Wioletta Jaworska – Niezwykła poezja Małgorzaty Wójtowicz

0
57

Małgorzata Wójtowicz – urodzona na Śląsku w Cieszynie, obecnie zamieszkująca Podkarpacie. Z wykształcenia pedagog, pracowała jako nauczycielka języka polskiego, redaktorka i korektorka. Nazwisko mignęło mi parę razy na grupie poetyckiej Nieszuflada stworzonej na facebooku oraz w najnowszej antologii Ogrodu Ciszy zatytułowanej Ogrodowe kreacje. Słowo o poetyckiej kompozycji napisała niedawno Kinga Młynarska, w tym również o wierszach Małgorzaty: Niezwykle poetyckie przestrzenie tworzy Małgorzata Wójtowicz. Niesamowite pod jej piórem są zagadnienia takie jak upływ czasu, starość, śmierć, bieg natury. Niby tak wszechobecne tematy, a okazuje się, że jeszcze można o nich mówić
w ciekawy sposób. Magiczna poezja!
 Rzeczywiście jest coś magicznego w pisaniu Wójtowicz, bo wiersze zatrzymują. Czyta się je kilka razy, aby uwypukliła się myśl ubrana w piękne słowa. Bije z nich mądrość, świadomość pisania i ciepło. Jakże więc miło było otrzymać tomik od autorki o tytule Jeszcze i odnaleźć niektóre już mi wcześniej znane frazy
i teksty. Zerknęłam na datę wydania – 2017. Czyli te świetne utwory powstały, a może inaczej, zostały utrwalone pięć lat temu! Jak to możliwe, że tak dobre pisanie żyje
w poetyckim zaciszu? Bardzo dobrze, że autorzy publikują w sieci. Wtedy po nitce można dojść do kłębka, jakim jest właśnie poetycka książka.

Wydawca książki napisał: Na takie wiersze czeka się długo jak kot na ciepło pieca w za długą jesień. A później mruczenie i odejście w sen. Bo te wiersze, to ciepło, mruczenie i sen. Chciałoby się, żeby mogło to trwać bez końca jak fioletowe godziny Eliota. Zachęcająca nota, prawda? Zwłaszcza w jesienny listopadowy dzień. Kto nie chciałby się ogrzać? Na pierwszej stronie wita mnie wers: „To nie jest prawdziwy wiersz”, a we mnie budzi się skojarzenie
z moim wierszem z drugiego tomiku: „to nie będzie dobry wiersz”. O! – myślę sobie – Jak
u siebie w domu!

Na drugiej stronie odnajduję już mi znany Ptasi widnokrąg: „Sen przychodzi za późno.
W ciemności rosną pisklęta,/ dźwięk z trudem przebija się przez ścianę./ Poranek jest pełen obsesji, natura pośpiesznie/ usuwa rekwizyty, aż w końcu pozostaje/ płachta błękitu bez szarego nadruku skrzydeł./ Lubię minimalizm, proste kształty, wystarcza mi żarówka/ zamiast żyrandola, milczenie pożółkłych zdjęć,/ ale teraz modlę się o ptaki./ Niech mnożą się, mieszają horyzonty, wyprężone/ jak strzały, odprawiają jarmarczne nabożeństwo,/ aż ich obraz zetnie mnie z nóg. I pozwoli w dłoni/ uwięzić niepokój”. Pamiętam jak zachwycił mnie ten wiersz. Lubię takie właśnie opowieści, gdzie pomiędzy wersami snują się nitki babiego lata albo świtu, klimatyczne obrazy i całość domyka mocna puenta. Natomiast Telluryczne linie kuszą ciepłem domu, zapachem drożdżowego ciasta i głębią studni. Są swoistym studium przemijania. Linie jak zmarszczki, telluryczne, bo przecież podlegamy grawitacji. Bohaterka w ostatnich wersach podsumowuje całość: „Przez sekundę czuję, że mój czas się zwija/ i pęka jak kora brzozy./ Bieleje”. Coraz mniej nas.


„Poczułam serce, jakbym je jeszcze
miała na tę krótką chwilę, na czułość,
z jaką patrzyłeś na żonę wymiotującą

do miednicy przy szpitalnym łóżku,
umierającą dosłownie, bez przenośni.
Nigdy nie szukałam Boga, najpierw było
go za dużo w drewnianej kołysce, a potem
nie mieścił się na cieszyńskich uliczkach,
za wąskich na wiarę. Szukałam przyjaźni
i dojrzewałam do rozstania.
Może gdybym umiała oswajać przestrzeń,
dotykać zmarszczek, zatrzymałabym na chwilę
siebie na brzegu Olzy, do której spływał słowami
twój Bóg. Usłyszałabym śmierć. Bez niej
jestem dzisiaj jak poganka”. (Czytałam w nocy twoje wiersze, s. 10)

W wierszu Jeszcze przez chwilę odnajduję perełki: „Lato zostawiło poranione kolana, zdarte
z przeszłości/ strachy (…) igiełki szronu w oddechu/ i milczenie osiadające plamami na szybach.// Zamarzające spojrzenia między nami są jak martwy język”.

Tomik jest podzielony na dwie części, pierwsza nosi nazwę „podzielnik”, a druga „konterfekty” – co oznacza obraz, podobiznę lub wyobrażenie. I rzeczywiście w drugiej części odnajduję portrety.

„ Mój prastary duch mieszkał w kozie i palmie,
doświadczał okrucieństwa walki,
uczył się cierpliwości od rybaka.

Po raz kolejny przyszedłem na świat w Wilnie
jako syn żydowskiego księgarza,
z dzieciństwa pamiętam kołyskę utulną,
długie noce, pustkę i chłód.

Ogrzali mnie chasydzi,
światło dotykało wileńskich piwnic,

w gorączce patrzyłem,
jak drukarnia ojca płonie,
języki ognia pochłaniają kolejne bele papieru,
liżą mój strach, oplatają ojca,
a płomienie unoszą jego krzyk.

Ty ojcobójco – mistrz Towiański wiedział,
że trawi mnie ogień.

Zapijałem głód wodą, by ugasić pożar,
chrzest przyniósł tylko nowe imiona –
Jan, Andrzej,
nie oczyścił mnie, nie zbawił.

Byłem najwierniejszym Żydem
w Kole Sprawy Bożej. Dzisiaj wiem,
zgubiłem drogę.
Wybrałem zwyczajność, nie pali, nie boli.
Seks za pieniądze, zamknięte drzwi.
Kiedy duch się kurczy, syte ciało puchnie,
zjada godziny, trawi wspomnienia,
rozrasta się i mości w codzienności –
jest dobrze, jest bezpiecznie.

Ruszam drogą ojca,
przede mną kamyczki, kosteczki
obrane przez samotność”.
(To ja, Gerszon Ram, chodziłem ze słowem w Sprawie Bożej, s. 35)

Całość wierszy zawartych w książce sprawia wrażenie wspomnieniowych i może stąd przenika nas i urzeka żar przeszłości z domowego ogniska, napotkanych na drodze życia ludzi. Ważnych, bliskich, skoro ich portrety zamieszkały w wierszach. Każdy z nich ma ciekawe rysy osobowe, każdy wchodzi w jakąś relację z bohaterką książki. Być może zapis jest ku pamięci, a może też jakiegoś rodzaju rozrachunkiem. Dopóki trwa pamięć, trwa ich istnienie. Uwiecznienie na kartach zapewnia postaciom długowieczność. A każdemu czytelnikowi smakowite kęsy. Tych wierszy nie da się przeczytać jednym tchem. Tutaj się wraca, zawraca. Powtarza. Delektuje się słowem i zdaniem, obrazem, zapachem, dźwiękiem. Trochę tak jak z wracającą frazą Rilkego w wierszu o samotności. Przewija się w wersach, zmienia, drży jak drobinki wody podczas parzenia kawy.

Bohaterka niesie w sobie zakorzenione ziarna niespisanych wierszy. Biegną niebieskimi liniami, ranią ostrymi brzegami, rosną, stają się ciężkie jak głód ich wyrzucenia z siebie. Głód jak u Ezawa, gdy kusiła go miska soczewicy.

Dotknij jeszcze raz z prologiem słów Thomasa Stearnsa Eliota O fioletowej godzinie: „(…) Próbuję odczytać słowa,/litery pulsują fioletem chmur/ i chwilę jeszcze krążą z limfą.// Powiedz, kim jesteś, nazwij mnie.(…) Tkanka wiersza pozostaje czysta i trzeźwa./ Gładka jak skóra nastolatki”. Przewija się w utworach ciężar słów, są „jak fałdy ziemi”, dramat rozstań, mijania czy niezrozumienia, albo raczej niedopowiedzenia. Słowa mają ogromne znaczenie. Te wypowiedziane i te niewypowiedziane, które stają brzemieniem szukającym ujścia.

„(…) Między nami jest ostatnio bardzo cicho./ Rozdziawione bramy kamienic rezonują,/ czekając na tajemnicę”. (Alergia, s. 22)

„(…) W ciszy, która nastanie, powstaną smugi/ i niczym włosy wplączą się w cudze obrazy, wiersze./ A ja będę zagryzać wargi na każdym słowie”. (Trop, s. 23)

„Rodzę się w Tobie ciszą,/ słychać jak wzbiera i kwitnie krew,/ topnieje śnieg, który zdążył się wcisnąć/ na parapet, chociaż zawiei tu dawno nie było.// Wrastam w ciebie kamieniem,/ ręce stwardniały na pięść,/ zlizujesz z nich ciężar i sól,/ spełnienia tam jednak nie znajdziesz./ Głodem do ciebie rosnę/ jak fala, która zaraz wedrze się w ląd,/ mokre słowa rozgryzam do krwi./ Czekam na drugim brzegu,// obca i żywa do bólu”. (Kiedy odkrywam swój język, s. 26)

Czekam na drugim brzegu – podzielnik. Na zawsze pozostajemy w swojej skórze. Przeniknięcie do wnętrza drugiej osoby wymaga niezwykłego pomostu, dialogu i odwrotnie, otwarcie siebie wobec innych ludzi jest aktem odwagi, zaufania i umiejętności. Inaczej możemy dryfować wokół siebie na zawsze pozostając podzieleni tworząc „światy równoległe/ drzemiące w fotelu na wszelki wypadek”.

Na koniec przytoczę jeszcze jeden wiersz, który oczarował mnie swoją prostotą:


                Ojcu

„Widziałam,
jak rosło na tobie ubranie,
opadały za duże słowa,
Ciepły ból
otwierał ciało nagle
jak dreszcz.
Zapomnij.

Ja nie.

Rankiem zniknąłeś
razem ze szpitalnym kubkiem.

Został tylko cień
wędrujący skrajem okna
i szron na szybie”.
(Szeptem, s. 48)


Tomik poetycki Jeszcze domaga się czytania. Myślę też, że przede wszystkim domaga się kontynuacji. Tak więc czekamy na zbiór najnowszych wierszy.

Wioletta Jaworska

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko