Janusz Termer – Lektury nieprzedawnione – Józef Rurawski, Tadeusz Dołęga-Mostowicz, Jarosław Górski i ja…

0
208

     Przypominając w tym miejscu postać i literacki dorobek Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z okazji wydanej niedawno, ciekawej z wielu względów, książki Jarosława Górskiego Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza (Iskry, 2021, s 446) nie sposób – w tym szczególnym dla mnie przypadku – nie postawić na pierwszym miejscu tytułu niniejszego tekstu nazwiska profesora Józefa Rurawskiego! Nie bez kozery oczywiście. Ale będzie także, poza samym Dołęgą-Mostowiczem, trochę o książce Górskiego, no i co nieco, „po Gombrowiczowsku”, ha, ha – wybaczcie proszę – o sobie samym też!

    Oto bowiem z późniejszym profesorem nauk humanistycznych J. R. poznaliśmy się, gdy był jeszcze „prostym” magistrem, a ja dopiero – w dwa lata po Październiku 56 – na pierwszym roku warszawskiej polonistyki Prowadził tam z naszą grupką cotygodniowe zajęcia, tzw ćwiczenia z interpretacji dzieła literackiego (czy jakoś tak to się zwało). I to jak prowadził!  Przede wszystkim Imponował nastoletnim żółtodziobom swobodą i śmiałością niekonwencjonalnych sądów, bulwersujących nas opinii (nie tylko zresztą literackich). A  także i licznymi odwołaniami, odważnymi nawiązaniami do modnych wówczas, szeroko omawianych i dyskutowanych w prasie literackiej „rozliczeniowych” nowościach prozy polskiej i światowej. Trwał wtedy jeszcze w kulturze polskiej ów wielce krytyczny wobec nieodległej przeszłości wyraźnie ożywczy boom owej odwilży politycznej. Nadrabiane były wieloletnia zaniedbania kulturowe, wobec Zachodu, ale i – pamiętać warto – Wschodu… Drobny przykład – oto do dyskusji o Upadku Alberta Camusa J. R. zalecił nam lekturę Wzlotu Jarosława Iwaszkiewicza, opowiadania trudno dostępnego, znanego wtedy tylko z druku w „Twórczości” (której był, po Adamie Ważyku, niedościgłym redaktorem). Był to swoisty rodzaj literackiej polemiki z francuskimi egzystencjalistami (polecam ją i ja – teraz). J. R. szokował co niektórych z nas (zwłaszcza koleżanki) – przyzwyczajonych do szkolnych, piłowato-solennych i polewanych często bogoojczyźnianym sosem „rozbiorów” i „analiz” literackich. Bywał też bezlitośnie krytyczny wobec niektórych nowych, często snobistycznie modnych tonów, pojawiających się w dyskusjach publicznych w prasie ówczesnej. Tymi, rzucanymi jakby od niechcenia uwagami oraz niekonwencjonalnymi odczytywaniami ukrytych znaczeń w tekstach literackich, niespodziewanie nas najczęściej zaskakiwał, acz potrafił też na niektóre z nich nas zręcznie „podprowadzać” (niczym ktoś z owej dobrej starej sokratejskiej szkoły), byśmy przyjęli je za swoje…

   Wiedzieliśmy nadto, że znał osobiście wielu rówieśnych sobie pisarzy z „pokolenia Współczesności” i namawiał nas do czytania ich debiutanckich książek. Napisałem nawet pod jego wpływem pracę semestralną o debiutanckiej powieści jednej z dobrze się zapowiadających prozaiczek tego pokolenia – Magdzie Lei, o której niestety, jak i wielu innych z tej generacji – wkrótce słuch wszelki nie wiedzieć czemu zaginął. Ale dziś przecież trudno sobie wyobrazić naszą rzeczywistość literacką tamtych lat bez utworów choćby Stanisława Grochowiaka, Ernesta Brylla, Władysława Terleckiego, Eugeniusza Kabatca, Marka Nowakowskiego czy Ireneusza Iredyńskiego…

    Józef Rurawski należał do, raczej rzadkiego, grona tych wykładowców, co to chętnie się zaprzyjaźniali ze swoimi (wybranymi) student(k)ami, i podtrzymywali te oficjalne uniwersyteckie zajęcia i kontakty na gruncie prywatnym. Z podobnym „przypadkiem” miałem do czynienia wówczas raz tylko jeszcze, gdy w parę lat później byłem  uczestnikiem seminarium filozoficznego prof. Bronisława Baczki, autora nie znanego nam jeszcze wtedy dzieła Samotność i wspólnota, który to zbierał i zapraszał naszą małą grupkę z różnych zresztą lat studiów i wydziałów UW, nie do sali wykładowej, a do słynnej skądinąd kawiarni Bristol i próbował dawać nam „szkołę  prawdziwie krytycznego myślenia o rzeczywistości (nim wyjechał z Polski do Francji, marcu 68).

    Tak się też złożyło, że na owym pierwszym roku polonistyki mieliśmy w swym gronie pewną koleżankę – Ewę, wnuczkę jednej ze znanych w naszej historii najnowszej postaci, dysponującą w pobliżu UW, bo na ul. Karowej, nadającym się do koleżeńskich spotkań mieszkankiem. A było ono w słynnej warszawskiej kamienicy, w której mieszkali ówcześni wielcy ze świata kultury i nauki, jak prezes PAN prof. Tadeusz Kotarbiński (widziałem jak chodził szybko i swobodnie po marmurowych schodach, nie korzystając programowo z windy). Z „mety” tej, owszem, korzystaliśmy nader chętnie z wielu powodów, choćby dlatego np., że dla stołówkowych głodomorów znalazło się tam zawsze jakieś małe co nieco do herbatki (lub innego płynu). A nadto ojciec Ewy – ambasador jednego z ościennych krajów – miał swoje, inne „mieszkanko” w Alei Róż, gdzie pod jego nieobecność również odbywały się niekiedy nasze studenckie „posiady”. Do czasu. Oto pewnego razu zajechał przed ten dom potężny samochód osobowy radzieckiej marki Czajka, którego dysponent – wbrew naszym oczekiwaniom – okazał się całkiem „ludzkim paniskiem”, chwilę z nami konwencjonalnie pogawędził, zapytał nawet o postępy w nauce. Zarządził jednak szybkie rozwiezienie „gości córki”, dobrze iż bez sprawdzania zawartości domowego barku owym monstrualnie przestronnym pojazdem (dysponującym w środku „salonką” z dobrze zaopatrzonym bufecikiem…).

    Ówczesny magister Józef Rurawski stał się dla na wkrótce po prostu Józkiem, co jemu ujmy specjalnej chyba nie przynosiło, skoro sam to zaproponował, a nam dodawało skrzydeł oraz dyskusyjnego wigoru. Nosił on, myślę iż wiedział o tym doskonale, sympatyczną ksywę – Motorek. Co wedle polonistycznej legendy miało swoje źródło w zdarzeniu z pewnego studenckiego obozu naukowego na Mazurach, gdy wieziony motocyklem na tylnym siedzeniu przez słynnego językoznawcę prof. Witolda Doroszewskiego, wypadł na jakimś wykrocie i biegł za nim bezradnie… Na kolejnych latach polonistyki mieliśmy już wprawdzie innych wykładowców, specjalistów od różnych epok i problemów. On zaś sam parokrotnie, pod wpływem rozmaitych wydarzeń natury politycznej, a i osobistej też, zmieniał uczelnie krajowe, wędrował po Polsce, by osiąść na dłużej w Kieleckiej uczelni im. Jana Kochanowskiego. Pracował też jako polonista za granicą (m. in. Uniwersytet w Lipsku). Przechodził rozmaite etapy perypetii zawodowych i twórczych, ale nasza przyjacielska znajomość przetrwała długie lata, i trwa do dziś właściwie, choć bywają i takie dziesięciolecia, że nie widujemy się „na żywo”, a jedynie poprzez pośrednictwo książkowe. Gdy redagowałem w latach 80. miesięcznik „Nowe Książki” zaprosiłem go do współpracy recenzenckiej – z obopólnym zadowoleniem przyjętej. Dostawałem też prywatnie od niego nowe jego książki z sympatycznymi dedykacjami, jak choćby nowatorską rzecz w naszej publicystyce literackiej, poświęconą tematyce uważanej przez pewnych „poważnych” badaczy literatury za mało znaczącą, ba, wręcz właśnie „niepoważną”. A mianowicie niewielką, a niezwyczajną jeszcze wtedy w polonistycznej literaturze książeczkę, zatytułowaną – oraz brawurowo zaatakowanym przez niego wprost już w tytule temacie głównym – Wódko, wódeczko… Motyw alkoholu we współczesnej prozie polskiej (z 2001 roku). Przyznasz, Drogi Czytelniku, że sprawa to nie błaha, a bywa iż całkiem, całkiem poważna!

   No i oczywiście dostałem także m. in., także i to dziełko jego, monografię literacką – Tadeusz Dołęga-Mostowicz, z roku 1987. Pierwsza to w rodzimej krytyce literackiej próba całościowego opracowanie poświęconego temu jednemu z najbardziej popularnych autorów polskich. Pisarzowi uchodzącemu do dziś w oczach wielu krytyków, czasami i czytelników, za drugorzędnego autora owych niezmiernie licznych, pisanych dla zarobku („ja nie piszę, ja zarabiam” – mówił kokieteryjnie sam w jakimś wywiadzie prasowym), poczytnych niepomiernie i sensacyjnych „powieścideł” (jak je określali współcześni mu krytycy, między innymi i w latach 30. ubiegłego wieku także i sam Kazimierz Wyka). Te i inne, liczne i na ogół niepochlebne opinie, tak absolutnie rozbieżne z opiniami uwielbiających go gremialnie zwykłych czytelników (szczególnie pań), tworzone o autorze Kariery Nikodema Dyzmy, Znachora czy Prokurator Alicja Horn powstawały rzecz jasna jeszcze w międzywojennym dwudziestoleciu, i to w czasie gdy był on u progu niebywałej wręcz kariery najbardziej poczytnego i – chyba można to śmiało powiedzieć i dzisiaj – najczęściej wydawanego, najczęściej ekranizowanego, najlepiej zarabiającego pisarza polskiego tamtej epoki! Tego to już było o „wiele za wiele” dla tamtotecznej opinii literackiej, zwłaszcza „szanujących się” krytyków literackich i także, co ciekawe, filmowych. Literatura popularna – obyczajowo-psychologiczna, sensacyjno-kryminalna i wszelka inna nie odwołująca się do owego podniosłego i tragicznego narodowego toposu „scenicznego gestu poety” – nie miała tutaj żadnych szans Na nie tylko dobre i życzliwe przyjęcie, ale i na jakiekolwiek przyjęcie w poważnej prasie kulturalnej, łącznie z tak opiniotwórczymi w tym względzie „Wiadomościami Literackimi”! Był wtedy właściwie tylko jeden krytyk literacki, którego interesował problem literatury popularnej, jej znaczenia i wpływu na opinię i wyobraźnię potoczną. Chodzi o Stanisława Baczyńskiego (tak, tak, ojca poety Krzysztofa Kamila), który próbował coś w tej materii zmienić (był autoremnowatorskiej na naszym gruncie rozpraw krytycznych o popularnej prozie detektywistycznej, w tym książki  Powieść kryminalna (1932), acz było to przysłowiowe wołanie na puszczy…

     W recenzjach prasowych pisanych po wydaniu przywoływanej tutaj „monografii biograficznej” pióra Jarosława Górskiego, uchodzi ona, niezupełnie przecież słusznie za pierwszą – poświęconą Dołędze-Mostowiczowi. Owszem: pierwszą tak pełną – zgoda, na pewno, bo Józef Rurawski nie miał, przed blisko czterdziestu laty (!) możliwości dostępu do wielu zapisanych czy innych (ustnych świadectw) źródeł i dokumentów, do wielu mało lub wcale nieznanych faktów z jego niedługiego wprawdzie, ale tak dramatycznie pokomplikowanego, zakończonego we wrześniu 1939 żywota (m. in pisał o tym przed laty pochodzący z Podola prozaik Stanisław Srokowski w swej powieści dokumentalnej Ukraiński kochanek). A które to fakty udało się teraz jego następcy zebrać, opracować i na nowo skomentować! Co zresztą Jarosław Górski lojalnie podkreśla i za co sam swemu poprzednikowi dziękuje.

     Powstało w efekcie kilkusetstronicowe, ogromnie ciekawie skrojone na kanwie wielu rozmaitych materii – biograficznych, historycznych, socjologicznych czy psychologicznych dociekań – ważne poznawczo dzieło, które się po prostu „czyta”, jak, nie przymierzając, którąś najbardziej sensacyjną z sensacyjnych powieści samego Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Nie mam zamiaru wdawania się w szczegóły i niuanse tej fascynującej opowieści o niezwykłym życiu i karierze literackiej tego pisarskiego fenomenu i tajemnic autorskich pisarza, którego sława „czytelnicza” przetrwała bez uszczerbku te długie dziesięciolecia minione od jego śmierci – wraz z jego najlepszymi utworami, z nieśmiertelną powieścią, niedocenianą nawet kiedyś jako brawurowy pisarski fresk rzucający tyle długo nie dostrzeganego światła na rzeczywistość polską w ogóle, a nie samą tylko Polskę międzywojnia – Karierą Nikodema Dyzmy na czele. Dodam tylko na koniec, że mam jedną tylko drobną uwagę edytorską.

   Oto Jarosław Górski posługuje się tutaj z lubością, ale i wielkim wyczuciem wagi świadectw dokumentalnych i znawstwem przedmiotu, bardzo licznymi i niekiedy długimi niebywale, choć dodam od razu ważnymi i „smacznymi” cytatami, zamiast ich omówieniami czy mało na ogół strawnymi streszczeniami. Fundując w ten sposób całą tę swoistą „opowieść biograficzną”, podając nam w gruncie rzeczy „surowy” materiał, jako mówiący sam za siebie, dostarcza czytelnikowi wiele arcyciekawych wiadomości i materiałów do samodzielnych przemyśleń. Mnie to bardzo przypadło do gustu. A przypadłoby bardziej jeszcze, gdyby edytor cytaty owe wyróżnić zechciał w jakiś jasny i czytelny sposób: krojem czcionki chociażby, np. kursywą, gdyż tenże czytelnik może się w tym czasami pogubić, jak i mnie się to przydarzyło parokroć…

   I już naprawdę na koniec. Nie mogę się bowiem oprzeć temu, by w tym miejscu nie zacytować in extenso kilku ostatnich bardzo osobistych zdań-wyznań autorskich z tej książki, będących zarazem na wpół żartobliwym „wyznaniem wiary badawczej”, i zarazem wykładnikiem najlepszym biograficznej „metody” pisarskiej Jarosława Górskiego: Nie wiem czy każdy autor biografii zaczyna lubić swojego bohatera, łapię się na tym, że większość wątpliwości rozstrzygam na jego korzyć, a w konfliktach, o których piszę, staję odruchowo po jego stronie. Ale ja swojego właśnie w taki sposób polubiłem. Nie był mi nigdy Dołęga-Mostowicz bliski ideowo, obcy jest mi jego system wartości, nie aspiruję do stylu życia, nawet osobiste upodobania: myślistwo uważam za barbarzyństwo, krawatów nie noszę, nigdy w życiu nie usiadłem za kierownicą samochodu, nie wiem, czy bardziej cierpiałbym z nudów, grając przez całą noc w brydża, czy przerzucając się dowcipami i kalamburami w gronie polskich literatów. A jednak swojego bohatera polubiłem jako człowieka, który wolał ludzi lubić niż nie lubić, który był ich ciekaw. Który kibicował aspiracjom żywych ludzi podobnie jak aspiracjom swoich bohaterów. I który, choć był skończonym snobem, kochał blichtr i wysoko cenił towarzystwo możnych tego świata, wolał ostatnie dni lata 1939 roku spędzić w strażnicy w Kutach i wśród żołnierzy i mieszkańców miasteczka niż w Wyżnicy po rumuńskiej stronie w towarzystwie pana prezydenta, naczelnego wodza, pana premiera, wśród niezliczonych ministrów i generałów.

Janusz Termer

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko