Michał Piętniewicz – Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski

0
107

Po co się pisze?
Właściwą chyba intencją pisania jest dominacja nad otoczeniem, co stoi jednocześnie w sprzeczności wobec postawy samego piszącego, który przeważnie nie jest zainteresowany żadną władzą ani dominacją w sensie dosłownym.
Jest to bowiem przeważnie osobnik skryty oraz zupełnie wycofany, który dlatego zajmuje się pisaniem, ponieważ w sensie estetycznym prawidła świata i życia społecznego napawają go głębokim wstrętem oraz obrzydzeniem.
Pisaniem rekompensuje sobie zgrzebność realności i czyni ją, czyli realność, w tym sensie nieosiągalną. Innymi słowy, między pisarzem, a rzeczywistością, nie ma tak naprawdę kontaktu, gdyż rzeczywistość pisarza tak naprawdę nie obchodzi.
Interesuje go jedynie rozmowa, o którą obecnie najtrudniej i która przybrała obecnie jedną formę: rozmowy o interesach, a w najlepszym razie rozmowy interesownej, gdzie dany rozmówca ma pewien interes w tym, aby przed danym adwersarzem się wypowiedzieć za nic sobie mając i lekce sobie przeważnie ważąc jego komfort, jako odbiorcy.
Albowiem moja prawda zawsze była „mojsza” i tak już będzie zawsze.  

 Każdy człowiek jest de facto schizofrenikiem, jeśli pojmować tę kategorię jako rozszczepienie na to, co się mówi i na to, co się myśli.
Ludzie chorzy na schizofrenię to wcieleni autentyści, którzy naiwnie i idealistycznie myśleli, że w życiu społecznym można mówić prawdę i tylko prawdę.
Dlatego chorych na schizofrenię, trzeba od nowa nauczyć udawać i mniej lub bardziej udolnie kłamać, aby byli tymi schizofrenikami właściwymi, czyli de facto stanowili jednolitą bryłę z całym społeczeństwem.

Pisarz to schizofrenik, który ma komfort zwany pod nazwą licentia poetica.
W każdej chwili może użyć swojej legitymacji zasłaniając się językiem literackim – przecież ja wcale tak nie myślę, ja to tylko napisałem,
w gruncie rzeczy bardzo mi się wszystko podoba a najbardziej ludzie, w przeciwnym razie nie pisałbym przecież takich brzydkich rzeczy o ludziach.

Człowiek, który ma coś do powiedzenia, jest przeważnie przez swoich bliźnich niezbyt lubiany.
Najbezpieczniej, na pewno w Polsce, być profesorem – safandułą, który wciąż sadzi te same sadzone jaja truizmów i nikt się go nie czepia, wręcz przeciwnie: udaje, że słucha z zachwytem, choć najchętniej potężnie by ziewnął: wszak bojkot prawdziwych talentów w dziejach świata był zawsze normą i podejrzewam, że nigdy od tej normy nie będzie odstępstwa.

Do czego Pan Bóg powołał artystę?
Odpowiedź jest prosta i niewesoła: przeznaczył go do męczarni.
Czy artysta chce siebie wywyższyć?
Niekoniecznie bycie skazanym na mozolne rzeźbienie w talencie, który ma się od Boga, oznacza wywyższenie danego artysty: to raczej skutek uboczny jego ciężkiej pracy, której oczywiście końcowym efektem jest hejt i ostracyzm społeczny.
Artysta nie ma jakby wyjścia: zatrudnił go Pan Bóg i dla Niego pracuje – o wiele łatwiej mają kapłani, którzy są zatrudnienie w boskiej firmie w nieco bardziej literalny sposób, pomijając kapłanów – artystów w swoim zawodzie, którzy najczęściej są hejtowani za swoje niekonwencjonalne podejście.
Pan Bóg lubi metaforę i niejednoznaczność, jak również ma nieco dziwne czasem i dla nas niezrozumiałe poczucie humoru: nie masz wyjścia bracie, pracujesz dla Mnie, więc się męcz i nastaw się na to, że:
a). nikt Cię za życia nie pozna
b). jeśli Cię nawet pozna to go niewiele obejdziesz
c). jeśli go nawet obejdziesz i tak nic z tego de facto nie wyniknie
d). śmierć dla Ciebie i tak nie będzie żadnym rozwiązaniem.
(kurtyna opada, słychać chichot zza kulis).

Jako że artysta bardzo mało rozumie z czegokolwiek, musi dać się prowadzić Panu Bogu niemal na smyczy po drodze, która jest absurdalna.
Stąd artyści, w przeciwieństwie do kapłanów, na ogół z Bogiem rozmawiać nie lubią, bo jak tu rozmawiać z kimś, kto im robi takie ziaziu.

Artyści są na ogół o wiele bardziej egocentryczni od najbardziej egocentrycznych kapłanów, ale to nie jest ich wina, ale pochodna tego w co zostali wyposażeni.

Pisząc, piszę tak naprawdę wciąż o sobie, albo o świecie, postrzeganym arcysubiektywnie.
Normalni ludzie piszą o rzeczywistości obiektywnej, którą da się nazwać oraz wymierzyć.
Ja w taką rzeczywistość po prostu nie wierzę, co prawdopodobnie jest wyjaśnieniem zagadki mojego nieustającego bezrobocia.
 
Krytykuję obecną rzeczywistość, a jednocześnie niezwykle ulegam jej wpływom i staram się korzystać z możliwości, które ona ze sobą niesie, oczywiście bez większego sukcesu, bo mój przekaz, bez względu na medialny nośnik, pozostaje tradycjonalistyczny, ergo całkowicie dzisiaj nie do przyjęcia.

Żyję w świecie, w którym ludzie żyją na wyspach ze sobą nie komunikujących się,
przez co mają coraz mniej spraw wspólnych.
Wyspa na której żyję, tonie.
Niedługo zostanę na niej jedynym rozbitkiem, o ile nie wymrę przed członkami mojego plemienia.
Sam na przeciw pandemonium okrucieństwa, którego warunki istnienia dyktuje opętańczy, obłąkany monolog Antychrysta, który większość przyjmuje jako dobrodziejstwo.
Ale to nie potrwa długo. Paruzja coraz bliżej.

Literaci opanowują doskonale rozmaite rejestry języka: od całkiem prostych do niebywale wyrafinowanych. Niezbyt dobrze wychodzi im język relacji międzyludzkich, gdyż i w nich traktują medium języka niejako „zawodowo”, więc często są (nie z ich winy), odrzucani poza zdrowe wyspy społeczne, które zwyczajnie cieszą się życiem i byciem razem.
Literat cieszy się najbardziej (jak dziecko), gdy ktoś do niego mówi, bo sam od siebie rzadko cokolwiek potrafi powiedzieć, co nie będzie poczytane za dziwactwo.

Literaci uwielbiają wmyślać się w rzeczywistość, to dla nich przednia zabawa, jak dla dzieci fikanie koziołków. Rzadko kto uważa ich zajęcie za sensowne i rzadko kto im płaci za tę ich „zabawę”, stąd najczęstszym wrogiem literata, przed którym czmycha, gdzie pieprz rośnie, jest urzędnik, który go rozlicza ze społecznej przydatności, najczęściej na jego niekorzyść.

Najczęstszym towarzyszem literata w jego samotnej wędrówce przez życie, jest jego wewnętrzny język, który prowadzi go do tego, co nazywa się umownie dziełem literackim.
Najczęściej literat udaje rozmowę z innymi ludźmi, poza tymi, których kocha.
Miłość do kobiety w wypadku literata to coś więcej aniżeli uzgodnienie języków (wszak literat również jest człowiekiem i kocha jak wszyscy ludzie), lecz jednak, gdy te języki nie zostaną uzgodnione, coś literata gryzie w sensie niedopasowania języków. Przechodzi nad tym jednak do porządku dziennego, gdyż aspekt ludzki u dobrego literata zawsze zwycięży i będzie miał pierwszeństwo nad aspektem komunikacyjnym.
Literat jest bowiem komunikacyjnym anarchistą i w życiu codziennym traktuje on język byle jak, niedbale, co potem zostaje mu odpłacone w postaci jego człowieczeństwa, które aż do śmierci będzie chyba nieuformowane.

Najbardziej kochałem Ewelinkę, która mnie znała lepiej niż ja sam siebie; czułem przy niej komfort i bezpieczeństwo w postaci niekonieczności używania języka, mogłem przy niej być po prostu Michałem, co dawało mi poczucie spełnienia w miłości. Jednak potem, po wielu latach, inny mój język dopomniał się o naszą relację: był to niszczący język mojej psychozy i alkoholizmu, który wywrócił do góry nogami całą moją dotychczasową rzeczywistość.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko