Irena Nyczaj – W podróży. Misja *)

0
104
Maria Wollenberg-Kluza
Maria Wollenberg-Kluza

Przedążaliśmy uparcie swój czas, pod prąd,
wszystkiemu na przekór.
Co tchu w piersiach wciąż tam powracam,
pędzę gwarnymi ulicami, myląc zawistne pogonie.

Ulicami buńczucznej młodości”

Jechał do swojego miasta, które go tak naprawdę nie chciało. Wybrał więc inne, a teraz wracał we wspomnienia młodości. Przypomniał monumentalną wystawę w monumentalnej Hali Gwardii. Z udziałem wybitnego muzyka, który powiedział, że marzył o tym, by zaśpiewać pośród obrazów eksponowanych na wystawie.
Mocno nagłośnione syntezatory wyostrzyły moje widzenie. – Podróżny popatrzył w migające za oknami pędzącego pociągu kadry. Te zlewały się tworząc przedziwne, abstrakcyjne malarstwo. – Dużo rzeczy na poziomie warsztatowym – skonstatował – ale też kilkanaście świetnych zamysłów, wykonanych z rozmachem i talentem. Niezły to prognostyk. Apel o oddanie Hali – od czasu do czasu – we władanie sztuki… Wystawę-gigant zwiedziło sto tysięcy osób. Wprost nieprawdopodobne. W księdze pamiątkowej nie znalazłem miejsca na wpis. Opinie sprzeczne. Słowa okrutnie surowe na przemian z zachwytami. Hasło imprezy: „Każdemu czasowi jego sztuka”.

Drzwi przedziału uchyliły się. Podróżny oniemiał. Czesław Niemen wszedł, uprzejmie pozdrowił współtowarzysza podróży, i jak gdyby znając jego myśli i wspomnienia, wkomponował w nie swój głos. Komentując je, upomniał się o przeszłość i przyszłość, czy raczej przeszłość wraz z teraźniejszością dla przyszłości.

– Nie zapomnę kapitalnej deklamacji wiersza Zbigniewa Herberta z Pana Cogito o sztuce, z towarzyszeniem syntezatora, Pana, Czesławie, cudownej, nowoczesnej muzyki – powiedział w zamyśleniu podróżny. – Publiczność nie chwyciła zamysłu, dopominała się śpiewu, rytmu. Muszę popróbować takiej deklamacji moich wierszy z pomocą pianina. Znakomicie można wyakcentować najważniejsze sensy, gdy wiersz jest nimi naładowany, i podczas zwykłej recytacji nie ma czasu na zastanowienie. Taka deklamacja eksponuje atmosferę i wymowę.

Długo rozmawiali, aż do chwili gdy słynny Czesław pożegnał się, życząc koledze poecie szukania nowych form prezentacji utworów. „Muzyka ciszy – kompozycja na liście. Czy ją usłyszysz?”. Te nieoczekiwane i nieoczywiste słowa zastanowiły go. Jakby w odpowiedzi, uświadomił sobie, że przecież ciągle poszukuje. Tak, swoją misję upatrywał przecież nie tylko w twórczości własnej. Był zapalonym opiekunem młodych poetów, rozpoczynających swą twórczą drogę. Opiekował się młodymi zrzeszonymi w Korespondencyjnym Klubie Młodych Pisarzy. Organizował seminaria literackie, zapraszał uznanych twórców, by dzielili się swoimi przemyśleniami z wstępującymi na wymagającą poetycką ścieżkę.

Dziwny jest ten świat
czy zmienisz go, gdy zmierzysz,
ile on jest wart

„Jest rok 1988. Najpierw odebrałem z drukarni trzy pierwsze arkusiki poetyckie Biblioteki <Okolic> pod moją redakcją: Hanny Kowalewskiej Winoroślinność, Lecha Lamenta Z wieży Tybińskiej, Urszuli Piątkowskiej-Zaremby Coraz bliżej. Ciekaw jestem spotkania z tymi młodymi w SDK 20 września, żeby tylko nie przy pustych krzesłach.
Głupkowate, złośliwe ataki niektórych kolegów na kieleckie arkusze poetyckie trzeba będzie przy okazji wykpić. Należy umożliwiać startującemu tyle, na ile go stać! Nie blokować rozwoju kryterium książki, na którą debiutant czeka parę lat. Formuła arkusza drukarskiego pozwala go szybko, wcześniej ujawnić i nie niesie za sobą ryzyka. Młodość nie jest cierpliwa – pozapominali <koledzy>, niegdyś zaczynający swą dróżkę poetycką… właśnie arkuszowymi tomiczkami (dwóch wydało je w 1965 roku). Może nie chcą pamiętać…?

Formalne względy przynależności do ZLP należy zostawić związkowej Komisji Kwalifikacyjnej.
Jestem przekonany, że tomik przygotowany po arkuszu jest lepszy, dojrzalszy. Czasem bywa, że od razu starcza wierszy na normalny objętościowo zbiorek. Jednak bardzo rzadko. Nie środowiskowe kalkulacje, formalizacje powinny decydować, lecz  w y c z u c i e. Zdaje się, że je mam”.

Wiele z tych osób, które zaczynały w KKMP i rozpoczęły właśnie tymi arkuszami, zostały potem, jak Lech, uznanymi literatami, członkami ZLP, nagradzanymi i cenionymi. Zamyślił się, patrząc w okno pociągu. Mignęły przed oczami ciekawe obrazy.

Za oknem
ziemia osłaniając nagość
przedąża mnie
całym rozpędem
W powietrzu tylko strzępy
spłowiałego pokrowca jesieni
Odejmuję wzrok
Różnica wynosi ocalenie

„Z paczką arkuszy poszedłem do łańcuckiego zamku. Zaskoczyło mnie, że prawie nic nie pamiętam z odwiedzin w roku ‘64. Wtedy przyjechałem tu rowerem, wprost rozpierała mnie energia. Pociągała przestrzeń. I nie brakowało mi odwagi.
Dziś zamek zachwyca, jakoś tak osadza wewnętrznie i uspokaja. Oto coś kiedyś ustanowione – trwa mądrością kunsztu.
Chciałbym zobaczyć swój Puls na scenie przepysznego zamkowego teatrzyku, wymarzonego na inscenizacje małoobsadowe z muzyką, poetyckie dla kilkudziesięciu osób. Ale usłyszałem: – Tu się nie wystawia żadnych sztuk. Widać, teatr cicho czeka na gong po dwustu latach, kiedy obok w maju i lipcu rozbrzmiewają w przyległej sali balowej koncerty zaaranżowane przez Bogusława Kaczyńskiego.

Za parkiem przebogata kolekcja powozów. Tylko zaprząc poczciwą wyobraźnię… i do Wiednia, Paryża, gdzie nie dowiozły mnie dotąd samochody.

A przecież mojemu Opolu zawdzięczam wielkie artystyczne przeżycie związane z działającym tam nowatorskim Teatrem Laboratorium „13 Rzędów” Jerzego Grotowskiego. Byłem zafascynowany nowym, odkrywczym spojrzeniem na wielką klasykę w rewelacyjnych przedstawieniach. Oddziałał na moją wyobraźnię, wywarł pewien wpływ na poezję. Przekonał do transgresyjnej koncepcji człowieka, potrzeby ustawicznego przekraczania siebie, ciągłego poszukiwania nowych rozwiązań, obowiązku permanentnego samodoskonalenia się”.

Kiedy wchodził do swego Teatru Laboratorium
o najmniejszej obsadzie najwspanialszych aktorów
(w czarnym ubraniu, ciemnych okularach –
jak z mrocznych snów Junga i Sartre’a),
z każdym otwarciem Jego ramion ku nam
mała sala rozwierała się przestronnie na świat.

Za oknami pociągu z chmury pyłu i dymu – deszcz nieschnących strapień. Jedzie do miasta swojej młodości z trudną misją. Poproszony o to przez kolegów z Zarządu Głównego zgodził się. Jakże odmówić, kiedy zawsze stawał do walki w słusznej sprawie, a jeżeli dotyczyła ukochanej działalności literackiej… Spojrzał w okno pociągu.

Pór roku barwy
w pięknie pieśni zaklęte
usta zamarły

Usłyszał Głos Przyrody:
Do niczego przecież nie doszłam. A wy… Ach, jakże jesteście świetnie zorganizowani! Cóż mogłabym wam przeciwstawić? Ślepe żywioły? Kiedyś były owszem skuteczne (świadczą o tym chociażby panteony bóstw). Jestem bezsilna wobec praw ekonomicznych. Przyznaję – nie mam już żadnych szans”.

Ktoś uchylił drzwi przedziału i zajrzał doń mężczyzna o twarzy tak niespotykanej, że podróżny nie mogąc oderwać wzroku od oryginalnej fizjonomii, gestem zaprosił nieznajomego do zajęcia miejsca. Jaki podobny do mojego młodego bratanka! – pomyślał pasażer. – Piwne wyraziste oczy, ładnie zarysowane usta i włosy – jakich teraz nie noszą – długie do ramion, falujące. Niczym z dawnego obrazu…

Nieznajomy utkwił w towarzyszu podróży przenikliwy wzrok i jak gdyby czytając w jego myślach rzekł:
– Cnota to wiedza, Bóg zaś to pojęcie, bezosobowa siła – przyroda, natura, materia, wszechświat – podlegające racjonalnym prawom, noszące różne nazwy dla tej samej podstawowej substancji mającej charakter logiczny i racjonalny. Zatem wszystko, co się dzieje we wszechświecie, musi również podlegać ściśle logicznym i racjonalnym prawom, jest więc też ściśle zdeterminowane.
Czas, o nie – zawołał podróżny – wszechczas bez początku i końca! Przestrzeń, skądże, wszechstrzeń stale się rozszerzająca, jakby wciąż brakowało w niej dla czegoś miejsca. Brniemy pośród ciemności, blado przyświecając sobie nadzieją. Długa linia nadziei na dłoni…
– Tak… ma Pan rację. Wszak lęk nie może istnieć bez nadziei, ani nadzieja bez lęku. – Przybysz chętnie kontynuował, przedstawiając swój tok myślenia, a podróżnemu zdało się, że ich myśli są zadziwiająco spójne, jakby pochodziły z jednego umysłu i jakby wypowiadane słowa wydobywały się z jednych ust, nieważne czyich w danej chwili.
– Jestestwo wieczne i nieskończone – mówił – które nazywamy Bogiem, czyli Naturą, działa z tą samą koniecznością, z jaką istnieje. Nie istnieje nic, z natury czego nie wynika jakiś skutek. Większość błędów polega tylko na tym, że nie stosujemy właściwie nazw do rzeczy. Zniekształcenie prowadzi do nieporozumień…
Wyjątkowo przywiązaliśmy się do naszych pojęć – odezwał się w zamyśleniu podróżny – zastępują nam kanciaste przedmioty, mieszkają w nas, niektóre zajmują nawet duży nazwometraż. Bez względu na pogodę wyglądają oknami mózgu na świat. Odważnie zeskakują z tarasu języka, by wpaść napotkanej ciekawości w uszy. Wysoko cenimy sobie ich obecność w nas, ich udział w zebraniach myśli przeciągających się do późnych godzin życia
– Pan jesteś poetą – powiedział z uśmiechem nieznajomy. – Lubię poezję, ale bardziej zajmuje mnie filozofia. Chociaż… muszę też robić coś zupełnie innego, nijak nie przystającego do moich zainteresowań. Proszę pokazać swoje okulary. Widzę, że soczewki są grube, chyba 15 dioptrii.
– 16… – odpowiedział zaskoczony współpasażer. – Zna się pan na tym?
– Tak, zajmuję się zawodowo szlifowaniem soczewek okularowych. Tym zarabiam na utrzymanie. Kiedy będzie pan miał sposobność, proszę mnie odwiedzić w pracowni. Doprowadzę pańskie okulary do porządku. Teraz już na mnie pora. Miło było pana poznać i ciekawie porozmawiać.
Wyjął z kieszonki coś jakby karteczkę, co okazało się być pięknie wykaligrafowaną wizytówką, jakie nieczęsto można dziś spotkać. Krótko rzekł: Do zobaczenia i wyszedł, cicho zamykając drzwi przedziału.
Podróżny zbliżył do oczu wizytówkę i przeczytał wypisane piękną czcionką: Benedictus Despinoza. Dalej widniał adres zakładu optycznego w Hadze.

Tak, to również jego myśli, jego poglądy. Też uważał, że świat najlepiej poznawać za pomocą metod używanych w matematyce czy geometrii. Szanował te nauki, jako że uznawał prymat nauki i logiki. Zrozumienie… Przypomniał słowa wielkiego filozofa: „Im lepiej rozumiesz siebie i swoje emocje, tym bardziej zaczynasz kochać to, co jest”, „Jeśli nie chcesz powtarzać przeszłości, przestudiuj ją”. Jakie to mądre i ponadczasowe. A jego wspaniała wypowiedź o zabobonach! „Zabobon jest zatem zrodzony, zachowany i podsycany przez strach”. Jakże to celne stwierdzenie. Przecież u podstaw takiej wiary leży ignorancja, niewiedza, z której bierze się strach. I wówczas człowiek szuka, zamiast racjonalnego, innego zgoła wytłumaczenia, sięgając nierzadko do pomocy rozlicznych, żerujących na takich właśnie naiwnych ignorantach, przebiegłych oszustów, manipulatorów.

Na sądzie wiary
w drżącym półmroku
tylko ławy puste
siedzą dostojnie

Wsparci o ciszy wysoką kolumnę
sami sobie klęczymy
misterium rozstania

Świece dłoni złożonych
skwierczą w głuchej nawie

Płomyki wstydu
zlizują z twarzy
ostatnie ślady relikwii

Na sądzie wiary”


„Rozpoczęła się olimpiada. Jest wrzesień ’88 roku. Już nie czekałem na nią, niestety, jak na poprzednie. Może wskutek nadmiaru kłopotów codziennych powodujących przytępienie emocji? Może z braku sukcesów polskich zawodników w ostatnim czasie? A może po prostu oddalam się od sportu, pasuję nie tylko jako potencjalny zawodnik, lecz i kibic? Co mi jednak zostało, co przykuwa na godzinę, dwie do telewizora? Fascynacja rekordami, przekraczaniem granic możliwości człowieczych, fizycznych zdolności. Tak na przykład z ostatnich tygodni wynik Kubańczyka w skoku wzwyż – 2,43. Usłyszałem o nim w radio. Byłem oszołomiony. Cóż, w Seulu nie będzie Kubańczyków… Nie wyjdą na ring kubańscy bokserzy, wnoszący w tę kapitalną i wciąż mnie porywającą męską dyscyplinę niesłychaną dynamikę i fantazję. Przybledną nieco w Seulu medale za boks, przyblednie medal zwycięzcy w skoku wzwyż. Chyba że poprzeczka poszybuje na 2,45, w co, doprawdy, trudno uwierzyć.

I w sporcie obowiązuje ta zasada,
że umiejętność liczenia we wszystkim na siebie
to więcej niż wyższa matematyka
.

Nie poszedłem na imprezy II Dni Polskiej Literatury Współczesnej. Pomimo że przyjechał Harry Duda, pomimo obecności Zygmunta Wójcika. Tym razem odstręczyło – podobnie jak moich kolegów z Kielc – chamstwo przewodzącego związkowej komisji przygotowującej Dni.

Dokąd aroganci będą znajdowali posłuchanie u garstki klakierów-karierowiczów? Póki nie zatrzeszczy piedestał stanowisk i funkcji. Chyba już chwieje się w posadach. Władzy rozbicie środowiska nie jest na rękę. Nim się wszak kapnie, że jej pupil ponosi odpowiedzialność, szkód do naprawienia narobi się za wiele. Coraz ciężej będzie poupychać głąbów na posadach. A z Komitetu trzeba się ich co prędzej pozbyć. Natychmiast. Gdzie? Zdegradować do małych satysfakcji niekolących w oczy.
Po kieleckim bruku z Żeromskiego na Ściegiennego wiezie stara, wysłużona dorożka twardogłowego mianowanego na szefa DK. Załoga broni Domu… Każe zawracać. Chce specjalisty od kultury.

Swąd dżdżu w powietrzu zdradza mi innych
bezbronną odwagę, kontrulewę głosów
Jakby ulica podniosła się z kolan
chórem mieszanym
ku przyszłej tęczy

Przywiozłem do Staromiejskiego Domu Kultury pierwsze arkusze Biblioteki <Okolic>. Zamiast zadowolenia i podziękowania wybrzydzanie i utyskiwanie. Wyraźna niechęć wobec <Okolic> i… w stosunku do mnie. Przykre. Tym bardziej że jeszcze nie tak dawno zgodnie współpracowaliśmy, organizując seminaria, np. w ’86 i ’87, zaproponowane i prowadzone przeze mnie Ogólnopolskie Seminaria Literackie Młodych w Cedzynie.

Owszem, zauważałem niejakie maniery, kaprysy, robienie łaski przy finansowaniu. Ale nigdy nie byłem drobiazgowy czy małostkowy, z kierownictwem rozmawiałem zawsze przyjaźnie, uczciwie. Sądziłem naiwnie, że się rozumiemy. Niedobrze. Rwą się wątki. Wyostrzają reakcje, jakieś urazy, zawiści, pretensje, ambicje (ambicyjki instytucjonalne, interesiki grupkowe). Jeśli rozgorzeje konflikt, wycofam się. Nie warto trwonić nerwów. Sprawy, o jakie trzeba by kruszyć kopie, nie mają aż tak dużego znaczenia. Pora przyoszczędzić energię. Nie forsować uparcie straconych pozycji”.

Sam jeden
wbrew
z podniesionym czołem
i serca granatem
odbezpieczanym
kiedy skądkolwiek
nadciąga czołg tłumu

Nie może odpuścić. Nie zostawi przecież całej grupy młodych początkujących poetów, skupionych w KKMP, tak chętnie biorących udział w literackich spotkaniach. Zamyślił się, wsłuchując w miarowy stukot kół pociągu.

Goły tor naciągnął wełniany dym
aż pod zwrotnicę
przy której od lat bluzy spracowane
pilnują kursu awangardowego

„Rano (19 września ’88 roku) udane spotkanie z Jankiem Mołdą. Na powrót – po kilkumiesięcznym impasie – zrozumieliśmy się. Przyjął koncepcję wakacyjnych, organizowanych w ramach wczasów, Nauczycielskich Konfrontacji Literackich z przygotowywaną wcześniej prezentacją klubów i kończącym sympozjum na temat najważniejszych wydarzeń literackich minionego roku. Przekonałem też Janka do powieściowo-eseistycznej formuły nauczycielskiego konkursu im. Henryka Sienkiewicza. Bo skąd wziąć dziś środki na zlecenie pokonkursowego druku tomików wierszy czy zbiorów opowiadań?
Almanach <Słowo> dokonujący przeglądu sytuacji w nauczycielskim ruchu literackim, poetycko-plastyczny album Nasze krajobrazy (w wyborze Janka) – to w miarę realne zakusy wydawnicze. Praca nad bibliografią 20-lecia NKL nie pozostanie w maszynopisie!

Rozmowy podczas otwarcia Warszawskiej Jesieni Poezji krótkie, rwane, ale jakże serdeczne z Jankiem Brudnickim, Andrzejem Waśkiewiczem, Wieśkiem Kazaneckim…
Potem w <Okolicach> z Andrzejem Żmudą przemyślenia jutrzejszego spotkania w SDK i dalszych losów biblioteczki arkuszy poetyckich.
Wieczorem, 20 września ’88, poprowadziłem w sali kameralnej SDK spotkanie z pierwszymi autorami arkuszowej Biblioteki <Okolic>: Hanną Kowalewską i Lechem Lamentem. Przyszło kilkanaście osób, m.in. Andrzej Żmuda, Olek Nawrocki, Janek Brudnicki, Olek Migo.
Wprowadzenie i charakterystyka podobały się. Miałem więc choć trochę satysfakcji, kompensującej częściowo przykrości sprzed dwóch dni. Kierownictwa SDK na spotkaniu nie było… Czuję, że współpraca się załamie. Kto stanie się współfinansującym Bibliotekę <Okolic>? Czy będę ją dalej redagował?
Następnego dnia (21 września) po południu wyjazd na spotkanie autorskie do Wołomina w bibliotece na os. Hibnera. Obszerne wprowadzenie dał Boguś Żurakowski, wywodząc – swym zwyczajem – poezję od pieśni (obsesja meliczna). Ale przytoczył też nieznaną mi definicję zdrowia wypromowaną przez UNESCO. Zdrowy człowiek to taki, który odznacza się dobrą kondycją psychofizyczną, wrażliwością etyczną i estetyczną. Platońskie kryterium dobra i piękna, zdaniem Bogusia, niezmiennie obowiązują w poezji.
Wypowiadałem się i czytałem swoje wiersze zostawiając, zdaje się, dobre wrażenie.
W drodze do Wołomina Boguś opowiadał zabawną historię o tym, jak gdzieś żądano, by przyjął rolę… tłumaczki z języka niemieckiego. Na nią właśnie czekano, a tu zjawił się on. Osłupiał, gdy zapytano, <czy pan jest tą tłumaczką?>. Dawno się tak nie uśmiałem.

30 września wystąpiłem w Warszawie na naradzie zwołanej przez Wydział Pedagogiczny ZNP z uzasadnieniem wprowadzenia do kalendarza nauczycielskich imprez kulturalnych 1) konkursu im. Henryka Sienkiewicza na powieść (historyczną lub współczesną), powieść dla młodzieży i książkę eseistyczną o walorach kształcących, 2) ogólnopolskich nauczycielskich konfrontacji literackich w ramach wakacyjnych dorocznych wczasów, tyle że w 2 połowie lipca lub 1 połowie sierpnia, by mogli wziąć udział także piszący nauczyciele akademiccy. Dają się coraz bardziej we znaki niedobory finansowe, ostudzają animatorski zapał.

1 października miałem w Opolu na seminarium NKL dłuższą wypowiedź krytycznoliteracką o twórczości poetyckiej Wieśka Kazaneckiego. Starałem się, by sam poeta dał się wciągnąć w tok moich myśli. Chyba sprostałem oczekiwaniom kolegów, przyjaciół. I Wiesiek, i Harry, a także Tadek Soroczyński zaaprobowali. Tylko Andrzej P. poczuł się zagrożony inwigilacją w święte tajemnice tworzenia. Bunt nie na wiele się zdał, bo potem przyszło mu prowadzić warsztaty, dociekać tajników poetyckiej duszy Karoliny Turkiewicz-Suchanowskiej.

W dniach 25-28 października ’88 brałem udział w Dekadzie Współczesnej Literatury Polskiej w Opolu, zorganizowanej przez Dom Książki i ZLP. Spotkanie w Pakosławicach nad Nysą zakończyło się biesiadą z dobrym jadłem i przednim winem.
Byłem też w słynnej 5-tce u mojej siostry Lucynki, nauczycielki polonistki. Szkoły tak przestronnej, rozmieszczonej w kilkunastu chyba pawilonach, jeszcze nie widziałem. Ponad dwustu nauczycieli, w tym 15 polonistów z własnym zastępcą dyrektora ds. metodycznych. Warunki wprost wyśmienite. Trudno jednak zaadaptować się do szkolnych labiryntów. Siostra uczyła się ich przez rok, uczniowie prowadzili ją często do klas. Szkołę bez przerwy ktoś odwiedza i na lekcję bezceremonialnie wparowują to Szwedzi, to Austriacy, Belgowie, Wietnamczycy. Imię Karola Musioła przylgnęło dobrze do tej stonogi. Musioł lubił rozmach, dotarł osobiście wszędzie. Miał też sto złotych rąk.

Za namową próbującego wierszy Irka Antoszka skoczyłem do LO w Gogolinie, w pobliże Otmętu, gdzie uczyłem tuż po studiach, mając niezapomniane dwa dni wolne w rewanżu za trudy dojazdowe. Gogolińskie liceum wydaje drukowaną gazetkę <Karolinkę> (że też kompletnie zapomniałem o pomniku Karolinki i Karliczka obok dworca!). Przejeżdżając w tamtą stronę autobusem przez Otmęt, z trudem identyfikowałem miejsce młodzieńczych pośpiesznych szlaków belferskich. Nowa dzielnica całkowicie przeobraziła panoramę osiedla. Tylko tory ciuchci Gogolin–Prudnik, nienaruszone, przypomniały dawną kołysankę z miasta śląskiej piosenki, jeden długi przystanek i zdjęcie, na którym z przyjaciółmi pokonuję stacyjną tablicę OTMĘT.
W Opolu odwiedziłem wreszcie, prócz rodziny, Zygmunta K. na mojej ulicy Dambonia. Zygmunt, któremu kiedyś dedykowałem wiersz Smukłe palce cieni…, przestał rozpamiętywać wojnę, popadł natomiast w obsesję <Solidarnościową>. Postarzał się, przykurczył, poniechał Muz.

Jeśli miałbym podobnie spasować, byłoby to smutniejsze od dekadencji. Jedyna nadzieja, jaką żywi Zygmunt, to truskawkowy urodzaj. Widać, około pięćdziesiątki schodzimy do poziomu ogródków działkowych, przypochlebiając się ziemi. Roślinną wolę – jak wyzwanie – przyjęli Heniek i 40-letni Staszek R. Ja 45-letni jeszcze się migam, wymykam kwietnym opłotkom…
Patrzę na mojego starego przyjaciela, a w wyobraźni już idę po moim mieście, które mnie nie zatrzymało, biegnę na przełaj znanymi ulicami, roztrącając fale wychłodzonego powietrza.

Pod nogami osypywał się czas
Powstały z ulic kamienie
i ruszyły twardo przeciw mnie

Jakżeż inaczej niż z Zygmuntem rozmawiam teraz z Harrym, Wieśkiem K. Muszę szybko odpowiedzieć Wieśkowi na propozycję przyjazdu do Białegostoku, poddać leżące mi tematy wystąpień, będących pretekstami do późniejszych wieczornych gawęd.
Muszę nadto co prędzej napisać z gratulacjami i pozdrowieniami do naczelnego <Kwartalnika Nauczyciela Opolskiego>. W jubileuszowym numerze, pierwszym z tego roku, sumującym we wstępie 30-lecie (58–88) pisma, wyraźnie podkreślił mój wkład. Prawdziwie, z wdzięcznością. Zdania, jakie sformułował, ucieszyły mnie, że aż pokazałem paru osobom, chcąc się natychmiast moim wzruszeniem podzielić.

Nie brakło serdecznych nut w pokoju redakcyjnym Kazimierza Kowalskiego. Pokój ten wygląda jak przed 28 laty, kiedy po raz pierwszy zaszedłem do opolskiej rozgłośni z kilkoma wierszami.
W 1961 roku zadebiutowałem na opolskiej antenie tym wierszem:

Kartka z wiosennym wierszem

W gęstej pajęczynie firanki
trzepocze się zmierzch
szyby pokryte rdzą
nie lśnią już tak metalicznie
zaledwie cząstka krajobrazu
mała gałąź kwitnącej jabłoni
przenika do pokoju proroczym
wiosennym szelestem

Bo to już wiosna wszędzie
zaraz odsunę firankę
otworzę okno
na stole
kartkę z wierszem położę

niech wiatr zaniesie ją do redakcji
na Słoneczną
pod najzieleńszy numer

Ciekawi mnie dalszy ciąg kontaktów z Czesławem Kuriatą. Redaguję jego tomik Arytmia na prośbę Heńka. Zaproponował współpracę środowisk literackich Koszalina i Kielc. Może otworzy to nowy rozdział w naszej literackiej działalności…?”.

Pociąg zwolnił, szemrząc melodyjnie
po strunach szyn, bym mógł to, co wokół,
dokładnie zobaczyć
i w każdym szczególe dla ciebie zapamiętać
.

Pociąg zakołysał, koła zazgrzytały i podróżny gwałtownie się przebudził. Dojeżdżali do stacji OPOLE. Przed nim była trudna misja reaktywowania opolskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Kogo widział w funkcji prezesa? Czy znajdzie taką osobę i co ważniejsze, czy zdoła przekonać do podjęcia trudnej, odpowiedzialnej, lecz dającej ogromną satysfakcję działalności? Takiej, jaką od wielu lat prowadził on i bez której nie wyobrażał sobie życia…

*) Opowiadanie to oparte jest na Dzienniku Stanisława Nyczaja, zawiera również cytaty z Jego wierszy.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko