Łukasz Cziczka-Wesnianyj (Maksym Mozhowyj) – Wiersze

0
507
Łukasz Cziczka-Wesnianyj. Zdjęcie z archiwum Poety.

Przekład z języka ukraińskiego Tadej Karabowicz


Mogiły

         poświęcony wiosce Sasza

skłębiony w sobie błąka się wiatr,
zamiata sutannę duchownego
który wypowiada zniewagę hydrze.
wyśpiewując długie pieśni modlitewne.

ciżbą zebrani wokół grobów
tulą się krewni i po prostu ludzie
by w rękach podnieść kołacze w górę,
do nieba, dając impet i werwę.

1.5.22 Sasza, obwód winnicki


sum in amore

       W. B.

czytam każdy twój wiersz
jakby dla mnie był poświęcony
teraz wszyscy coś zabijają we mnie
lub wszystko na raz
i zanim skończę czytać
rozkoszuję się każdym słowem
i z każdym z nich i w każdym, wędruję chytrze
jak z wzorami na suficie
kiedy nie mogę spać

i słonecznie i jasno
na dworze
zapachniało bzami
a dla mnie wystarczy
smutne ponowne czytanie wierszy
gdy głos jeszcze nie milczy


kwiat Krugera

ciemność lękliwa jak skrzydło
krzywo, zakrywa oczywisty horyzont „ὅρος”,
zatula chusteczką jasnoszare oczy.
gdzie indziej oświetla ruch,
przechodzi bez przerwy, odchodzi,
opuszcza nas – jedna łódź na morzu –
wody pełena i wylać wszystko od tła.

cisza przeraża, gdy nie śpię
i gdy kłuje mnie w plecy,
choć jest ciekawsza i ważniejsza.
piękna i użyteczna:

dopóki róża wyciera się w twojej kieszeni
i winogrona  jeszcze nie dojrzały;
nie wyrastam ciałem mężnym jagody,
a już widać na nim przecięcia.
cięciwą smyczków na całej długości.

i za jakieś 15 lat wykiełkuje
proste w tym miejscu z numerem „5” –
piękne i użyteczne zrodzi się za 15


dyptyk: rozczarowanie wiosną


och Wiosno, ja cię kochałem
w świetle przymrużonej latarni
i półsennego zimnego księżyca.

to wspomnienie wiosny –
okresu w roku między zimą i latem –
być tym, co brzmi podobnie:
wyjść ze snu.
cytując wiersze Hołoborod’ki
na granicy autorstwa.

wiosna –  to coś na granicy
okresów między zimą i latem.

najbujniejsza pora roku
i jedyna nieożywiona:
lato /ono/.
zima nie jest straszniejsza od niej,
bo przecież jest żywa i w żyłach
ma H2O.

zima, jak w plastyk zagnana ryba –
bezlitosna i zaciekła
a w rzeczywistości woli w sobie słońce
więcej niż ma  i drzew tasujących.
i w zemście ruszy czapą śniegu w strzesze,
dopóki z dachów nie popłynie krew.


tabula rasa


i wpadnij we mnie
jak deszcz do rynny zewsząd
wchłaniaj równością atmosfery
wznoś się do góry jak… dym
jak puch ze skrzydła pielgrzyma

wasza lordowska mość dotyka gałęzi
w swoim biegu jak na wietrze
wnętrze skrzypi nienatłuszczonym metalem
a spojrzenie płynie tępym ostrzem

rdza mnie zjada…
nas powietrze rozrzedza
na pustkowiu
do zmroku
odbija się w lustrze
jaskrawa i zmięta
i bez palta w mroźną porę

czoło zakrywa utratę wzroku
głuchotę przejmującym – krzykiem
przyszłość jest cicha – śpiewa


* * *

deszcz zaczyna się i kończy
tak samo nieoczekiwanie jak wojna.
która bierze początek od ciebie i ode mnie,
ona nas rodzi.
ptaki, jak i my, nie milczą,
nawet gdy biją grady.
rzeki nie zatrzymują swojego biegu,
nawet gdy ty i ja jesteśmy martwi.
nas pożerają robaki,
nawet gdy żyjemy.
słońce grzeje i oświetla nasze trupy,
aby je łatwiej było pozbierać po polach.
wiatr niesie wieści o upadku imperium,
które wkrótce nastanie,
nawet jeżeli nas już nie będzie.

nawet jeśli to wszystko prawda
że nie umrę od przeziębienia,
a nawet nie w Paryżu,
i mój tomik nie będzie stać na twojej półce,
ja nie zważając na nic zmartwychwstanę za setki lat
by wszystko dokończyć…


* * *

szary most drży we mnie
swoim niepokojem
pozostawia sobie słodowy chłód,
i daje mi resztki gorzkiej mgły.
dlatego zeskoczyłem z jego ramion,
ciężkich od codziennych samochodów.
i w tym zeskoczeniu
złapałem ptaka w locie

ptak płakał i skarżył się do mnie
na  jego psi los.
miał blade ciało i białe spojrzenie.

– och, blady ptaku, biała bestio,
jestem twoim synem!
a to niebo – macocha,
szary most jest moim ojczymem.
macocha zniknęła, poczerniała
od dymu manufaktur,
emisji melancholii, udawanego ojczyma –
samochodów.

odeszła, a ja wierzę w rozpacz,
że do nas jeszcze przywieje
swoją spóźnioną czystość.
przyciemni mgłę
i wesołym deszczem nas rozrzedzi.

a jeszcz na koniec
w sobie rowieje nas jak ciężki kamień.


* * *

a oto siedzisz dni licząc proste.
ugniatasz zimne spocone dłonie
w czeni nocy, w ciemności.

ktoś cię ucisza, wymawia imię nadto,
ta linia nie będzie już zakrzywiona,
i zgliszcza oświetli księżyc światłem.


* * *

moja linia obrony pękła,
nienawidzę matematyki jeszcze bardziej,
liście dzisiaj są jak nigdy niebieskie,
niestety, czarnego śniegu nie będzie
ty śpij dobrze, chłopczyku, zasnę i ja.
na moim skąpym kawałku świata.

tam między pustymi snami słychać dźwięk,
odgłos pokuty, modlitwy i łez.
dźwięk wybitego okna, rzeczywiście, niewyobrażalny.
ostre fragmenty dookoła i wszędzie
biją mnie jak snajper.

potłuczone szkło – nie zbieraj,
zraniłem w kilku miejscach dłonie,
krew spływa na czarny śnieg i do krawędzi,
jeszcze nie widocznej dla mnie.


* * *

na pchlim targu,
jak w całodobowym kiosku:
nie można kupić tylko głowicy nuklearnej,
a można figurkę Mickiewicza z wosku,
można czołg, transporter opancerzony lub dwa tygodnie życia.

a można nasze serca?
ale żeby parami i na zawsze.
więc wtedy, potem, ta ziemia surowa i
wszystko takie słodkie czy gorzkie. przecież ty
moim nauczycielem czy…?

paczkę papierosów „sobranije”,
koniak za 86, colę, chipsy z krabem.
to wszystko. pakiet mam.
śpieszę się, za mną sodoma i gomora.
modlę się, Bóg posłał mnie na…

obawiam się, że nie jesteś Bogiem.
wybacz, przebacz, przepraszam, zapomnij,
takie słowa stosuję mimochodem,
żeby niczego nie utracić i by nic nie zniknęło.
przytul mnie.


* * *

wsłuchując się w wojenną ciszę nocy,
w ciemność północnego milczenia,
ciszę wsi, zamilkłość zapadającą w oczy,
wpatrując się w nieskończoną podstępczość wroga,
moich wahań
cudzego cierpienia,
głośnych wołań.

słychać i widać tylko moje niechcenie
słyszeć i widzieć, zapomnieć i odejść,
nawet przed świtem, od samego rana.
modlitwa i jesteśmy z Bogiem kwita,
zaschłe kwiaty,
cła graniczne,
wszystko do syta…


Łukasz Cziczka-Wesnianyj (Masym Mozhowyj) urodził się 11 sierpnia 2004 roku w Szewczenkowym na Kijowszczyźnie. Poeta. Pisze wiersze, żyje słowem poetyckim, szuka twórczej ekspresji we współczesnym środowisku literackim Kijowa. Pomimo wojny wypowiedzianej Ukrainie przez Rosję oraz inwazji wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy, próbuje prezentować swoje utwory w Kijowie. Takim miejscem prezentacji jest ostatnie schronienie ukraińskiej inteligencji Klub-Knajpa artystyczna „Kupidon”. Znajduje się ona w centrum stolicy Ukrainy. Jak podaje portal Klubu, 3 czerwca 2022 roku poeta otrzymał nagrodę 453-j „Pierwszej Kawy” zasłużenie przyznanej z rąk literata Váno Krugera za „świeżość i wyrazistość [poetyckiej] kompozycji. Łukasz Cziczka-Wesnianyj (Maksym Mozhowyj) prezentuje także swoje utwory na Facebooku.

© Łukasz Cziczka-Wesnianyj (Maksym Mozhowyj)

© Przekład z języka ukraińskiego Tadej Karabowicz

© Pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko