Strona główna Rok 2025 Nr 587 Paweł Jaszczuk – Misja

Paweł Jaszczuk – Misja

0
259
Paweł Jaszczuk - zdjęcie profilowe autora

Kończył się dzień i martwą ciszę pustkowia przerywały dalekie detonacje. Zielono-czarny land-cruiser, ochrzczony przez Garba „Bizonem”, stał w gotowości na skraju pola minowego. Metalową karoserię terenówki pokrywały blizny po wcześniejszych starciach, a rozbite pomarańczowe światła ostrzegawcze nie były w stanie nikogo ostrzec przed żadnym niebezpieczeństwem. Misja była jasna: Garb musiał przedostać się na drugą stronę pola minowego i dostarczyć ładunek medyczny do odciętej od tygodnia placówki. Na zakurzonym wyświetlaczu systemu nawigacyjnego widniała ścieżka, którą wytyczyli wywiadowcy jako „najmniej ryzykowną”. Tyle że miny nie grały w grę napisaną przez ekspertów i ukryte pod warstwą czarnoziemu czekały na każdy fałszywy ruch, by zamienić wóz w kupę żelastwa.

Garb dopalił papierosa, rozgniótł ogarek w popielniczce i przekręcił kluczyk. Land-cruiser drgnął, a jego koła zaczęły się powoli toczyć, z precyzją godną chirurga. Pierwsze metry przeszły bez komplikacji. Garb oddychał ciężko, a jego spocone dłonie mocno zaciskały się na kierownicy. Nagle przez komunikator dobiegł głos zwiadowcy: – „Uwaga! Mina przed tobą, dwa metry w prawo!” Bizon gwałtownie zahamował, silnik przycichł, a plama błota zjechała z dachu na szybę, przypominając konturem zdeformowaną przez Rosjan Ukrainę. Garb zaklął cicho i włączył wycieraczki, zapominając, że są połamane. Koszmarny zgrzyt żelaza o szybę zmusił go do błyskawicznej reakcji. Otworzył okno, by ocenić sytuację. Ominąć z prawej? Cofnąć się? Wiedział, że nie ma miejsca na błędy. Zdusił kolejne cisnące się na usta przekleństwo. Nie zamierzał się cofnąć. Nie on. Tylko tchórzliwy pacan cofa się, pomyślał, po czym skręcił w lewo i przetoczył się skrajem leja po minie, na której dwa dni wcześniej rozerwał się kład kierowany przez jego kumpla. Silnik zawarczał ochoczo, a nadwyrężony lewy amortyzator zajęczał, jak zarzynane zwierzę. Przez chwilę wszystko wydawało się iść perfekcyjnie, aż nagły trzask pod tylnym prawym kołem podniósł Garbowi ciśnienie. Skulił się. Eksplozja? Może mina wzięła sobie dziś wolne? – przemknęło mu przez głowę, gdy zrozumiał, że jej mechanizm zawiódł w idealnym momencie.

Dwadzieścia minut później Garb dotarł do placówki, ukrytej w miejscu zrównanego z ziemią osiedla, gdzie czekali ludzie, których życie zależało od jego przejazdu. W chwilę po przyjeździe dwaj młodzi żołnierze sprawnie rozpakowali auto z medykamentami. Parę uścisków dłoni. Ktoś poklepał go po plecach, ale Garb nie miał czasu na pogawędki. Musiał jeszcze przed nocą wrócić tą samą drogą do swego oddziału. O ile nie popełni błędu, może coś zje na kolację, a nawet się prześpi.

Wracał przez pole minowe i gdzieś w połowie przyszło mu do głowy, że ten stary land-cruiser to coś więcej niż tylko maszyna – może nawet jego kumpel, a im dalej jechał, tym bardziej czuł, że tego nie da się opisać słowami, trzeba to po prostu przeżyć.

Poprzedni artykułAndrzej Wołosewicz – Okno jednego wiersza: „Ballada o butach” Andrzeja Gnarowskiego
Następny artykułBohdan Wrocławski – jeden wiersz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę wprowadź nazwisko