk, mistrz dowcipu i taki styl dominował w jego prozie do 1939 roku. Doświadczenia wojenne zmieniły jego stosunek do świata, a także wpłynęły na charakter jego prozy, bo Waugh przeszedł ewolucję w stronę poważnego realizmu społecznego. Jego powieści „Czarna zaraza”, „Dziennikarz z przypadku”, „Garść prochu” czy „Nieodżałowana”, są interesującym, segmentowym obrazem brytyjskiej klasy średniej w różnych jej odmianach, analizą jej obyczajów, aspiracji, lęków, odruchów, życiowych strategii, etc. Waugh nie jest w tym dziele odosobniony. Wpisuje się w bogatą tradycję brytyjskiej literatury realistycznej, która od m.in.  Henry Fieldinga, Tobiasa Smolleta,  Williama Thackeraya aż po Johna Osborne, Alla Silitoe czy właśnie Waugha, towarzyszyła egzystencji różnych brytyjskich klas społecznych, od arystokracji, poprzez middle class, aż do warstwy plebejskiej, robotniczej, małomiasteczkowej czy wiejskiej. „Korpus” brytyjskich pisarzy, którzy mimetycznemu opisywaniu społeczeństwa wyspiarskiego poświęcili swoją prozę jest zresztą nieporównywalnie bardziej liczny niż tylko wymienione nazwiska. I tu czytelnik polski może doznać uczucia zazdrości. W literaturze polskiej podobny nurt jest nieporównywalnie uboższy i liczebnie i nie obfituje  w tak liczne talenty. W XIX wieku taką rolę pisarską próbował pełnić Józef Ignacy Kraszewski w cyklu swoich powieści obyczajowych, próbowali (nieraz z wybitnym powodzeniem, jak Bolesław Prus w „Lalce”) m.in. inni pozytywiści (Orzeszkowa, Konopnicka, Sienkiewicz), a także n.p. Antoni Sygietyński, Józef Weyssenhoff, Stefan Żeromski czy Gabriela Zapolska. W wieku XX –  n.p. Maria Dąbrowska czy Jarosław Iwaszkiewicz, a także szereg pomniejszych pisarzy i pisarek, ale niestety skala tego zjawiska w prozie polskiej jej nieporównywalnie uboższa niż n.p. w brytyjskiej, stąd wydobycie z polskiej prozy obrazu, anatomii klas społecznych, przemian obyczajowych, ekonomicznych, mentalnych, jakim podlegały, jest o wiele trudniejsze. Nie bez wpływu była tu także mniejsza u pisarzy polskich niż u brytyjskich realistyczna szczerość, krępowana konformistycznymi zobowiązaniami narodowo-patriotycznymi, a także silniejszymi w polskiej sztuce kompensacyjnymi pretensjami artystowskimi i słabością „DNA” artystycznej szczerości, porzucanej na rzecz lubianego w Polsce pielęgnowania złudzeń. Do dziś ciąży to także na polskiej popularnej prozie współczesnej. Obecna proza brytyjska, nawet w swoim nurcie popularnym wierna jest społecznemu mimetyzmowi, imperatywowi prawdy i szczerości. Proza polska natomiast, na ogół przepełniona jest sztucznymi, konwencjonalnymi schematami i buduje obraz daleki od społecznego i psychologicznego realizmu, preferując kiczowate „bajki” odziane w pozór realizmu, dalekie od prawdy nawet wtedy, gdy ich akcja rozgrywa się w scenerii polskich wsi i miasteczek, od Pomorza i Mazur do Śląska i Małopolski. Dlatego, choć nie wypełni to „polskiej luki”, warto czytać taką prozę, jakiej przykładem jest „Powrót do Brideshead” Evelyna Waugh.

Evelyn Waugh – „Powrót do Bridesdhead”, przekład Irena Doleżal-Nowicka, Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2023, str. 418, ISBN 978-83-8191-636-3

Jastków 1915

Gdy przed laty jeździłem z Lublina do Warszawy i  z powrotem, szosą, zdarzało mi się zerkać z uwagą w bok, w czasie przejazdu przez miasteczko Jastków, nieopodal Lublina. W głębi parku można było bowiem zobaczyć strzelistą sylwetkę graniastosłupa upamiętniającego bitwę 4 pułku piechoty legionów polskich z wojskami rosyjskimi, a wznoszącego się nad cmentarzem poległych w tej bitwie. Polskich oddziałami, w tej bitwie która trwała od 31 lipca do 3 sierpnia 1915 roku, dowodził podpułkownik Bolesław Roja. Przemysław Benken, autor niewielkiej, bogato ilustrowanej książeczki wydanej przez Inforteditions, opis samej bitwy poprzedził zarysem sytuacji w przestrzeni działań wojennych w miesiącach ją poprzedzających. Jastków nie był z założenia jakimś szczególnie ważnym taktycznie czy strategicznie punktem teatru walk, lecz sytuacja przestrzenna tak się ukształtowała, że właśnie ta skromna miejscowość, wtedy właściwie jeszcze wieś, stała się miejscem historycznej bitwy. Ponadto, według przewidywań dowódcy, bitwa ta miała trwać krótko, nawet zaledwie kilka godzin, a także nie przewidywał on dużych strat. Rzeczywistość obróciła wniwecz te plany. Bitwa trwała prawie cztery dni, a liczba zabitych i rannych po stronie legionowej okazała się bardzo duża. Wywołało to niezadowolenie komendanta Legionów, brygadiera Józefa Piłsudskiego. Karol Bunsch, uczestnik bitwy, w przyszłości ceniony pisarz powieści historycznych (m.in. „Wawelskie wzgórze”, „Rok tysięczny”, „Psie Pole”, „Zawisza Czarny”) wspominał, że widział jak „pułkownik Roja składał Komendantowi raport z przebiegu bitwy. Tak mi się zdawało, jakkolwiek słów dokładnie nie słyszałem, że Komendant nie był zadowolony, a jeden z łazików, który stał bliżej, powiedział mi, że pułkownik  wyfasował „pucuwę” (został skarcony) i Komendant powiedział, że za rok tylu ludzi nie stracił, ile pułkownik Roja w tym dniu”. Inaczej akcentował przebieg bitwy Jerzy Gąsiorowski: „Za Lublinem raz jeszcze stawił Moskal zacięty opór. Trzy dni trwała gorąca bitwa pod Jastkowem, gdzie się głównie wsławili młodzi Czwartacy, biorąc szturmem ogromnie silne obwarowanie, czyli redutę (w Józefowie). Padło ich przytem 50-ciu, także wielu było rannych. Wszyscy podziwiali ich wielkie męstwo. Bitwa ta, zakończona zwycięstwem, otworzyła dalszą drogę w pościgu za uciekającymi Moskalami ku Litwie”. Józef Czechowicz, lubelski poeta w wierszu „Jastków” napisał: „To nie burza przemawiała w polu, pod Jastkowem, to raz po raz biły działa słowem piorunowem”. Ostateczny odwrót Rosjanie rozpoczęli w nocy z 6 na 7sierpnia po przełamaniu ich pozycji pod Lubartowem”. Piękną książeczkę o jastkowskiej bitwie zdobi okładka przedstawiająca obraz Jacka Malczewskiego „Nike Legionów”.

Przemysław Benken – „Legiony polskie w bitwie pod Jastkowem 31 VII – 3 VIII 1915”, Wydawnictwo Inforteditions. Połomia 2022, str. 64, ISBN 978-83-67111-45-4

„Mordowano ich strasznie”. Ukraińskie genocidum atrox

„W Stanisławowie siedmiu małoletnim chłopcom, którzy dostali się do niewoli, przed śmiercią wyłupiono oczy, obcięto języki i uszy. W Chodaczkowie Wielkim koło Tarnopola zamordowano cztery polskie dziewczyny. Obcięto im piersi i grano nimi jak piłkami. „Odkopaliśmy konnego gońca, który miał wycięty język, wyłamane ręce, wykłute oczy”. Dokonali tego na Polakach ich ukraińscy „sąsiedzi”. Takich opisów w tej książce jest wiele.

Wbrew istniejącemu być może wyobrażeniu, niewykluczone, że wynikającemu ze sporej częstotliwości poruszania w mediach przed laty sprawy okrutnej wołyńskiej rzezi ukraińskiej na Polakach, głównie latem 1943 roku, literatura na ten temat jest dziwnie bardzo uboga, n.p. w porównaniu  z obfitą już literaturą na temat zbrodni niemieckich czy na temat radzieckiego mordu w Katyniu. Wypada sobie bowiem uświadomić, że jak dotąd nie powstało ani jedno syntetyczne dzieło historiograficzne, naukowe, ukazujące na podstawie źródeł, relacji i literatury naukowej historię zbrodni ukraińskich na Polakach lub obywatelach polskich w XX wieku. Głośne przed laty i bardzo cenne, fundamentalne prace: Józefa Turowskiego i Władysława Siemaszko „Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane na ludności polskiej na Wołyniu” oraz Ewy i Władysława Siemaszko „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”, są zbudowanymi głównie z relacji świadków zdarzeń, lecz nie naukowymi,  a tym bardziej całościowo obejmującymi temat monografiami. Nie jest też taką „Wołyń we krwi 1943” Joanny Wieliczka-Szarkowej, praca o charakterze popularnym, wszechstronnie choć skrótowo ukazujące miejsca zbrodni, ich sprawców i następstwa tych zdarzeń. Rozdziały poświęcone tytułowym zdarzeniom poprzedzone są skrótowym kursem historii tego regionu od średniowiecza do lat wojny. Niech cytaty mówią same za siebie. W passusie poświęconym ukraińskiemu „sądowi doraźnemu” w Złoczowie czytamy, że „skazujący nie byli ludźmi prymitywnymi i niewykształconymi (…) wszyscy posiadali uniwersyteckie dyplomy”. W „dziesięciu przykazaniach” autorstwa twórcy nacjonalizmu ukraińskiego, intelektualisty Mykoły Mychnowskiego i w innych podobnych dokumentach można wyczytać jawne wezwania do eksterminacji ludności polskiej, choc nie tylko polskiej. Poza nim trzeba z nazwisk wymienić zbrodniczy, polityczny „kwartet” wodzów ukraińskich: Jewhen Konowalec, Andriej Melnyk, Stepan Bandera, Mikołaj Łebed, o poszczególnych, licznych dowódcach formacji zbrojnej w rodzaju Romana Szuchewycza czy „Kłyma Sawura” nie wspominając. Po tej dygresji kolejne cytaty: „Pocięte małe dzieci w wiszących kołyskach, krew wszędzie na ścianach i podłogach”. (…) „Wymordowano okrutnie w lesie cały orszak weselny. Wszyscy byli pokaleczeni, bez nosów, uszu, z wykłutymi oczyma”. (…) „blisko Krzemieńca małym dzieciom przed mordowaniem ich wykłuwano oczy, wyrywano ręce, nogi i języki. Tak strasznie umęczone przebijano widłami”, „palono ofiary żywcem”. „Dalej leża mój trzyletni braciszek Kazio. Miał wbity kołek w brzuch i tak konał”. Był to istny ukraiński „szał bestialstwa”. „Kobiety nawet ciężarne przybijali bagnetami do ziemi, dzieci rozrywali za nogi, inne nadziewali na widły, odrąbywali siekierami ręce, nogi, głowy, wycinali języki, odcinali nosy i uszy, wydłubywali oczy, wyrzynali przyrodzenie, rozpruwali brzuchy i wywlekali wnętrzności, młotkami rozbijali głowy, żywe dzieci wrzucali do płonących domów. Żywych ludzi przerzynali piłami, kobietom odcinali piersi, inne nadziewali na pale lub uśmiercali kijami”, (…) „wieszano ofiary za wnętrzności, skalpowano, rozrywano usta od ucha do ucha, wyrywano żyły, wpychano ostre przedmioty i martwe zwierzęta kobietom do pochwy, zakopywano żywcem, wieszano za genitalia, wbijano na pal”, a opisy te nie wyczerpują różnorodności ukraińskiego bestialstwa. Historyk Aleksander Korman ustalił aż 362 metody ukraińskich tortur w stosunku do Polaków.  Czy nie wystarczyło im tylko po prostu, „po ludzku”, „humanitarnie” zabić, musieli to czynić w tak okrutny sposób?

Puenta: we Lwowie, Drohobyczu i Iwano-Frankowsku (dawny Stanisławów) stoją pomniki Stepana Bandery, a prezydent Wiktor Juszczenko przyznał przywódcy UPA tytuł Bohatera Ukrainy (odebrał mu go ten zły, o zgrozo, prorosyjski Wiktor Janukowycz). A przemawiający codziennie od 24 lutego prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński ani razu nawet się nie zająknął o tych zbrodniach, nie mówiąc już o przeproszeniu Polaków, którzy tak hojnie, „z otwartym sercem’, jak zwykło się mówić, ugościli Ukraińców w wojenny czas.

Joanna Wieliczka-Szarkowa – „Wołyń we krwi 1943”, Wydawnictwo AA, Kraków 2013, str. 399, ISBN 978-83-7864-260-2

Niejednemu na imię „Kain”

Andrzej Madej jest polskim zakonnikiem pracującym od wielu lat w poradzieckiej Azji. W zeszłym roku omawiałem tomik jego poezji „Choinka w łagrze” (2021), nawiązujący do życia syberyjskich zesłańców polskich w czasie II wojny światowej. W tym roku ukazał się kolejny tom jego poezji, „Godzina Kainów”, nawiązujący do wojny na Ukrainie. Poezja Madeja jest emocjonalna, zaangażowana, ekspresyjna („biesy zwołują się na ucztę węsząc zapach potoków krwi, które wnet splamią otuloną jeszcze śniegiem ziemię”), ale też preferuje on formy proste (najkrótszy z wierszy tego zbioru, zatytułowany „List do prezydenta Rosji” brzmi: „W imię Jezusa Chrystusa/proszę Was/ niech pan zgasi ogień wojny”). Wiersze składające się na „Godzinę Kainów” są chrześcijańską i ludzką jeremiadą nad męczeństwem Ukraińców padających ofiarą zbrodni rosyjskich. O poezji pisze mi się trudno, nie dysponuję właściwym do jej analizy językiem. Dlatego odniosę się tylko do przesłania tych wierszy – współczucia okazywanego Ukraińcom. Ponieważ cenię wiersze Madeja, poety naprawdę niezłego, to wyrażę czytelniczy w stosunku do niego postulat. Chciałbym, by jako poeta polski ofiarował nam kiedyś tomik wierszy, który byłby jeremiadą nad strasznym losem Polaków bestialsko i  z krańcowym okrucieństwem zamordowanym przez Ukraińców na Wołyniu i w innych miejscach w latach czterdziestych XX wieku. Mógłby Andrzej Madej jako motto owego zbioru umieścić te oto słowa pochodzące z mickiewiczowskich „Dziadów”: „Jeśli zapomnę o nich, Ty Boże na niebie zapomnij o mnie”. Dla inspiracji dedykuję księdzu-poecie Andrzejowi Madejowi taki oto opis, pochodzący z książki Joanny Wieliczki-Szarkowej „Wołyń we krwi 1943”: „W Stanisławowie siedmiu małoletnim chłopcom, którzy dostali się do niewoli, przed śmiercią wyłupiono oczy, obcięto języki i uszy. W Chodaczkowie Wielkim koło Tarnopola zamordowano cztery polskie dziewczyny. Obcięto im piersi i grano nimi jak piłkami. „Odkopaliśmy konnego gońca, który miał wycięty język, wyłamane ręce, wykłute oczy”. Dokonali tego na Polakach ich ukraińscy „sąsiedzi”.

Andrzej Madej  „Godzina Kainów”, Misyjne Drogi, Poznań 2022, str. 80, ISBN 978-83-63775-63-6

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko