Zdzisław Antolski – MINIATURY (8)

0
95

Wstręt

Nawet dziecko, które dopiero uczy się mówić, chce porozmawiać z rodzicami. Miałem w ręku pismo dla dzieci „Świerszczyk”. Na okładce namalowano dwóch stojących narciarzy i trzeciego, który leżał na długich i niskich saniach. Chciałem pokazać tę scenę ojcu i zapytać, co to znaczy?

Mama leżała w łóżku. Chora na wyrostek robaczkowy. Tak bardzo pragnąłem, żeby spojrzała na mnie i może nawet pogłaskała po głowie, ale mama patrzyła w sufit, ojciec siedział na brzegu łóżka i patrzył na mamę. Chciałem, żeby spojrzał na moje pismo i na mnie. Ale ojciec mnie na zauważał.

Od tego czasu przestałem oczekiwać, że rodzice zainteresują się moją osobą.

Dopiero w dorosłości zrozumiałem, że nie patrzyli na mnie, bo byłem kaleką… Może nawet chcieli, żebym umarł… Teraz im nie ufam…

Zabawa

Bawiłem się z chłopakami, biegaliśmy po ogródku, śmialiśmy się, zachwyceni pogodą, ptakami i sobą. Mama wypadła z domu ze złą miną, schwyciła mnie za kołnierz przy koszuli i włożyła swoją rękę na moje plecy. Przydusiła mi gardło, bo nie rozpięła koszuli. Oświadczyła, że jestem spocony i natychmiast mam się udać do domu, bo zachoruję.

Szedłem, jak skazaniec… I tak bardzo było mi żal…

Platfus

Mama wyjechała do sanatorium do Nałęczowa. Zostałem sam z ojcem. Chodziliśmy codziennie na spacery, niezależnie czy święciło słońce czy padał deszcz.

Pewnego razu biegaliśmy po szkolnym boisku. Dołączyła do nas mieszkająca po sąsiedzku Hanka, dziewczynka w moim wieku. Wskoczyliśmy na kupkę piachu. Ojca zastanowiły ślady naszych stóp na piasku.

Przyjrzał im się dokładnie i powiedział do Hanki: – Ty nie masz platfusa.

A następnie zwrócił się do mnie: – A ty masz platfusa.

Zmroziło mnie to powiedzenie. Jakieś odległe, dalekie i obce. Jeśli mam platfusa, to czemu się nie martwi, nie idzie ze mną do lekarza.

Klęczałem nad naszymi śladami stóp w piasku. I nie widziałem różnicy.

Janek z Sosnowca

Nie wiedzieć czemu. w naszej wiejskiej szkole, chyba w piątej klasie, pojawił się Janek z Sosnowca. Od razu chciał ze mną pogadać i mama zezwoliła, żeby przyszedł do nas do domu. Opowiedział mi jakie westerny widział w Sosnowcu, bo my nie mieliśmy stałego kina, tylko objazdowe. Widział, że zbieram znaczki pocztowe i od razu zaproponował, że sprzeda mi swój album ze znaczkami. Mama od niego kupiła. Po pewnym czasie odkryłem na ostatniej stronie jakieś nieznane imię i nazwisko. Ale zależało mi na znaczkach, więc siedziałem cicho.

Opowiadał, że w Sosnowcu był przywódcą bandy, która walczyła z sąsiednią ulicą. Przyjaźnił się ze starszymi łobuzami i pił wódkę, a także kochał się z dziewczynami. Opowiedział także, jak w naszej wsi pod sklepem, jeden pijany, starszy chłop, rozrzucał pieniądze i on, Janek, sporo ich uzbierał. Widać było, że interesują go głównie pieniądze.

Aż w końcu wydarzyła się katastrofa, Moja mama nakryła Janka w naszym kurniku, jak kradł kurze jajka. Skrzyczała go i wygoniła z podwórka. I zabroniła, żeby mnie odwiedzał. W dodatku mama ośmieszyła go przed klasą. Wiem, że nie powinna tego robić. Czułem się zażenowany.

Zapewne Janek chciał sprzedać jajka. Punkt skupu znajdował się u państwa Rejów, niedaleko szkoły. Mama wysłała mnie tam kiedyś z jajkami. Przyjęła mnie najmłodsza córka Rejów, młodsza ode mnie o kilka lat. Bardzo mi się podobała, ale widziałem z jej oczu, że jest bardzo mądra. Tzn. niekoniecznie miała wiedzę, ale doświadczeniem życiowym mnie przewyższała,

Janek się obraził i rzucał we mnie na pastwisku, na dawnych dworskich nieużytkach, ostrymi kamieniami i wulgarnie mnie wyzywał. Tymczasem przyjechała do jego domu młodsza kuzynka. Śledziłem ich i widziałem, jak przy pasieniu krowy, oboje przykrywają się całkowicie kocem. Zastanawiałem się, co oni tam robią?

Tymczasem jesienią Janek i jego kuzynka wyjechali do Sosnowca. Ciekaw byłem dalszego losu Janka, ale wkrótce ja też wyjechałem do miasta i całkowicie o nim zapomniałem.

Nagość

Chodziłem wtedy chyba do siódmej klasy i już byłem ze dwa razy zakochany, oczywiście platonicznie. W majową niedzielę wybrałem się do mojego Kolegi. Pogoda była przepiękna, kwitły na biało drzewa owocowe, struga płynęła wartko i wiał lekki wietrzyk.

Gadaliśmy o Wyścigu Pokoju, czy znów wygrają Rosjanie, czy pojawi się jakiś nowy talent, podobny do Smolika. Nagle na drogę wybiegła piękna dziewczyna. Miała około osiemnastu lat. Znałem ją, była sąsiadką Kolegi, mieszkała po drugiej stronie drogi. Była bujnie rozrośnięta, choć wtedy mówiłem sobie, że rozkwitła.

– Piękna dziewczyna ta twoja sąsiadka – powiedziałem z zachwytem. – A jakie ciało…
– Wiem, jakie ma ciało, bo je widziałem – powiedział kolega.
– Coś takiego – osłupiałem. – Kochaliście się…?
– Eee, nie – odrzekł kolega. – W kilku chłopaków złapaliśmy ją i rozebraliśmy w naszej stodole.
– No i co? No i co? – nie mogłem wytrzymać,
– Ano nic – odparł kolega. – Podotykaliśmy, popieścili, naoglądaliśmy się i puściliśmy ją wolno. Nic nie zrobiliśmy.
– A dlaczego?
– A jakby zaszła w ciążę, to kto płaciłby alimenty?
– A ona co?
– Ano ubrała się szybko, popatrzyła na nas i mówi: – Aleśta są głupie… I sobie poszła.

Nie wiem czy kolega mówił prawdę czy zmyślał, ale zazdrościłem mu takiego zdarzenia…

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko