Franciszek Czekierda – CELINA, ŻONA ADAMA MICKIEWICZA

0
84

To ostatni z dziewięciu tekstów o miłościach i romansach wieszcza. Opowieści te wpisują się w dwusetną rocznicę polskiego romantyzmu.
_____________

               
Celina Szymanowska była trzecim dzieckiem wybitnej pianistki Marii i Józefa Szymanowskich. Urodzona w 1812 była o rok młodsza od bliźniaków, Heleny i Romualda. Po rozwodzie z Marią, Józef Szymanowski ożenił się z Elżbietą Młodzianowską, z którą miał w 1825 roku córkę Zofię, późniejszą malarkę. Po latach Zofia Szymanowska zamieszkała u Celiny i Adama Mickiewiczów w Paryżu, o czym będzie mowa dalej.

Filomata, doktor Stanisław Morawski, przyjechał z Moskwy do Paryża w listopadzie 1833 roku w celu uregulowania kwestii spadkowych po zmarłej Fatymie Siemaszkównie, małoletniej córce wuja. W pierwszych dniach pobytu zetknął się z polską emigracją. Mickiewicz, który znał go dobrze z czasów wileńskich, zaprosił go do swojego locum przy ulicy Saint-Nicolas d‘Antin.
– Kwaterę masz wielką, jak stodoła – Morawski rozejrzał się, wchodząc do środka.
– Niewieleś się pomylił, bo mieszkanie jest nad stajniami – Adam odparł uśmiechając się. – Dobrze pisze mi się Tadeusza, bo z nich zapach koni i nawozu zalatuje, co mi przypomina dawne litewskie czasy.
– Twoich inspiracyj nawet Kalliope nie pojmie, a Erato z pewnością nos by zatkała – zaśmiał się wesoło.
Poeta zawtórował mu śmiechem, po czym zmienił temat.
– Powiedzże mi lepiej, co tam u naszych w Peterburku?
– Gdybym miał po kolei mówić o wspólnych znajomych, nie starczyłoby nam dnia… – zrobił pauzę zastanawiając się nad czymś. – Do tej pory nie mogę otrząsnąć się po śmierci Marii Szymanowskiej mimo, że to już dwa lata…
– Jej strata też bardzo dotkliwą mi była – Mickiewicz podparł pomarszczone czoło.
– W jej rodzinie wiele się zmieniło.
– Pisano do mnie, że Celinka miała wyjść za mąż, już prawie zdrowie jej piłem i zamawiałem sobie do chrztu trzymać jej syna choćby par procuration. Ogólne wieści znam, ale gadaj o szczegółach – Adam zatarł z ciekawości ręce.
– Był pewien zalotnik, a raczej podejrzany piękniś. Po śmierci matki był przekonany, że nie zostawiła majątku córkom i, pozorując wyjazd dla załatwienia jakichś interesów, czmychnął w siną dal – rzekł z ironią w głosie. – A zaraz po ślubie Helenki z Malewskim w trzydziestym drugim…
– Tak, tak… – wszedł mu w słowo. ­– Wiem to od Franciszka.
– …Celina, nie chcąc wadzić swoją osobą młodym małżonkom – kontynuował – wyjechała do Warszawy do ojca mieszkającego z drugą żoną.
 – Zacna panna.
 – Aleć z macochą nie mogła dojść do porozumienia. Często wyjeżdżała na wieś i przeprowadzała się do krewnych. Kilka miesięcy po przyjeździe do ojca, ten zmarł. I tak w swojej boleści męczy się, żaląc się siostrze w listach.
 – Szkoda jej – Mickiewicz rzekł współczująco.
 – Trzy lata minęły od czasu, jak ten arcyłotr od niej uciekł, a wciąż dręczy ją tęsknota – Morawski zamyślił się, po czym spojrzał niepewnie na poetę, jakby chciał go zapytać o coś ważnego. Wreszcie się przemógł – Wybacz Adamie, ale czyś ty nie jest w podobnej sytuacji?
 – O czem myślisz, Stasiu?
 – Czyś przestał już szukać pociechy w szczęściu domowem? – ponownie zaryzykował osobiste pytanie.
 – Przeciwnie. Nieustannie o tem myślę.
  – Ona… rezolutna, uzdolniona, młoda. Ostatnio, gdym ją widział, jeszcze wyładniała.
  – Ładna dziwaczka – poeta rzucił bez zastanowienia, po sekundzie żałował tego.
  – Już w niej mniej kaprysów, niźli kiedyś.
 – Z tegom rad. Dwa, może trzy lata nazad w którymś listku prosiłem ją, aby darowała mi dawne urazy i mentorskie przestrogi, bo pochodziły z przyjaźni. 
Morawski potarł nerwowo nos, po czym rzekł przejmującym głosem:
– Powiem szczerze, Adamie, ona, jak żadna inna, warta ciebie.
            Mickiewicz zmierzył go przenikliwym spojrzeniem i oparłszy się mocno o krzesło, odchylił głowę do tyłu. Morawski przestraszył się, że zostanie zrugany. „Chciałbym ich zeswatać, alem chyba za szybko objawił swoję wolę, a pośpiech jest złym doradcą” – stwierdził samokrytycznie.
 – Rzeczesz… – stwierdził po długiej pauzie.
 – A no… tak – odparł spocony, zezując na Adama, czy się nie obraził.
– Ja też powiem tobie szczerze: jeżeli  panna  Celina  przyjmie  moje  wezwanie,  to  ją  może do ołtarza poprowadzę – rzekł nad wyraz lekko.
Przyjaciel odetchnął z ulgą.

 Stanisław Morawski przyjechał w lutym do Petersburga i z gorącą jeszcze nowiną udał się do Malewskich.
– Mickiewicz chce się żenić z Celiną! – krzyknął triumfalnie tuż po przekroczeniu progu mieszkania Heleny i Franciszka.
– A to ci dopiero… – Malewski ucieszył się.
– Azali to prawda? – Helena chciała się upewnić.
– Najprawdziwsza. Ciebiem do ślubu prowadził, a teraz twoję siostrę, daj Bóg, wyswatam za Adama. I tym sposobem – spojrzał na Franciszka – dobrych przyjaciół połączę więzami powinowactwa – z jego oczu promieniowało szczęście.
Helena niezwłocznie napisała o tym Celinie. Wypadki potoczyły się szybko. Panna Szymanowska i towarzysząca jej kuzynka Laura Brzezińska (później Guérin) na przełomie maja i czerwca wyruszyły do Paryża. W Dreźnie zatrzymały się dla odpoczynku u Antoniego Odyńca, który poinformował o tym Mickiewicza. Dopiero z listu Antoniego poeta dowiedział się, że jego słowa przekazane Morawskiemu zostały potraktowane poważnie.
Pod koniec czerwca przybyły powozem, całe w pyle drogi, do krewnych Celiny ze strony matki, Franciszka Eliasza i Tekli Wołowskich. Widząc zakurzoną i niemodnego kroju suknię Celiny, postanowili kupić jej modny paryski strój. Nazajutrz w drzwiach domu Wołowskich pojawił się Mickiewicz. Po przywitaniu się gospodarze i panna Laura dyskretnie oddalili się do sąsiedniego pokoju, by nie przeszkadzać gościowi i Celinie. Po kilkuletnim niewidzeniu się oboje byli nieco stremowani, panna Szymanowska zaś dodatkowo zdawała się być zakłopotana. Po rutynowej wymianie uprzejmości Celina śmielej spojrzała mu w oczy. Uderzył ją widok przedwcześnie postarzałego „Polskiego Byrona”, który jeszcze pięć lat temu tryskał energią. „Trochę posiwiał, ma nieco podpuchnięte oczy, jakby grubsze powieki. I te zmarszczki… – zmartwiła się, gdy podawała mu rękę. – Na szczęście ma wciąż młodzieńcze spojrzenie. Toć nie jest jeszcze taki stary – pocieszała się. – To, co mi w nim wadzi, muszę przemóc, a co ma w sobie miłe i dobre, uwydatnię w sercu”.
Adam był pełen sprzecznych odczuć. „Rację miał Stasiu, wyładniała – pomyślał, ściskając jej drobną dłoń. – Ale, na Boga, dlaczegóż nie uprzedziła o przyjeździe. Gdyby nie Edward, nic bym nie wiedział. Przyjazd jej jakiś trzpiotowaty. Nie pamiętam już, czyżem nie rzucił żartem Stanisławowi, że ją chcę…”.
– Oto jestem – rzekła miłym głosem. – Żywię głęboką nadzieję, że słowa twoje, Adamie, przekazane przez doktora, pozostają aktualne? – kontynuowała stropiona.
Mickiewicz popatrzył przenikliwie w jej oczy. – „Odprawię ją z niczem? Sam nie wiem…” – pomyślał zmartwiony. Długo nic nie mówił. Celina zlękła się jego milczenia. Głęboka cisza huczała jej w głowie, ciągnąc się w nieskończoność.
– To może zabiorę swoje manatki i wrócę – przerwała ciszę. – Nic do ciebie nie będę miała na sercu. Żadnych pretensji… – powiedziała przejmującym dyszkantem.
„Godnie się znalazła. Żal narażać ją na tyle kłopotu. Słowo się rzekło – powoli przekonywał się. – Zresztą podoba mi się”.
– Zostań – odezwał się ciepło. ­ – Com powiedział Stanisławowi, rzekłem z serca – stwierdził dobitnie, by przykryć tym swoją niepewność.

Drugiego lipca Mickiewicz oświadczył się. Następnie uczynił przed nią najszczersze wyznanie ze swojego życia. Celina, słuchając w skupieniu jego „spowiedzi”, była głęboko przejęta. Na koniec swego wynurzenia, Adam wezwał ją do takiej samej otwartości:
– Bez szczerości w życiu wspólnem nie masz podobieństwa jakiegokolwiek szczęścia – zakończył.
Panna Szymanowska patrzyła na Adama z ufnością.
– Zgadzam się z twoim mniemaniem, Adasiu – po raz pierwszy zdrobniła jego imię. –  Zanim jednak wyjawię tobie moje utrapienia i euforie powiem, że nasze dysputacje w Moskwie i Peterburku, czasem może droczące z mojej strony, czasem dydaktyczne z twojej, ale na pewno wartościowe, były dla mnie najwidomszem znakiem Opatrzności. I dzisiaj klamra owego znaku i naszych spraw zostaje dopięta.
– Rozumnie to ujęłaś, droga Celinko – Adam był zaskoczony jej konstatacją.
– Zerwanie narzeczeństwa przez tamtego pożal się Boże… starającego się… – chciała już go brzydko nazwać, lecz powstrzymała się – wpędziło mię w czarną melancholię. Przedtem, jak słyszałeś, zaraza zabrała ukochaną mamusię. Po ślubie Helenki uciekłam do Warszawy. Odgrodziłam się od ludzi, miałam jakieś przedziwne upodobanie do samotności. Żyć mi się nie chciało. Nie mogłam znaleźć żadnego porozumienia z macochą, ani resztą rodziny. Wszyscy zdawali się mnie kochać, byli aż nadto uprzejmi, ale to mi przeszkadzało. Ojciec próbował załagodzić drażliwość mojego temperamentu i już nawet ulegałam jego perswazji, ale niestety, cóż za pech, niedługo potem Bóg go wezwał do siebie. Wszystkom widziała w czarnych kolorach, imaginowałam sobie, żem jest dla siebie i innych ciężarem – mówiła podekscytowana, patrząc przenikliwie w jego oczy. – Przebywając u dziadków w Walicowie byłam już u kresu wytrzymałości z myślami takiemi, że życie przegrałam. Tkwiąc w tem wewnętrznym powikłaniu, którego ni anioł, ni bies nie mógłby doścignąć, niespodziewanie nastąpiło zbawienie… – nagle zawiesiła głos, który brzmiał, niczym dochodzący z otchłani.  
Mickiewicz zląkł się jej ekspresji, głównie wyrazu oczu, z których odczytywał jakąś dziwność; niby normalność, lecz jakby zaprawioną powarzeniem umysłu. Dopiero teraz zauważył, że miała lekkiego zeza. „Może się wycofam – przemknęła mu lękliwa myśl. – Nie jest jeszcze za późno. Drażliwy temperament… Po cóż się w to wdałem. Nie! Nigdy nie byłem i nie będę tchórzem. Powiedziano: jeden drugiego brzemiona noście. I obiecuję sobie dźwigać je do końca naszych dni, Celinko”.
– Zbawienie – powtórzyła dobitniej. – Otrzymałam list od siostry, że wyrażasz wolę ożenku. Wtedy, właśnie wtedy uczułam namaszczenie mnie łaską Opatrzności odmieniającą mój nieszczęśliwy żywot; wszystkie moje melancholiczne lęki i gorączkowe napięcia ustąpiły, jak ręką odjął. Na świat patrzałam innemi oczami. Jakbym się narodziła na nowo. Ty to sprawiłeś – zakończyła uszczęśliwiona.

Datę ślubu wyznaczono na 22 lipca 1834 roku. Do tego dnia Celina mieszkała u państwa Wołowskich (Franciszek był posłem na Sejm Królestwa Polskiego w latach 1825 i 1831 roku). Adam bywał u nich codziennie. Po emocjonujących dysputach z gospodarzem przy kawie i herbacie wszyscy słuchali Celinki i Olesi Wołowskiej grających przyjemnie na fortepianie. Panny były rówieśniczkami.
Podczas ceremonii ślubnej w kościele Saint Louis d’Antin drużbami Mickiewicza byli Ignacy Domeyko i wydawca Pana Tadeusza Aleksander Jełowicki (w 1841 przyjął święcenia kapłańskie), natomiast drużbami panny młodej zostali prawnik Stanisław Wołowski, syn Tekli i Franciszka oraz Julian Ursyn Niemcewicz. Obecni byli m.in.: Franciszkostwo Wołowscy i Stefan Zan, brat Tomasza. Ślubu udzielał ksiądz Szymon Skórzyński, kapelan Legii Litewsko-Wołyńskiej z okresu powstania listopadowego.
Młodzi małżonkowie zamieszkali w małym trzypokojowym domku przy ulicy Pepinière. Pierwszy okres wspólnego pożycia był szczęśliwy. Kilka tygodni po ślubie napisał do brata Franciszka: „Rok cały przeszły był dla mnie smutnym; choroba, potem jakaś tęsknota i splin ciągle mnie dręczyły. Szukałem pociechy w szczęściu domowym (…). Chociaż oboje nie mamy majątku, póki żyję, będziemy mieli kawał chleba. O przyszłości, wiesz, że mało myślę i wcale mi to nie truje szczęścia, że nie wiem, jak długo to szczęście potrwa. Celina jest żoną, jakiej szukałem, śmiała na wszystkie niewygody, przestająca na małym, zawsze wesoła”. Odyńcowi w połowie sierpnia donosił: „Od trzech tygodni nie byłem ani razu w kwaśnym humorze, a często czułem się wesoły i pusty, jakim od dawna nie byłem. Życz mi tylko, żeby tak zawsze było. Celina też powiada, że jest zupełnie szczęśliwą i cieszy się jak dziecko”.
Emigracja była zaskoczona i krytyczna wobec niespodziewanego ożenku wieszcza z córką wielkiej pianistki, o czym mówią świadectwa tego okresu. Mickiewicz w liście do Antoniego Odyńca z 12 sierpnia 1834 roku pisał: „Wieczorem dawna kompania, Domejko, Zan i parę innych osób, czasem zagląda do nas. Ale jeszcze moi znajomi niezupełnie przywykli do mojego nowego meblu i trochę zażenowani”. (Na marginesie: nazwanie żony „meblem” bardzo źle świadczyło o stosunku poety nie tylko do żony, ale i do kobiet). Julian Ursyn Niemcewicz po latach wspominał, że podczas przyjęcia weselnego ktoś szepnął mu do ucha:
Cudem rzadkim, niesłychanem
Spotkał się Niemen z Jordanem.
Zygmunt Krasiński pisał do Konstantego Gaszyńskiego: „Mickiewicz ożenił się z Żydówką Szymanowską. W innym miejscu napisał o Celinie, jako o „diablicy” i „przechrzciance”.
Trzeba dopowiedzieć, że Szymanowscy oraz matka Adama, Barbara z Majewskich, byli frankistami, czyli Polakami żydowskiego pochodzenia, którzy przyjęli chrzest katolicki; nazywano ich także przechrztami.
Celina wychowana w dobrobycie nie miała potrzeby wykształcenia w sobie cech oszczędzania. Nie umiała także prowadzić gospodarstwa domowego. Mickiewicz również nie miał do tego głowy. Jako kawaler przyzwyczajony był do życia z dnia na dzień. Trafnie scharakteryzował ich we wspomnieniach wileński znajomy, Eustachy Januszkiewicz: „Celina to drugi Adam: ładna, ale jak on bezładna, mało troskająca się o to, co będzie za dwa, trzy miesiące”. Poeta nie miał stałych dochodów, mógł liczyć tylko na skromne przychody ze sprzedawanych utworów. Na tym polu kilka razy go oszukano. Na przykład wydawano jego utwory bez zgody, a niedługo po ożenku, padł ofiarą oszusta. Odyniec wziął dla Mickiewicza znaczną kwotę za sprzedaż tomików poezji w kraju (w przeliczeniu na franki było ich tysiąc kilkaset) i przekazał ją jakiemuś człowiekowi o nazwisku zaczynającym się na D., który miał je dostarczyć w Paryżu poecie. Oszust po drodze w Niemczech zgrał się do szczętu i powierzonych pieniędzy nigdy nie dostarczył. Interwencje przyjaciół nic nie dały. Po latach Mickiewicz nie wyjawił jego nazwiska nawet własnej córce, która rozmawiała z nim na ten temat.
Dwa lata po ślubie książę Adam Czartoryski czynił starania u władz francuskich o żołd dla Mickiewicza. Ten jednak już wcześniej oświadczył, że nie chce być traktowany jak kombatant i zrzeka się wszelkich zasiłków. Sprawa więc upadła. Mimo to książę wystarał się dla niego o comiesięczną zapomogę 80 franków (bardzo niską) przyznawaną od 1837 roku przez rząd francuski, który równocześnie przyznał mu jednorazowe świadczenie 1000 franków.
Małżeństwo funkcjonowało na niepewnych podstawach ekonomicznych. Czasem wspierano poetę zasiłkami; pewną kwotę przesłał mu poznański mecenas sztuki hrabia Edward Raczyński. Z biegiem lat rodzina Mickiewiczów stawała się coraz liczniejsza, Celina zaś była coraz bardziej rozczarowana. Prowadziła polską kuchnię, bo mąż francuskiej nie znosił i umilała mu czas grą na fortepianie. Zaciskała zęby, by wszystko układało się dobrze, ale czasem nie wytrzymywała; potrafiła rzucić brzydkim słowem, zwracając się do Adama jak do lokaja. Strony próbowały rywalizować o dominację (jak twierdzi Alina Witkowska), o którą bardziej musiała zabiegać Celina, ponieważ Mickiewicz miał mocniejszą pozycję, jako powszechnie znany i ceniony poeta. Stąd mogły pochodzić próby wzajemnego upokarzania się przy gościach.
– Idź precz! – mówiła nieraz nieprzyjemnym tonem.
Albo podsuwała mu nogę, żądając:
– Zdejmij mi trzewiczki.
Adam rozwiązywał niechętnie sznurówki, zerkając na gości, czy się z niego nie podśmiewają. On również nie pozostawał jej dłużny:
– Przynieś bierwiona, bo ogień wygasa w kominku. Nie widzisz…
Albo:
– Nabij mi tytuniem cybuch, bo mam ochotę zakurzyć fajkę.   
Tak więc w pierwszych latach związku trwało docieranie się małżonków, czyli wzajemne poznawanie charakterów, temperamentów, upodobań i przyzwyczajeń, czego odzwierciedleniem, z punktu widzenia męża, w przetransponowanej formie są dwie gorzkie humoreski: Żona uparta (przekład z bajki La Fontaina) oraz Golono, strzyżono; obie z 1840 roku.
Inteligentna żona miała też swoje ambicje, próbowała być niezależna, na pewno nie chciała pełnić wyłącznie roli kury domowej. Wstąpiła do Towarzystwa Dobroczynności Dam Polskich prowadzonego przez księżnę Annę Czartoryską, w którym działała czynnie do końca życia oraz do Towarzystwa Politechnicznego Polskiego założonego przez generała Józefa Bema.
Mimo istniejących między nimi napięć, ich współżycie intymne układało się dość poprawnie. (A może była mu uległa? Tego nigdy się nie dowiemy). Przez kilkanaście lat dorobili się sześciorga dzieci, najstarszym była Maria, urodzona w 1835 roku, po niej przyszli na świat: Władysław – 1838, Helena – 1840, Aleksander – 1842 i Jan – 1845. W grudniu 1850 roku urodził się Józef.

Po przyjściu na świat Władysława, w lipcu wystąpił u Celiny atak choroby psychicznej objawiający się m.in. agresywnym zachowaniem, maniakalną zmianą sukien, przerażającym śpiewem przy własnym akompaniamencie na fortepianie oraz przeistoczeniem się – jak uważała – w Matkę Boską. Odmawiała wówczas głośno modlitwy za zbawienie Polski, emigracji i Izraelitów. Okazało się, że pewne symptomy choroby pojawiły się u niej trzy lata wcześniej po urodzeniu pierwszego dziecka. Adam poszukiwał dla niej lekarza specjalisty oraz odwiedził wróżkę, niejaką Peran. Najprawdopodobniej Celina miała schizofrenię, której nasilenie po pewnym czasie ustępowało, potem znów się powracało. Mogła też cierpieć na manię prześladowczą. Nie była to raczej depresja poporodowa, jak przypuszczała sama Celina, która w kwietniu 1839 roku napisała do siostry Heleny: „Powodem słabości było mleko, które uderzyło na mózg”. Nie było to także „nadmierne podniecenie”, jak przypuszczał Mickiewicz.    
W tym czasie poeta ubiegał się o katedrę literatury łacińskiej na Uniwersytecie w Lozannie w Szwajcarii. W staraniach wspierali go Adam Czartoryski, generał Michał Mycielski i Anastazja Chlustin. Gdy stan zdrowia Celiny uległ poprawie, wyjechał w październiku na krótko do Lozanny, by osobiście starać się o zatrudnienie. Podczas pobytu żona miała ostry atak choroby. Wezwany do niej, natychmiast wrócił. Uczelnia poszła mu na rękę, trzymając etat profesorski. W grudniu zawiózł ją do domu opieki dla chorych psychicznie w Vanves pod Paryżem (dzisiaj w granicach miasta). Małymi dziećmi zajęły się przyjaciółki domu, ponieważ poeta nie był w stanie tego robić; trzyletnią Marysią zaopiekowała się Aleksandra Foucher (z domu Wołowska), a półrocznym Władziem Ludwika Platerowa. Mickiewicz zamieszkał samotnie przy alei des Vanves, by przebywać blisko chorej. Pragnął też spokoju. O adresie tym wiedzieli tylko najbliżsi. W listach wspierał ją dobrym i równocześnie stanowczym słowem, by była spokojna i słuchała lekarzy. Jej stan uległ poprawie. Pod koniec marca, na Wielkanoc, opuściła dom opieki.
W czerwcu 1839 roku czteroosobowa rodzina przyjechała do Lozanny. W listopadzie poeta, jako profesor nadzwyczajny, rozpoczął wykłady. Był to spokojniejszy okres w ich małżeństwie. W tym samym miesiącu odwiedziła ich córka Karoliny Kowalskiej jadąca z przyjaciółką do Italii.
Przebywając nad jeziorem Leman poeta napisał liryki lozańskie: Snuć miłość, Nad wodą wielką i czystą, Gdy tu mój trup i Polały się łzy. „Wiersze niezwykle proste, ani klasyczne, ani romantyczne, wybiegające poza i ponad swój czas, choć mocno zakorzenione w dotychczasowym życiu poety i w całej jego wcześniejszej twórczości” – podsumował Jacek Łukasiewicz.
W maju 1840 roku Celina urodziła Helenkę. Po pewnym czasie zaczęła narzekać na miejscowy klimat, który rzekomo źle wpływał na dzieci. Doskwierała jej też samotność, brak polskich znajomych i przyjaciół, a nawet polskiej służącej.
– Mógłbyś wreszcie wystarać się o służkę – powiedziała do męża z pretensją w głosie.
– Nie pojmuję, mówiłaś, że sama dajesz rady – Adam zdziwił się.
– Twoje dochody pozwalają teraz, żeby kogoś zatrudnić.
Mickiewicz zastanawiał się, po chwili przełamał się.
– Może zapytam Jundziłła o jaką uczciwą i robotną Helwetkę.
– Wolałabym mieć godną zaufania Polkę, której można by powierzyć dzieci i gospodarstwo.
– Dalibóg, Celisiu! Szukać zaufanej krajanki i ją tu ściągać, to potrwa bardzo długo, a przecie rysują mi się projekta w Paryżu.
– Cudzoziemki brać nie chcę, bo dzieci i tak chowają się za granicą. Chcę mieć Polkę! – zapłakała histerycznie.
– Proszę cię, musisz być spokojna.
– Żyjemy tu jak pustelnicy. Wracajmy do Paryża, gdzie będziesz mógł oddać usługi ojczyźnie.
– Tam jeszcze nic pewnego, to gołąb na dachu, któren spłoszony w każdej chwili może odfrunąć – mówił zaniepokojony jej tonem głosu.
– Pamiętaj, Cezar zginął, bo nie słuchał żony! – wrzasnęła.
– Żony za to posłuchał nasz praojciec, mój imiennik. Jakże zgubną była jej rada – odgryzł się, nie mogąc utrzymać nerwów na wodzy.
Jej stan zdrowia znowu zaczął budzić obawy.
Mickiewicz nie zdążył jeszcze zakończyć roku akademickiego 1839/1840, gdy dotarła do niego wiadomość, że na utworzonej katedrze literatur słowiańskich w Collége de France będzie potrzebny wykładowca. Zgłosił swój akces. Naukowymi badaniami języków i literatury słowiańskiej zajmowano się już w Niemczech i Czechach, więc uczelnia nie miała problemu z doborem kadr. Polakom zależało, żeby na katedrze zasiadł rodak, nie Rosjanin; zabiegi w tym kierunku czynił książę Adam Czartoryski. Mickiewicza wspierał również redaktor wpływowej gazety Le Courier Français, Leon Foucher, mąż Aleksandry (Olesi) Wołowskiej. Uczelnia wybrała Adama Mickiewicza; w decyzji pomogła niewątpliwie – poza zabiegami zakulisowymi – pozycja i sława polskiego wieszcza, praktyka wykładowcy oraz tekst George Sand z 1839 roku Esej o romantyzmie. Goethe, Byron, Mickiewicz, przedstawiający tego ostatniego jako jednego z największych twórców epoki.
Na początku października Mickiewicz zrezygnował z pracy na Uniwersytecie w Lozannie, a trzynastego wyjechał do Paryża. Rodzina zamieszkała przy ulicy Amsterdam 1. Stan zdrowia Celiny falował; nastąpił nawrót choroby, potem polepszenie, a w listopadzie ponowne pogorszenie.
Trzy dni przed Świętami Bożego Narodzenia 1840 roku poeta miał w Collége de France  pierwszy wykład, na którym, oprócz Francuzów, byli także Polacy, Rosjanie i Czesi. Mówił z pamięci z właściwym sobie entuzjazmem. Jego wykłady okazały się rewelacją. Pewien francuski student napisał, że uczęszcza na wspaniałe wykłady Mickiewicza, który jest najznakomitszym ze wszystkich, jakich słyszał.
Wiosną następnego roku Celinę po raz kolejny opanowała choroba, która, po czasowym wyciszeniu, powróciła ze wzmożoną siłą pod koniec lipca. Miała napady szału i traciła kontakt z rzeczywistością. Mickiewicz zawiózł ją znowu do Vanves. Dzień później, 30 lipca 1841 roku, Andrzej Towiański po raz pierwszy spotkał się z Mickiewiczem w jego mieszkaniu. Rozmawiali długo sam na sam. Poeta przeżył straszną noc. „Była to walka Jakuba – powiedział później. – Zaufałem na koniec w potęgę miłosierdzia Pańskiego”. Uwierzył w posłannictwo mistrza Andrzeja, obiecując, że stanie się jego uczniem i sługą Dobrej Nowiny.
Towiański był rok młodszy od poety, studiował prawo na uniwersytecie w Wilnie, obaj mogli się znać z widzenia. W maju 1828 roku w kościele bernardyńskim doznał objawienia. Porzucił pracę w sądzie i zaczął uważać się za proroka. Kilka lat później w jego posłannictwo uwierzyli najbliżsi, żona Karolina, jej siostra Anna Gutt, szwagier Ferdynand Gutt oraz malarz Walenty Wańkowicz. Po pewnym czasie nakłonił do swojej misji generała z powstania listopadowego, Jana Skrzyneckiego.

Kilka dni po pamiętnym spotkaniu z Towiańskim, Mickiewicz odebrał żonę ze szpitala wbrew zaleceniom lekarzy. Nazajutrz spotkał się z nim.
– Mistrzu, pomożesz w jej uzdrowieniu? – wieszcz zapytał zdławionym głosem.
– Przywieź ją do mnie. Jutro.
– Mogę być przy niej, kiedy będziesz modlił się za nią?
– Nie twoja to sprawa, co będę czynił – Towiański odparł władczo. – Możesz uwiadomić kilka osób. Jezus zawsze uzdrawiał w obecności wiernych.
Adam zaprosił przyjaciół do domu mistrza w Nanterre. Nikt z nich nie przybył, ale przyszli inni oraz rodzina Towiańskiego. Zebrano się w największym pokoju, żona Mickiewicza stała przed mistrzem, otaczał ich krąg kilkunastu osób. „Celina miała twarz, jak z gipsu, wzrok osłupiały, była w paroksyzmie choroby”.
Towiański podszedł do niej, uchwycił ją oburącz za dłonie, po czym szepnął jej kilka zdań  do ucha. Ktoś z ruchu warg odczytał jego słowa, które po spotkaniu powtórzył znajomym:
– Ja tobie mówię: przemóż siebie. Zło choroby niech cię opuści!
Drugi świadek twierdził, że mówił co innego:
 – Zaklinam cię, duchu słabości, wyjdź z niej! W imię Pana mówię ja tobie: jesteś zdrowa.
Trzeci, nieznany nikomu emigrant ze Żmudzi, przekonywał, że wyrzekł jakieś starolitewskie, odczyniające niemoc, zaklęcie.
Mickiewiczowa upadła na kolana. Zebrani westchnęli przejęci. Nastała głucha cisza. Chora przerwała ją, wstając energicznie. Rozejrzała się w poszukiwaniu rodziny. Jej wzrok był klarowny, z twarzy, którą miała zupełnie pogodną, ustąpiła bladość. Na policzkach pozostały tylko ślady łez. Podeszła do męża i dzieci, objęła go, następnie uścisnęła Marysię, Władzia i roczną Helenkę. „Wzruszenie obecnych było nadzwyczajne”. Celina odzyskała zdrowie.
Towiański ruchem ręki przywołał Mickiewicza.
– Przez dwie, trzy niedziele niech będzie tu, pod moim okiem, aż całkiem dojdzie do pierwotnego stanu.
– Za to, coś uczynił, składam tobie habdank, mistrzu – powiedział z głęboką ufnością.
– Nie widziałem twoich przyjaciół? – pan Andrzej zaciekawił się.
– Zaprosiłem ich, jak ów człowiek, który zaprosił na ucztę wielu…
– I wszyscy po kolei się wymawiali… – uzupełnił mistrz.
– Prawda. Moi nie przyszli, ale pojawili się inni. I właśnie oni wespół z naszymi rodzinami uczestniczyli w uczcie cudu, który dokonał się za twoją przyczyną.
– Celna to asocjacja, Adamie. Podobnie może być z naszą Sprawą, dlatego nie ustawajmy w trudach i modlitwie.
Wieszcz stał się odtąd gorliwym wyznawcą towianizmu. O cudownym uzdrowieniu żony informował z entuzjazmem znajomych i przyjaciół.

Po kilku latach wykładów w College de France, kiedy cykl  prelekcji poświęcił osobie Towiańskiego i jego poglądom, zaniepokoiło to władze francuskie, które zawiesiły kurs w 1844 roku.
Wcześniej, na początku grudnia 1841 roku, pojawiła się w Paryżu towianka, Ksawera Deybel, służąc pomocą Celinie, która, mając trójkę małych dzieci, była w ciąży. Zamieszkała wspólnie z Mickiewiczami. Na początku wszystko układało się dobrze; Ksawera pomagała Celinie. Wkrótce jednak zaczęła wprowadzać zamęt zarówno w Kole jak i rodzinie. Jednym z jego źródeł była jej erotyka mocno oddziałująca na mężczyzn. Szybko spoufaliła się z wieszczem, po czym zrodził się między nimi romans. Celina widząc niegodne zachowanie męża upominała go, lecz Adam nie chciał się rozstać z kochanką. Często dochodziło do poważnych awantur. Bezradna żona rozpaczała. Sytuacja ta miała wpływ na jej zdrowie psychiczne. Uczestnicząc w obrzędach Koła Sprawy Bożej odczuwała chwilową ulgę od niepokojów małżeńskich. Niejako przymuszona atmosferą i okolicznościami panującymi w sekcie zgadzała się na dzielenie się mężem z „siostrą” Deybel, która w hierarchii zajmowała wyższą pozycję duchową, co niewątpliwie doskwierało Celinie.
Władze zaniepokojone działalnością sekty wydały 13 lipca 1842 roku rozporządzenie nakazujące Towiańskiemu opuszczenie Francji. Prorok wyjechał do Belgii, po pewnym czasie przeprowadził się do Szwajcarii. W jego zastępstwie sprawami Koła zajął się Mickiewicz, działając w innym stylu, niż mistrz; energicznie i autorytarnie. Po pewnym czasie w sekcie zrodziły się nieporozumienia i utarczki.
Również w rodzinie Adama i Celiny nasiliły się niepokoje. Z powodu złego traktowania dzieci przez Ksawerę latem wybuchnął między nią a Celiną konflikt, który doprowadził tę ostatnią do najwyższego napięcia nerwów. W trakcie awantury Celina zarzuciła jej, że uwiodła Adama. Deybelówna odgryzała się, że gardzi mężem, traktując go jako narzędzie swojej dumy oraz że zabiła w nim twórczość poetycką. Celina nie pozostawała dłużna i obrzuciła ją grubymi słowami, nazywając bestią i ladacznicą. Z kolei Ksawera broniła się mówiąc, że w modlitewnej ekstazie widziała wokół głowy Mistrza dwanaście gwiazd.
Po kilku ostrych kłótniach oraz na skutek interwencji Karola Różyckiego, Deybelówna opuściła mieszkanie Mickiewiczów, co wcześniej sugerował jej Towiański i poeta.
Oczywistym jest, że Adam postępował względem żony karygodnie. Jednak należy uznać za prawdopodobne, że Celina gardziła nim, o czym mówił po latach Towiański, który spowiadając członków Koła, w tym Mickiewiczową, poznał ją lepiej, niż inni.

W połowie 1845 roku Seweryn Pilchowski, przy poparciu m.in. Goszczyńskiego i Deybelówny, zorganizował w Kole spisek przeciwko Mickiewiczowi. Poeta wyszedł z niego obronną ręką, ale na krótko, bo po całym zamieszaniu Towiański ograniczył jego władzę. W październiku zreformował kierownictwo sekty, zajmując naczelne stanowisko. Wodzem mianował Karola Różyckiego, który reprezentował „ziemię w duchu”, a Mickiewicz został Wieszczem reprezentującym „ducha w ziemi”. (Nazewnictwo funkcji reprezentantów brzmiało mało poważnie, ale czy sekta Sprawy Bożej była poważnym ruchem? Gdyby nie znalazł się w niej Mickiewicz, z pewnością nie zainteresował by się nią pies z kulawą nogą). Poeta przyjął degradację z pokorą. Jednak w lutym następnego roku doszło między Mickiewiczem i Towiańskim do kłótni. Poeta po powrocie do Paryża założył w listopadzie własne koło, pozostając wciąż wyznawcą towianizmu, jednak wzajemne zaufanie wygasło.

Po pewnym czasie Deybelówna znowu wprowadziła się do mieszkania Adama i Celiny. Poeta odnowił z nią intymne relacje. W marcu 1850 roku przyjechała do Mickiewiczów przyrodnia siostra Celiny, Zofia Szymanowska, malarka. Pomagała jej przy piątce dzieci. Celina spodziewała się szóstego potomka. Zofia była świadkiem przygnębiających sytuacji otaczających Adama i tyczących się bezpośrednio jego osoby. Wiedziała, że poeta równolegle współżył z żoną i kochanką, z którą miał dziecko. Sytuacja trójkąta małżeńskiego fatalnie wpływała na stan zdrowia psychicznego Celiny. I miała też zły wpływ na stan ducha wieszcza.
Pod koniec lata 1853 roku Celina zachorowała na nowotwór piersi. Półtora roku cierpiała, zmagając się dzielnie z chorobą. Adam, pragnąc zmazać wobec niej swoje przewiny, troskliwie się nią opiekował. Pomagała mu osiemnastoletnia córka Marynia, a od listopada 1854 roku Zofia Szymanowska, która wróciła z Warszawy. 5 marca następnego roku Celina zmarła. W swoim dzienniku Zofia zanotowała: „(…) Ona, utraciwszy już mowę, wyciągnęła ku nam ręce; (…). Po niejakim czasie, Celina otworzyła oczy, a skinieniem ręki przywoławszy mnie i Adama, znów wskazała gestem i wyraźniej niż przedtem, żebyśmy sobie ręce podali (…). Adam rzekł: «To ostatnia wola umierającej» – na koniec podałam mu rękę w milczeniu – ona krzyż nakreśliła palcem na spojonych dłoniach naszych i wkrótce skonała. Tak zostałam zaręczoną z Mickiewiczem (…). Przyjęłam jako wolę Boga tą nową, a tak niespodziewaną dla siebie przyszłość i uważałam odtąd związek mój z Adamem jako święty dla siebie obowiązek”. Po upływie pewnego czasu Zofia Szymanowska dała do zrozumienia Mickiewiczowi, że byłaby gotowa wyjść za niego za mąż. Wieszcz nie przyjął jej propozycji.

Franciszek Czekierda

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko