Andrzej Dziurawiec – JANEK

0
120

1. Według Wikipedii w Ostródzie urodziło się czterdziestu dziewięciu sławnych ludzi. Słyszałem o trojgu: niemieckim pisarzu Hansie Kirscie, wspaniałej aktorce Marii Ciunelis i o Janku Purzyckim. Poza tym wśród ostródzkich sław jest brat znanego piłkarza, ligowy siatkarz i wokalistka popowa, o której chyba nikt poza Ostródą nie słyszał. Marysia Ciunelis żyje, gra i ma się dobrze. Janek Purzycki odszedł od nas trzy lata temu. Nie wiem, ile z tych „sław” zaszczyciła Ostróda nadając ich imię ulicom, skwerom, obiektom użyteczności publicznej, wiem, że w żaden sposób nie uhonorowała Purzyckiego.

Po śmierci Janka napisałem w tej sprawie list do pana Michalaka, burmistrza Ostródy, odpowiedzi nie dostałem. Widocznie pan Michalak uznał, że Jan Purzycki nie zasługuje na upamiętnienie przez rodzinne miasto, a może obawia się, że Ostróda ma zbyt mało ulic i zabraknie wolnego miejsca na Aleję Michalaka. Zbigniewa zresztą.

2. Nie znam pana Michalaka i chyba nie bardzo chcę poznać. Janka znałem przez niemal czterdzieści lat. Był ogromnie ważną postacią w moim pejzażu. Wciąż mam w komórce Jego numer, wciąż jest wśród moich znajomych na facebooku. Nie potrafię Go wykasować. Bardzo mi Go brak.

3. Tuż po Sierpniu ’80 Krzysiek Dzikowski zainicjował powstanie literackiej komórki Solidarności. Byłem jednym z pierwszych, którzy odpowiedzieli na jego apel. Mam wykształcenie prawnicze, pomagałem ułożyć status stowarzyszenia więc z rozdania zostałem członkiem zarządu. Nie mam natury działacza, niewiele zdziałałem, chyba jedyną moją zasługą dla Koła Autorów Form Literackich było przyjęcie w poczet członków Janka Purzyckiego.

4. Janek był absolwentem pierwszego rocznika Studium Scenariuszowego PWSFTiTv, ja właśnie dostałem się na to Studium. Błyskawicznie znaleźliśmy wspólny język. Nie byliśmy grzecznymi chłopcami, znajomość obficie podlaliśmy. Później wielokrotnie to podlewanie powtarzaliśmy. Nie znaliśmy jeszcze rady Charlesa Bukowskiego dla młodych pisarzy: „Pij, pal i dupcz ile wlezie”, jednak intuicyjnie podążaliśmy za wskazaniami Mistrza. Mimo to przetrwaliśmy. W przerwach między biesiadowaniem coś tam próbowaliśmy pisać. To „coś tam” przeszło do historii polskiego filmu

5. Lubiliśmy się, szanowaliśmy. Wbrew powszechnej opinii nie rywalizowaliśmy ze sobą, a już na pewno nie twórczością. Na innych polach bywało różnie. Nie było łatwo. Janek był wyjątkowo przystojnym mężczyzną. Był wysoki, miał sportową sylwetkę, gęste, kręcone włosy, których chyba nigdy nie czesał. O tym, że był inteligentny, miał świetne, ironiczne poczucie humoru nawet nie trzeba wspominać. Nie uganiał się za kobietami, to kobiety uganiały się za nim. Najczęściej, ale nie zawsze. Przynajmniej raz ruszył w pogoń. Byłem świadkiem i uczestnikiem tej pogoni. Dzień był ciepły, pogodny. Nic nie zapowiadało dramatu…

6. Pod osłoną Stanu Wojennego komuniści wprowadzili drastyczne podwyżki cen żywności. Wyrównać je miały tak zwane „rekompensaty”. Odbieraliśmy je w kasie SFP. Śmieszne pieniądze, starczały na jedno posiedzenie w SPATiFie. Z Jankiem spotkaliśmy się w Stowarzyszeniu, pobraliśmy kasę, udaliśmy się w Aleje Ujazdowskie spożytkować darowane przez władze środki. Przy naszym stoliku natychmiast się zasępiło. No i dobrze. Bawiliśmy się przednio aż nagle diabeł mnie podkusił, by zaprosić do zabawy Basię O. Moją małżonkę skądinąd. Dalsze, dramatyczne wydarzenia zawdzięczałem więc wyłącznie własnej głupocie.

7. Czas płynął szybko, nawet nie zauważyłem kiedy w lokalu zjawiła się Basia, co tu dużo mówić, zwierzęcej urody niewiasta… Atmosfera przy stoliku zgęstniała. Ja miałem już nieźle w czubie, Janek mniej. Natychmiast zwietrzył szansę. Narzucił tempo, którego nie wytrzymałem. Na moje szczęście w lokalu pojawił się mój przyjaciel, Wojtek. Co istotne dla dalszej opowieści, Wojtek ma prawie dwa metry wzrostu i nie jest chudeuszem… Ja już nie byłem przeszkodą więc Purzyc przystąpił do redukcji sępów. Na początek poleciał operator filmowy wyjątkowo nikczemnej postury. Krótkie, żołnierskie “spierdalaj!” i już go nie było. Później jakaś notorycznie sępiąca panienka, później ktoś tam jeszcze. A później ja dojrzałem. Janek usłużnie zapakował mnie do taksówki, pojechałem do domu. Zostali we trójkę. Purzyc, Wojtek i Basia. Purzyc otaksował dwa metry Wojtka, zrozumiał, że tutaj proste „spierdalaj” nie wystarczy. Postanowił zastosować tę samą metodę, która sprawdziła się w moim przypadku. Zaczął polewać. Nieszczęśnik nie wiedział, że nie wyprodukowano jeszcze takiej ilości alkoholu, która mogłaby wyeliminować Wojtka… Tak więc panowie pili, a moja umiłowana małżonka z rozbawieniem obserwowała ten pojedynek. Wojtek, niczym wierny pies ogrodnika trwał na posterunku. Każdy by się zniechęcił, ale przecież nie Janek. Twardy był!

8. Kilka lat temu zamieściłem tę opowiastkę na pewnym, jak to się mówi „portalu społecznościowym”. Oczywiście bohaterowie występowali pod kryptonimami. Janek sam się zdekonspirował komentując zdarzenie. Dołączyła Basia. Pogawędziliśmy, powspominaliśmy. Było sympatycznie, zabawnie. Jak dawniej, jak zawsze. To była jedna z naszych ostatnich internetowych rozmów. Wtedy, na tym portalu, nie opisałem dalszego ciągu tej historii. A dalszy ciąg owszem był…

9. Pisarz, dramaturg, scenarzysta, człowiek parający się pisaniem musi być konsekwentny, uparty. Każdy potrafi napisać kilkanaście, kilkadziesiąt stron, niewielu potrafi poświęcić na pisanie rok, dwa, czasami więcej. Janek miał w sobie ten upór. Kiedy uznał, że przez niezłomność Wojtka wyczerpały się możliwości spatifowe, zaproponował przebiegle, by pojechać do Dziurawców. Oczywiście chodziło mu wyłącznie o troskę o mnie, czy na pewno wszystko ze mną w porządku. Niestety, Wojtek bezczelnie wpakował się do taksówki. Przyjechali we trójkę. To nie był dobry dzień Janka. Na miejscu spotkała go kolejna niemiła niespodzianka – Dziurawiec ożył. Wojtek uznał, że spełnił już swój obywatelski obowiązek obrony cnót niewieścich i oddalił się na zasłużony odpoczynek. Mało tego, Basia pożegnała nas ciepło i poszła spać. Z samego rana musiała jechać na plan, robiła scenografię do jakiegoś filmu. Zostaliśmy we dwóch. Piliśmy do świtu, do wyjścia Basi. Tym razem nie padłem.

10. I co? Myślicie, że Janek się poddał? No skąd! Jak już zostało powiedziane twardy był! Nie tracił nadziei, że powtórzy się spatifowy scenariusz, że sponiewiera mnie i pozbędzie się konkurencji… Dzień zaczynaliśmy szampanem w pobliskiej kawiarni a później śmiało kontynuowaliśmy w kolejnych knajpach, by pod wieczór zakotwiczyć w gościnnych progach mieszkania Dziurawców. I tak przez trzy dni. Do dzisiaj nie wiem, jak Basia to zniosła, ale jakoś zniosła. Mało tego, ratowała nas niepłynnymi posiłkami. Najwidoczniej bardzo lubiła Janka, choć nie aż tak, jak Janek by chciał… Trzeciego dnia Basia wyjechała z filmem w plener, Janek się od nas wyprowadził. Chyba uznał, że samotny Dziurawiec nie jest wystarczająco ciekawym towarzystwem…

11. To oczywiście żart, anegdota, tak naprawdę komplement dla Basi, nic więcej. W sprawach istotnych obaj dawaliśmy dowody lojalności. 1987 rok, Łagów, pierwszy po wojennej blokadzie festiwal filmowy. Janek nie dotarł, ja byłem z „Karate po polsku”. Sylwester Chęciński prezentował „Wielkiego Szu”. Ostro zaprotestowałem, gdy mówiąc o roli scenarzysty powiedział, że „Purzycki pełnił rolę scenariuszowego pogotowia na planie”. Uznałem to stwierdzenie za uwłaczające autorowi scenariusza. Po projekcji reżyser podszedł do mnie, przeprosił, wyjaśnił nieporozumienie. Chodziło mu o to, że będąc na planie, Janek na bieżąco wprowadzał konieczne zmiany. To oczywiste. Nigdy żaden film nie powstał literalnie według scenariusza. Rzeczywistość planowa wymusza zmiany. Za „Wielkiego Szu” Janek dostał w Łagowie nagrodę. 

1991, Gdańsk, Festiwal Filmów Polskich, najważniejsza polska impreza filmowa. Nie przyjechałem na pokaz „Zakładu” Teresy Kotlarczyk według mojego scenariusza. Na konferencji prasowej Janek ostro upomniał się o mnie. Teresa odpowiedziała, bardzo ciepło mówiąc o współpracy ze scenarzystą. „Zakład” dostał nagrodę.

12. Byliśmy blisko, lecz są rzeczy o których nie mówi się nawet najbliższym. Nie miałem pojęcia o konspiracyjnej działalności Janka. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że był związany z gdańskim środowiskiem opozycyjnym, że razem z Marianem Terleckim prowadził pierwszą niezależną wytwórnię filmową Video Studio Gdańsk. Warszawskim reprezentantem VSG był mój kolega z filmówki, Tadeusz Lampka. Wiele lat później Tadeusz, wtedy już najpotężniejszy polski producent filmowy powiedział mi, że jedynym polskim scenarzystą, który miałby szanse zaistnieć w Hollywood jest Purzycki. Nie ukrywam, byłem odrobinę zawiedziony… A serio, to trudno się z Lampką nie zgodzić. Janek potrafił jak nikt opowiadać uniwersalne, precyzyjnie skonstruowane historie z prawdziwymi, żywymi bohaterami, którym widz pragnął towarzyszyć. Tę umiejętność posiedli wcześniej Stawiński i Ścibor Rylski, twórcy Szkoły Polskiej, po nich może Konwicki i Mularczyk, ze współczesnych nie widzę nikogo, kto mógłby się równać z Purzyckim.

13. „Wielki Szu”. „Piłkarski poker”, sukces, sława, tantiemy. Ale za najważniejsze swoje dzieło uważał Janek skromny film w reżyserii Teresy Kotlarczyk „Prymas. Trzy lata z tysiąca”. Piękny, mądry film z wybitnymi kreacjami Seweryna i Ostaszewskiej i znakomitą scenografią wspomnianej wyżej Basi Ostapowicz. Janek razem z ekipą realizatorską pojechał na pokaz do Watykanu. Pytałem go później, czy rozmawiając z Ojcem Świętym odczuł powiew metafizyki. Nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko tajemniczo, ale widziałem, że to spotkanie zrobiło na nim ogromne wrażenie. To była ta strona Janka, której wcześniej nie znałem.

14. Nie znałem również jego przygód żeglarskich. Urodził się i wychował w mieście nad jeziorami, pływał od wczesnej młodości, żeglarstwo było jego pasją. Monika, jego córka opowiadała mi, że miał zacumowaną na jeziorze żaglówkę, była jego azylem, terenem prywatnym. Zaszywał się na niej na całe miesiące, tam pisał, pracował. Pływał po mazurskich jeziorach, a później po morzach i oceanach. Od dzieciństwa do późnych, dojrzałych lat. Nie mogę napisać do „starości”, bo Janek nigdy się nie zestarzał. Po sześćdziesiątce był taki sam, jakiego poznałem czterdzieści lat temu. Nawet fizycznie niewiele się zmienił, wciąż miał w oczach te same ironiczne iskierki. Nigdy nie stracił młodzieńczego entuzjazmu, żądzy odkrywania. Najlepszym dowodem Lofoty. Był już, delikatnie mówiąc, dojrzałym facetem, kiedy Monika trafiła na te norweskie wyspy na końcu świata, zachwyciła się, podzieliła się tym zachwytem z ojcem. Janek wsiadł w samolot, poleciał i też się zachwycił. Kilka tygodni później był już właścicielem domu na archipelagu i członkiem wyspiarskiej społeczności. Spędzał na wyspach klika miesięcy w roku, żeglował po zimnych wodach. Ogromnie mi imponował tymi Lofotami. Nigdy nie pociągały mnie tropiki, norweskie fiordy – bardzo! 

15. Filmy, seriale, książki, ogromny, znany chyba każdemu Polakowi dorobek, a przecież była jeszcze działalność publiczna Janka. Kierował kampanią prezydencką Wałęsy, później został ministrem w jego kancelarii. Odszedł chyba po miesiącu, z hukiem! W sławnym wywiadzie stwierdził, że nie godzi się na wszechwładzę „kapciowego” Wałęsy. Owym „kapciowym” był kiedyś szofer, później minister Wachowski, szara eminencja w prezydenckiej kancelarii. Postać ponura, o ogromnych, dosyć tajemniczych wpływach. Nikt nie odważył mu się przeciwstawić. Nikt z wyjątkiem Jana Purzyckiego… Dwukrotnie był Janek szefem telewizji publicznej i jako jedyny prezes w historii składał rezygnację, gdy tylko politycy próbowali na niego naciskać. Sytuacja absolutnie nie do wyobrażenia we współczesnych realiach. Mało tego! Dostał nominację po raz trzeci! Nie przyjął. 

Należał do pokolenia, które jeszcze pamiętało czym jest honor…

16. Ostatnie nasze spotkania były, jak mówi moja pani doktor: „zgodne z normą wieku”. Spotykaliśmy się na cmentarzach żegnając kolejnych znajomych. Ostatni raz na pogrzebie nieodżałowanej, pięknej, utalentowanej Dżamili Ankiewicz. Siedzieliśmy później kilka godzin w knajpie. Wspominaliśmy, spełniliśmy kilka toastów za pamięć Dżamili. A później rozmawialiśmy już głównie, „zgodne z normą wieku”, o naszych dzieciach. Janek był ogromnie dumny z sukcesów scenariopisarskich Moniki, laureatki Nagrody Głównej prestiżowego konkursu Script Pro. Umawialiśmy się wtedy na kolejne spotkania, miałem znów nawiedzić go w Gostolinie, jego wiejskim mateczniku. Mieliśmy rozegrać partię tenisa stołowego. Poprzednią wygrałem, Janek pałał żądzą rewanżu. Nie dojechałem. Śmierć zabrała go bezsensownie, zdradziecko.

17. Są w Ostródzie biblioteki. Google twierdzą, że przynajmniej dwie. Miejska Biblioteka Publiczna ma patrona – Tadeusza Stępowskiego, ponoć literata. Nie mam nic przeciwko T. Stępowskiemu, ale nie znam nikogo, kto by o nim słyszał, a tym bardziej czytał któreś z jego dzieł. Nie znam też nikogo, kto nie znałby twórczości Jana Purzyckiego, kto nie wdział jego filmów, nie oglądał kultowego serialu „Złotopolscy”.  Ulubionego serialu Czesława Miłosza.

Ostródzka biblioteka powiatowa nosi dumną nazwę: „Biblioteka Multimedialna Powiatu Ostródzkiego”. Nie ma chyba lepszego miejsca, by uhonorować Jana Purzyckiego, wybitego syna Ziemi Ostródzkiej. Burmistrz Michalak pozostał głuchy na mój apel. Mam nadzieję, że pan Andrzej Wiczkowski, starosta Powiatu Ostródzkiego ma znacznie lepszy słuch.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko