Wiersze tygodnia – Joanna Nowocień

0
221
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


KOŚCI

gdzie pielgrzymuję
gdy ciało bezpiecznie śpi
czy błądzę za ognikami
po zmurszałych nagrobkach
odnajdując moje ostatnie kości

może rozpoznaję cienie
kresowej warowni
i omszałą czaszkę konia
obok mojej
wtulone w bitewną ostateczność
albo kruche szczątki
francuskiej praczki z Arles*
z zaciśniętym krzyżem w dłoni

dusza pamięta wszystkie swoje kości
one już nie przywołują
bo rozebrane z ciała
wrastają w macierz

*Praczki w Arles – obraz Paula Gauguina


POKOLENIOWO

Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne…

(Krzysztof Kamil Baczyński, „Niebo złote ci otworzę…”)

wszyscy jesteśmy dziećmi wojen gwałtów
potomkami Baczyńskiego
potomkami ofiar Auschwitz Birkenau
pijani cierpieniem nasączeni trucizną

druty obozów głęboko wrosły w kręgosłupy

płyną w nas toksyczne gazy
i krzyczą ranni mężczyźni
w łonach matek umieramy za ojców
omszałe macewy w sercach dzieci
wołają o uwolnienie
dziadkowie prababki wybaczają oprawcom
ustami wnuków
i błogosławią naszą wolność
 
przodkowie chcą wypłynąć łaską
z naszych krwiobiegów
wsiąknąć w ziemię
i spokojnie odejść


DUSZA CHLEBA

jaki jest początek chleba pyta chłopiec

gdy odprężona ziemia westchnie
wystawi zmarznięte rozłogi na słońce
potem drozdem wyśpiewa
obietnicę plonów
mówi dziadek

pod skupem zboża o północy
długa kolejka przyczep z ziarnem
w spracowanych dłoniach
krążą butelki wódki
na sąsiedniej ulicy w piekarni
zapach chleba

puste ścierniska już odpoczywają
jeżąc się na nieproszonych gości

chleb ma początek
w obietnicy ziemi


ZDJĘCIE 1921

mały chłopiec
patrzy wrogo
na wzburzoną Rawę
piąstki pobielały
od ściskania jedynego zdjęcia
rzeka oddziela od ojca

zna ból
rozdzieranej na pół kartki
obojętny na palbę karabinów
i popękany matczyny głos

gdyby umiał pływać
gdyby nie…

ojciec Niemiec
matka Polka


POWTARZALNOŚĆ

żyję we wszystkich moich matkach
które mnie urodziły odrzuciły
lub zaniosły na szumiące przymorza

żyją wszystkie moje dzieci
w gwiezdnych trybach
przyczyny i skutku

wciąż mijamy się przyciągamy 
wiecznotrwałe stworzenia
z karmicznego mroku
rozproszone na krawędziach słońca

przysiadamy na chwilę
by napełnić się miłością
z mlecznych piersi
obłaskawić surowe słowa
wykarmić obietnice
i wrócić po oczyszczenie

błogosławię wszystkie moje matki
i siebie w nich


NA CHWILĘ

oderwałeś się tylko na chwilę
od macierzystej gwiazdy
by rozpoznawać ludzkie cienie
uczyć się samotnego nie wiem
odgrywać pamięć rodu
i oczyszczać z ołowianych kul

stałeś się śpiewem morza
w porzuconej muszli

wzlecisz lampionem w ciemność
unosząc listę życzeń
nad domami z kart

zawsze wracasz
świecącą drobiną


PEŁNIA

wchodzę ostrożnie
między ciemne ściany
jak w porzuconą skórę węża
odnajduję uwięzione echa
wstydliwe zakamarki
zaglądam w poranione miejsce
przytulając każdy obolały ślad

zakończyłam cichą wojnę
więc uwalniam cienie
by napełniły się światłem

współgranie i taniec światłocieni       
nasyca moją pełnię           
to czas na nowy cień


O DZIEWCZYNCE

jestem niczym demiurg
z mocą widzenia przyszłości
dziewięciolatki ze starej fotografii

znam każdy kamyk w jej bucie
i walkę z krukami
po których zostały
tylko bezskrzydłe cienie
snujące się pod stopami 

dziewczynka ze wzruszeniem czyta
o chłopcu, który szukał domu
*
nie przeczuwając
że ukochana książka dzieciństwa
ukształtuje dorosły świat

teraz słucha mojej opowieści
o dziewczynce która znalazła siebie


*Irena Jurgielewiczowa, O chłopcu, który szukał domu


BEZ OCZEKIWAŃ

rzeka nie ofiarowuje wody
według zasług glejtu czy wiary
jednakowo obmywa stopy
ksenofobom uchodźcom
prostytutkom prorokom

praźródło serca mieści
wszelkie przejawy życia
i rozmaitą esencję
przyobleczoną w ciało

natura obmywa stopy
swoim dzieciom
nie zważając na druciane zasieki


METANOJA

próbuje tańczyć
w kokonie z krat
z klatką wrośniętą w ramiona
grzęźnie w potrzasku oczekiwań i konwencji
bezradnie łykając krytykę z ośćmi

długo drobi w miejscu
w grupie zbłąkanych
chwilami z wyskoku dosięgając prawdy
aż znajduje własny rytm
wirując na palcach
samotnie przechodzi metanoję
ludzkiej larwy
w siebie


(Inspiracja klipem Youtube: Elastic Heart – Sia)


MYŚL ODLATUJE

Kim byłabym bez myśli,
że świat potrzebuje ulepszenia?

                    (Byron Katie)

uwikłani w doczesny sen 
sięgamy poza siebie
szukając odpowiedzi w zgiełku
rozdzieramy spokój
natarczywą myślą

wystarczy zatrzymać ją w przelocie
ustawić w dobrym świetle
zbadać strukturę cienia
i chyżość skrzydeł
 
utulić w dłoniach
roześmiać się głośno
i wypuścić


TRWANIE

spokój drzew
zakorzeniony w bytowaniu
i ciszy ziemi

kiedy wrastasz w jednię z brzozą
przestajesz być formą
porzucasz imię
i prawieki wcieleń

płyniesz sokami pod białą korą
połykasz wiatr śmietankowe obłoki
karmisz się harmonijną obecnością
i trwaniem
w przytuleniu

zielony liść serca
wyciąga szyję ku słońcu


KWAZARY I MIKROBY

na krańcach światła
w szalonym wirze wszechświatów
płoną kapryśne kwazary
z zagubionych gwiazd
rodzą nowe protoplanety

w pozornym bezruchu mikroświata
i ziemskim bytowaniu 
ludzkie mikroby
nie czują pędu kosmosu

przez niedowidzące teleskopy
dostrzegają zaledwie mikrony absolutu


OŻYWIENIE

gdy stary monolit pękał
wszystko w co wierzyłam
rozszczepiło się jak drzazga
pokruszyło w palcach

w przyciasnym płaszczu
sklejałam przestarzałe wzorce
i poszczerbione prawdy

przywierałam do krat
pionizując ciało i umysł
żeby trwać
pomimo pożarów

wreszcie zadeptałam ogniska
nauczyłam się uważności
nowych kroków i melodii ciała
przebiegłam przez mantry niczym linoskoczek
unosząc w ramionach równonoc

od kiedy pokochałam swój cień
jaśnieję w modlitwie
wzbieram morzem
ustokrotniam wiatr
————–

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko