Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
68

Literatura i obyczaje

Warto na wstępie zacytować Jerzego Stempowskiego („Hostowca”), jako że celnie oddaje on esencję i kształt zbioru tekstów Pawła Hertza, w  edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego zatytułoswanego „Pamięć i tożsamość”: Dwa rysy uderzają u Hertza już na pierwszy rzut oka: ogromny zasięg i różnorodność jego lektur poza utartymi drogami. Zwłaszcza ten drugi rys zdradza coś, co można nazwać geniuszem czytelniczym […] Książka Hertza zawiera fragmenty, z którymi ukrywa się ogromny świat jego lektur, obiecujący nieskończone możliwości odkryć, rozrywek i przyjemności”. Stempowski miał zupełną rację. Zasługi Hertza dla polskiego piśmiennictwa, dla literackiej krytyki, dla historii literatury (choć nie był cenzusowym uczonym uniwersyteckim w tej dziedzinie) są ogromne.  Wystarczy rzucić okiem na „spis rzeczy”, czyli zawartość tomu, by nie mieć co do tego wątpliwości, choć akurat szczególnie błyskotliwym stylistą Hertz nie był, jest w jego szkicach pewna oschłość. W „Pamięci i ładzie” znajdziemy teksty o poezji, teatrze, malarstwie, muzyce (do której to gałęzi sztuki przywiązywał Hertz ogromną wagę, choć nie ukrywał swojego „dyletanctwa” w tej dziedzinie, acz dyletanctwa, dodajmy, szlachetnego i naznaczonego wrażliwością). Bardzo bliski był Hertzowi romantyzm polski o czym zaświadczają szkice o Mickiewiczu, Krasińskim i Słowackim. Temu ostatniemu poświęcił zresztą także eseistyczną opowieść literacką „Portret Słowackiego”. Bardzo cenił też pogrobowca romantyków, wielkiego neoromantyka Wyspiańskiego, któremu poświęcił szkic o „Nocy Listopadowej”, a pośrednio także o Bronowicach, miejscu „akcji” dramatycznej „Wesela”. Ważnym pisarzem był dla niego Wacław Berent, którego „Oziminie” poświęcił szkic „Jasna pochodnia życia”. Są też szkice o poetach rangi nie szczytowej, ale z różnych powodów ważnych, jak choćby o geniuszu „poezji przeciętności” Lenartowiczu, Słonimskim, Lechoniu. Osobne szkice poświęcił nobliście Miłoszowi, „Barbarzyńcy w ogrodzie” Herberta, a także nawróceniu Claudela. Wielcy prozaicy, którym poświęcił szkice to m.in. Dostojewski, Gogol, Tołstoj, ale też Tomasz Mann, Proust, Hemingway czy Celine, ale napisał też o zapomnianym i uznanym za pisarza najwyżej drugorzędnego Przybyszewskim czy o Lampedusie, autorze powieści jednej, ale wybitnej – „Lamparta” (w nowym polskim przekładzie nazwanego „Gepardem”). Swoje najważniejsze credo odnośnie prozy wyraził Hertz w szkicu „Literatura i obyczaje”. Zadeklarował się tam jako krytyk tradycjonalista, konserwatysta, który trwa przy wielkiej klasyce, a z daleko idącym sceptycyzmem odnosi się do literatury współczesnej, z jej tendencją do eksperymentowania i rozbijania na wszelkie sposoby tradycyjnej narracji, pogardę dla rzeczywistości i  życia na rzecz solipsystycznego koncentrowania się na sobie (powieść o próbach pisania powieści, wszelka proza wsobna), do „rezerwuaru kompleksów”, do i „nie dziania się nigdzie”, do braku literackich bohaterów, do rozkładu klasycznych form i wszelkich literackich „izmów”, ograniczania się do językowego aspektu pisarstwa. W swojej krańcowej niechęci do tej literatury posunął się Hertz nawet do deklaracji, że „gdyby miał do wyboru czytanie powieści Sartre’a, Rotha czy jakiejś innej Sylwii Plath i oglądanie najgłupszego westernu, nie wahałby się ani chwili”. Gronu bliskich sobie postaci, m.in. Henrykowi Krzeczkowskiemu poświęcił cykl „żalów”. Jego stosunek do kultury określił w posłowiu Marek Zagańczyk jako przypominający stosunek „rolnika czy ogrodnika” do upraw. „Nie ciekawiły go nowinki, ostentacyjnie (może nawet zbyt gorliwie) odwracał się od nich”. […] Był czytelnikiem wybrednym, wyróżnionym wiedzą i przywilejem pamięci”. Miał też wiele idiosynkrazji dla postaci i dzieł uznanych, n.p. nie lubił jako pisarza Gombrowicza. Warto skorzystać z „pamięci” Hertza i uczyć się od niego „ładu”

Paweł Hertz – „Pamięć i ład”, wybór i posłowie Marek Zagańczyk, „Iskry”, Warszawa 2021, str. 276, ISBN 978-83-06-03515-5

Rozczarowanie konserwatysty

Marcin Król (1944-2020) deklarował się zawsze jako liberalny konserwatysta. Jego klasyczny rodowód inteligencki, wykształcenie socjologa, historyka idei i filozofa polityki zaprowadziło go w marcu 1968 roku do  życia publicznego. „Marcowy chrzest” przypłacił kilkoma miesiącami więzienia. Swoje liberalno-konserwatywne poglądy uprawiał wraz z gronem współpracowników na łamach pisma „Res Publica”, które od roku 1987 ukazywało się w obiegu prasowym PRL jako pierwsze legalne pismo opozycyjne. Wyrażał je też w książkach eseistycznych (m.in. „Ład utajony”, „Podróż romantyczna”, „Sylwetki polityczne XIX wieku”). Bardzo interesował się dziejami Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, związany był m.in. z kręgiem wokół Fundacji Batorego. W sferze nauki kontynuował zainteresowania teorią demokracji i liberalizmem („Liberalizm strachu czy liberalizm odwagi”, „Bezradność liberałów”). Na początku drugiej dekady XXI wieku, Król coraz mocniej wyrażał pesymizm wywołany kryzysem demokracji i niepowodzeniami transformacji ustrojowej w sferze społecznej. Uznał, że liberalno-demokratyczni twórcy ustroju Polski po 1989 roku popełnili błąd nie uwzględniając rosnącego znaczenia narastających nierówności społecznych, co w konsekwencji utorowało drogę populistycznym i skrajnie antyliberalnym rządom PiS. Dał temu wyraz w głośnym  wywiadzie zatytułowanym „Byliśmy głupi” (2014) i książce pod tym samym tytułem. Coraz bardziej pesymistycznie zapatrywał się też na kryzys Europy („Europa w obliczu końca”, „Klęska rozumu”). We wstępie („Filozof w obliczu postprawdy”) do dziennika Króla z czasu epidemii (kwiecień – październik 2020 ), Marci Shore zarysowała na poły prywatną, na poły publiczną sylwetkę Króla „na tle epoki”, na tle jego kręgu towarzysko-ideowego, między innymi jako ucznia Leszka Kołakowskiego, „proroka końca filozofii nowożytnej” . Portretując Króla jako konserwatystę Shore zauważa, że „jego konserwatyzm żywił się przede wszystkim potrzebą zachowania ciągłości. Z temperamentu był bardzo ostrożny wobec radykalnych zerwań w czasie, prób odcięcia teraźniejszości od przeszłości”.

W tych frustrujących dla niego okolicznościach, uciekał Król w filozofię, do swoich mistrzów, i tych znanych z autopsji, i tych z odległej filozoficznej przeszłości, jak Hobbes, Montesquieu, Locke, Rousseau, Burke, Tocqueville, Mill. Jego dewizą było: „Nie wolno nie korzystać z wolności. Nie wolno się bać”. „Notatki z czasu epidemii” poprzedza esej własny Króla, tytułowe „Pakuję walizki”. Król te walizki pakuje, by polecieć, ale „nie wie gdzie, tyle że nie do Paryża” (ależ dlaczego?!). Przed zaplanowanym odlotem, który nie odbył się z powodu wybuchu pandemii, Król dokonuje autorekolekcji. Pisze o końcu dotychczasowego świata („W obliczu końca”). To jednak nihil nowi sub sole. „W kulturze europejskiej przekonanie o tym, że coś się kończy, istnieje co najmniej od renesansu. I równoczesne przekonanie, że coś się zaczyna. Jedni załamywali ręce nad końcem drogiej im epoki, inni cieszyli się na zalążki nowej”.

Król wspomina tu najpierw swoje „kilkudziesięcioletnie współżycie z Kościołem”, mimo indyferentnego religijnie domu, by dojść do konkluzji: „I oto powoli Kościół znika (…) znika ze świata rzeczywistego. Nie z przeszłości, ale z teraźniejszości i z przyszłości, tylko biskupi i kardynałowie jeszcze tego nie wiedzą”. (…) Kiedy widzę, jak zbiera się polski Episkopat, przypomina mi się „Roma” Felliniego z pokazem mody kardynalskiej. Kiedy czytam te namaszczone i puste rozważania, myślę z przykrością, że to są następcy św. Tomasza i Pascala. Degradacja niebywała. Co się stało? Nie ma jednej odpowiedzi, ale kilka niepełnych możemy wskazać. Myśl religijna nigdy nie podniosła się po ciosach zadawanych jej na oślep przez Oświecenie, a nawet Kartezjusza, ale gdyby Kościół był tak silny, jak być powinien, toby pod tymi – często bardzo powierzchownymi – ciosami nie upadł”. I dalej Król snuje wysoko szybujące rozważania na temat przyczyn upadku Kościoła, powołując się na papieży, wielkich myślicieli religijnych i Trójcę Świętą. Obawiam się, że wyrafinowany Król filozof sądzi o Kościele zbyt po sobie, czyli zbyt pochlebnie i szlachetnie. Daleko jeszcze było do Oświecenia i Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ba, daleko było jeszcze do Renesansu, gdy rozległym jądrem myślowym Kościoła byli zapijaczeni, nażarci, chciwi, tępi mnisi, i to raczej ich dziedzictwo zaciążyło na przyszłości Firmy. Akwinata czy Pascal, to w wymiarze oddziaływania społecznego była wąska nisza, elita elit, esencja intelektualna, o której większość proboszczów świata, nie mówiąc już o szeregowych klechach nawet nie słyszała. Nawet o Akwinacie (św. Tomaszu), który choć miał fizjonomię opasłego mnicha z „Dekameronu”, „Opowieści kanterberyjskich”, czy polskiej „Monachomachii”, to dysponował mózgiem formatu Einsteina. Podczas swoich rozważań snutych w domu na wsi z widokiem na drzewostan, filozof Król obserwuje miejscowe ptactwo i ptaszyska. Nagle dostrzega orła bielika, „nasze godło narodowe”. „Orzeł zatacza wielkie koła, wydaje paskudny dźwięk – to nie jest słowik”. W rozdziale „Banalizacja zła” mówi o stałej obecności „diabła” w duchowości europejskiej ( i zdaje  się, że widzi go niemal osobowo), o „nieuchronnym końcu demokracji w takiej odmianie, czyli jedynej nam znanej”. Jest też sporo o okrutnej niewinności zwierząt i oczywiście nie tylko zwierząt Króla (koty i psy): „Kot, ten starszy i podlejszy. Przyniósł mysz. Położył przed sobą. (…) On mi proponuje wspólna konsumpcję. Kiwam przecząco głową, ale muszę podziękować za tę propozycję. (…) Psy wykazują zero zainteresowania myszą. Śpią dalej”. Jest też o współczesnym przemyśle unikania cierpienia. Daje nawet, za Zygmunta Freuda „Kulturą jako źródłem cierpień”,  przepis na jego unikanie, w kilkunastu punktach. A po tym „dziennik z czasu pandemii”. Zaczyna się od filipiki antypisowskiej („niekompetentni, brzydcy ludzie”, „nieinteligentni i strachliwi”, „zabójcy ducha”, „podli realiści, grający na najniższych uczuciach”, „budzę się z krzykiem, bo mi się śni straszna twarz Sasina”) a potem już miarowy, popularny w formie wykład myślenia filozoficznego, tytuły polecanych lektur (od „Apokalipsy św. Jana” po „Winnetou”. I tak dalej, i tak dalej, polecam gorąco te pośmiertne rekolekcje filozoficzne Króla Marka, filozofa.

Marcin Król – „Pakuję walizki”, „Iskry”, Warszawa 2021, str. 229, ISBN 978-83-244-1103-0

MFR

Kto przeczytał  dziesięć tomów „Dzienników” Mieczysława Franciszka Rakowskiego (dalej: MFR), jego kilkanaście książek publicystyczno-historycznych, multum jego tekstów oraz multum tekstów i wzmianek o nim rozsianych po rozmaitych książkach innych autorów oraz „po prasie” i „po czasie”, ten nie powinien liczyć na to, że znajdzie w jego politycznej biografii autorstwa Michała Przeperskiego wiele materiału wzbogacającego jego wiedzę o postaci pierwszego redaktora naczelnego tygodnika „Polityka” i ostatniego I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Może na ogół liczyć na drugorzędne, co nie znaczy że nieinteresujące detale. Przy czym niezbędne jest tu dokonanie istotnego rozróżnienia. Im starsza część biografii MFR, tym wiedza o nim bardziej kanoniczna, ugruntowana, ogólnie dostępna. Tak jest z okresem od urodzenia (1926) do 1981 roku, czyli do wejścia MFR w randze wicepremiera do rządu generała Wojciecha Jaruzelskiego. Okres 1981-1985 jest już bardziej sproblematyzowany, mniej znany, natomiast czas 1986-1990 jest relatywnie najmniej znany, choćby dlatego, że był to okres politycznej marginalizacji MFR. Tak, marginalizacji, choć u finału tego okresu został premierem (1988-1989), a następnie objął stanowisko I Sekretarza KC PZPR. Bo te dwa ostatnie sukcesy polityka były już tylko, z uwagi na zewnętrzne okoliczności i dynamikę zdarzeń, jego „łabędzim śpiewem”.

Przeperski napisał swoją biografię w oparciu o – w większej części – ogólnie dostępne dokumenty archiwalne, ale także o publicystykę MFR, dzienniki, fragmenty artykułów prasowych, etc. Całkowicie oryginalne, opublikowane po raz pierwszy są natomiast zebrane przez  biografistę liczne relacje indywidualne o MFR. Wzbogacają one tyleż jego wizerunek jako dziennikarza, redaktora, działacza partyjnego polityka, ile też jako człowieka, jego sylwetkę psychologiczną, niebanalny, zwłaszcza jak na owe czasy, wizerunek zewnętrzny, związany z trybem życia towarzyskiego, uczuciowego, zainteresowaniami, etc.

Mam świadomość, że wśród czytelników tej biografii będą zarówno osoby, które tę postać i tę problematykę będą dopiero poznawać, ale i takie, które z pewnego punktu widzenia mogą wiedzieć więcej od autora, jako że współpracowały z MFR, byli w jego ekipie. Piszący te słowa sytuuje się niejako pośrodku. Z tematem: MFR i jego epoką  stykał się od przeszło czterdziestu lat, a w latach1996-2005 był publicystą redagowanego przez MFR miesięcznika „Dziś”, ale nie poznawał biografii polityka od środka, co czyni jego wiedzę – wiedzą z drugiej ręki. Do strony 149, do końca podrozdziału „Od Marca do Grudnia”, narracja autora biografii jest dość sucha, rzeczowa, stricte faktograficzna. Podrozdział „Dandys w rozterkach” rozpoczyna tę bardziej „malowniczą” część biografii: „Biografia polityczna Rakowskiego byłaby niepełna, gdyby nie uwzględnić w niej wątków związanych z obyczajowością, aspiracjami czy szeroko pojętym życiem towarzyskim”. By to wyraźnie zarysować, Przeperski kontrastuje styl życia MFR z siermiężnym („wódka, kiełbasa, chleb ze smalcem jako oznaki więzi”) stylem panującym wtedy w pewnych kręgach partyjnych, ściślej biorąc w kręgu frakcji „partyzanckiej” skoncentrowanej wokół Mieczysława Moczara. „Jedliśmy kawior i inne smakołyki – opisywał Rakowski wizytę u Józefa Cyrankiewicza – Kawior u premiera jem już nie pierwszy raz, co wskazuje na to, że danie to należy do podstawowych w tym domu”. Można doczytać się w tym zdaniu, w tej fascynacji luksusowym jadłem, nieco nuworyszowskiej prostoduszności, lub, przeciwnie, subtelnej ironii. Jednak nie jest to detal zupełnie bagatelny. Wyraża on w formie anegdotycznej napięcie między siermiężnym socjalizmem Władysława Gomułki i jego poprzedników z KPP i PPR, a z wolna budzącymi się aspiracjami części aparatu partyjnego, jak również zalążkowo się pojawiającymi aspiracjami materialnymi społeczeństwa. Aspekt obyczajowy życia MFR, także ten związany ze środowiskiem dziennikarzy polityki, jego filiacji i przyjaźni ze środowiskiem artystycznym Warszawy (w tym przede wszystkim aktorskim, m.in. grupa STS, i literackim). Wyrażały się z nim szersze tendencje niż tylko te bezpośrednio związane z życiem towarzyskim jako takim, wyrażały się nowe tendencje, które można określić nawet jako cywilizacyjne.

Bardzo interesująco ukazuje Przeperski okres bezpośrednio poprzedzający wejście MFR w kręgi władzy („W przedpokojach władzy”). To cenna anatomia procesu przechodzenia – etapami – od roli dziennikarza, publicysty, redaktora do roli polityka władzy, najpierw członka KC, a potem członka rządu w randze wicepremiera. Nie mniej interesująco ukazany został proces rozczarowania MFR do „Solidarności”, owego „partnera”, do którego „szanowania” nawoływał w głośnym artykule jesienią 1980 roku. Niektórych dziwiło, jak to się stało, że to właśnie on, liberał, światowiec, racjonalista, zwolennik maksymalnie możliwej wolności słowa, redaktor liberalnej „Polityki”, krytyk wynaturzeń w działaniu aparatu PZPR i władzy PRL, wymarzony wydawałoby się przedstawiciel władzy do dialogu z opozycją – stał się najtrudniejszym partnerem w negocjacjach z ruchem solidarnościowym, partnerem ostrym do tego stopnia, że uznanym w pewnej fazie konfliktu nawet za wroga numer jeden. Wydaje się, że odegrały tu rolę zasadnicze trzy czynniki. Po pierwsze, MFR jako negocjator znalazł się w roli, która nieuchronnie nieistotnymi czyniła jego liberalne „znaki szczególne” – w roli obrońcy i rzecznika racji władzy.  Po drugie, MFR odznaczał się pewną drażliwością charakteru, rozbudowanym ego i wszelkie konfliktowe sytuacje w negocjacjach z przedstawicielami „S” wywoływały w nim irytację, zwłaszcza wtedy, gdy zachowania drugiej strony odczytywał jako lekceważące czy pogardliwe. Pod tym względem szczególnie dramatyczne były negocjacje w marcu 1981 roku, po tzw. prowokacji bydgoskiej orazz w sierpniu 1981 z powodu blokady przez „S” ronda w centrum Warszawy. Po trzecie, i to jest czynnik którego nie uwzględnił żaden z autorów znanych mi tekstów, MFR przeżył totalne rozczarowanie poziomem moralno-politycznym działaczy „S”. Postrzegani przez świat niemal jako „święci rycerze wolności”, z bliska objawili się MFR jako ludzoe dalece niedoskonali. MFR po prostu rozczarował się „partnerem”, którego pragnął „szanować”. Ludzie „Solidarności” inaczej wyglądali na fotografiach agencji prasowych i w sytuacjach uroczystych, a inaczej objawili się jako ludzie z krwi i kości. To odium „silnego człowieka  reżimu”, które spadło na liberała MFR, trwało do końca jego działalności. Był tak postrzegany nawet w 1982 roku, gdy czynił ogromne wysiłki na rzecz podjęcia dialogu ze światem kultury i gdy narażał się aparatowi stanu wojennego, podejmując liczne interwencje na rzecz uwolnienia internowanych twórców kultury (w liście do generała Jaruzelskiego z 18 grudnia zwrócił się o zwolnienie z internowania kilkunastu osób z tego środowiska. MFR zaczynał swoją karierę polityczną jako redaktor wpływowego pisma.  Gdy umierał w 2008 roku, był naczelnym redaktorem „Dziś”, które w jego  zamyśle miało być czymś w rodzaju lewicowego odpowiednika paryskiej „Kultury”. Pismo zakończyło żywot wraz z nim, a szkoda. Warto przeczytać tę polityczną biografię, opartą na bogatym materiale źródłowym.

Michał Przeperski – „Mieczysław Franciszek Rakowski – biografia polityczna”, wyd. IPN, Warszawa 2021, str. 432, ISBN 978-83-8229-221-3

Reforma rolna w atrakcyjnej lekturze

Niejednemu czytelnikowi perspektywa czytania o reformie rolnej może  kojarzyć się z mało interesującymi, nieatrakcyjnymi wrażeniami, a w samym tym określeniu tkwi jakiś ładunek szarej „przyziemności”. Można też mieć wrażenie, że o reformie rolnej czytało się już dziesiątki razy, w artykułach prasowych i znajdując wzmianki, akapity, rozdziały o niej w historycznych syntezach czy podręcznikach szkolnych do nauki historii. Mnie osobiście utkwiły w pamięci n.p. publikacje historyczno-propagandowe o reformie rolnej czytane w okresie PRL, z jednej strony aprobatywne czy nawet apologetyczne w stosunku do tego społecznego procesu, jaki od 1944 dokonał się na polskiej wsi, z drugiej akcentujące wrogość politycznej reakcji do reformy, co wyrażało się m.in. morderstwami dokonywanymi przez bandy reakcyjnego podziemia dokonywanymi na chłopach przyjmujących ziemię z nadziału, względnie na przedstawicielach władzy zajmujących się parcelacją.

Jednak lektura studium „Był dwór, nie ma dworu. Reforma rolna w Polsce” Anny Wylegały (rocznik 1982) jest bardzo interesująca, fragmentami nawet narracyjnie barwna. To nie pierwsza syntetyczna publikacja o reformie rolnej. „Szkielet administracyjny oraz zasady i chronologia reformy zostały dość solidnie opisane w pracach powstałych przed 1989 rokiem i moja książka skwapliwie czerpie w tym względzie z dokonań poprzedników – napisała we wstępie autorka –  Niektóre z tych prac, zwłaszcza wcześniejsze, są mocno nacechowane ideologicznie, inne charakteryzuje już powściągliwszy język, studia powstałe w ostatnim dziesięcioleciu Polski Ludowej zaś, szczególnie te poświęcone konkretnemu regionowi, stanowią już bardzo wartościowe źródło do rekonstrukcji tego, co stało się na polskiej wsi po roku 1944. Jednak ogromna większość tych prac dotyczy aspektów politycznych czy gospodarczych reformy, skupia się na roli PPR, aktywu robotniczego i przedstawia reformę w paradygmacie walki klasowej, przytacza dokładne statystyki dotyczące ilości rozparcelowanych gruntów i inwentarza, ale niewiele mówi na temat tego, co działo się na wsi po triumfalnym zakończeniu rozdawania ziemi, nie wspominając już o tym, że pomija milczeniem los wywłaszczonego ziemiaństwa”.

Anna Wylegała przywołuje tu takie syntezy zjawiska reformy rolnej, jak „Dzieje polskiej reformy rolnej 1944-1948” Henryka Słabka (1972), czy „PPR w walce o podział ziemi obszarniczej” Władysława Góry (1962). Są one interesujące z faktograficznego punktu widzenia, ale nie dotykają problematyki socjopsychologicznej tamtego czasu, nie dotykają sfery doznań ludzkich: uwłaszczanych, wywłaszczanych i przedstawicieli władzy uczestniczących w tym procesie. Stąd cenne prace wspomnianych i innych historyków tego okresu pozbawione lub prawie pozbawione były  aspektu antropologicznego, zapisu indywidualnych poglądów, postaw, przeżyć uczestników i obserwatorów procesu reformy rolnej. Problematyka tak była wprawdzie podejmowana przez różnych autorów, ale jest rozproszona „po piśmiennictwie”, więc pozbawiona waloru syntetycznego. I właśnie tę lukę – koncentrując się nie na statystykach, strukturach, czy zagadnieniach administracyjnych, lecz na przeżyciach ludzkich – starała się wypełnić autorka studium. Rozumiejąc przy tym, że stworzenie całościowej, opisowej syntezy procesu reformy rolnej na całym terytorium Polski wymagałoby podjęcia nieporównywalnie szerzej zakrojonego przedsięwzięcia badawczego, możliwego do realizacji raczej przez zespół badaczy, niż przez jedną osobę – autorka skoncentrowała się głównie na jednym regionie, na Kielecczyźnie. To optymalny wybór, bo w tym regionie kraju obraz reformy rolnej niejako się „uśrednia”. Nie było tu na ogół wielkiej własności ziemskiej i najbardziej okazałych dworów (n.p. w przeciwieństwie do Wielkopolski). Nie dotyczy też Kielecczyzny wymiar narodowościowy wywłaszczeń, jak w przypadku poniemieckich Ziem Odzyskanych. Z tego powodu obraz reformy w tym regionie może odgrywać rolę opisu najbardziej typowego, reprezentatywnego, funkcję „pars pro toto”. Swoje studium oparła autorka na dostępnych źródłach i literaturze przedmiotu, ale przede wszystkim (i to stanowi esencję jej studium) na relacjach żyjących uczestników i obserwatorów zdarzeń, uwłaszczanych i wywłaszczanych, a także ich dzieci i wnuków. Nic tak nie unaocznia i nie ucieleśnia abstrakcyjnych z dalekiej perspektywy zjawisk, jak ludzki, subiektywny punkt widzenia, jak obrazowe i soczyste nieraz relacje i oceny. Być może znawcy tematu, naukowcy, będą mieli do tej pracy swoje fachowe, krytyczne uwagi. Dla laika lektura ta, zaczynająca się tytułem pierwszego rozdziału, „Pan już nie jest dziedzicem” (słowa skierowane do jednego z właścicieli przez jego byłego pracownika) jest prawdziwie interesująca.

Anna Wylegała – „Był dwór, nie ma dworu. Reforma rolna w Polsce”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022, str. 389, ISBN 978-83-8191-417-8

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko