Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
73


Brawurowa powieść reżysera QT

W dzisiejszych, pospiesznych czasach, spokojnej lekturze nie sprzyjających, czasach ekspresji zredukowanej do emotikonów i (skądinąd często zabawnych) memów, rzadko można przeżyć prawdziwą przyjemność, by nie powiedzieć – radość czytania. I to nie dlatego, że brakuje literatury mogącej sprawić szlachetną i soczystą przyjemność lektury (piszącemu te słowa taką przyjemność sprawiają choćby niektóre powroty do klasyki), ale dlatego, że rytm życia nie sprzyja spokojnemu czytaniu, od którego ciągle nas coś odrywa, a to telefon, a to mejl, a to esemes, a to kolejna sprawa do załatwienia. Ale też i po prawdzie nie ma nadmiaru lektury dającej satysfakcję czysto czytelniczą, a ta nie zawsze jest tożsama z walorami poznawczymi tekstu. W tej sytuacji trafił mi się jednak ów deficytowy towar w postaci lektury sprawiającej przyjemność jako „sama przez się”. To „Pewnego razu w Hollywood”, debiut pisarski słynnego reżysera Quentina Tarantino (twórcy „Wściekłych psów”, „Pulp fiction”, „Kill Billa” czy „Bękartów wojny”) z Leonardem di Caprio i Bradem Pittem w rolach głównych. Film o tym tytule, w reżyserii tegoż Tarantino, był ostatnim, jaki obejrzałem w kinie przed wybuchem pandemii. Film jest wyśmienity pod każdym względem i wypatrywałem go w repertuarach kin, by zobaczyć go ponownie, dla powtórzenia przyjemności oglądania, ale jak dotąd nie pojawił się ponownie na ekranach. Powrócił do mnie za to w postaci powieści o tym samym tytule. Powieści zadedykowanej między innymi „wszystkim weteranom filmu, którzy opowiedzieli mi niesamowite historie dotyczące Hollywood tamtych czasów”. Przy czym nie jest to scenariusz wydany w formie książkowej, ale ekwiwalent w formie powieści, istotnie wzbogacony o liczne wątki, a poza tym – co oczywiste – serwujący te walory, których może dostarczyć jedynie literatura, a nawet najlepszy film już nie. Zazwyczaj prasowe, komercyjne anonsy reklamowe książek, zwłaszcza w USA (ale i w Polsce praktykowany jest już ten zwyczaj) są przesadne, egzaltowane, grandilokwentne i dęte. Tym razem są naprawdę adekwatne do klasy powieści, dlatego zacytuję kilka z nich. „The New York Times”: „Debiut Tarantino to historia w stylu Elmore’a Leonarda, ale pełna tego, co Quentin lubi najbardziej – starych filmów, męskiej przyjaźni, zemsty i odkupienia, muzyki i stylu. Łapie, o co chodzi: popkultura jest tym, co Ameryka ma zamiast mitologii”. „Booklist”: „Ceniony, łebski i kontrowersyjny Tarantino, uwielbiany za scenariusz, okazał się bombą literacką. Jako powieściopisarz ma dar budowania bohaterów i talent do mądrych, dowcipnych i pieprznych dialogów. To dzieło sztuki literackiej. Powieść urzeka żarliwą siłą”. „The Guardian”: „Znów wychodzi na to, że Tarantino ma czarny pas w prowokacji… A także okazuje się, że jest naprawdę dobrym i błyskotliwym pisarzem. Spodziewajcie się fajerwerków”. „The Times”: „Podobnie jak film, na którym się opiera, „Pewnego razu w Hollywood”, szalony debiut Tarantino, jest brawurową mieszanką faktów i fikcji, inspirowaną przemysłem filmowym lat sześćdziesiątych i morderstwami gangu Mansona. Nic na to nie poradzę, ale podziwiam bezczelność Tarantino, podobnie jak Amis jest mistrzem ryzykanctwa. Co ważniejsze, jest w nim przezabawny”. Tyle inni krytycy.

W tej powieści, zbudowanej w formacie „powieści drogi” jest Ameryka schyłku lat sześćdziesiątych, jest klimat kina jako przemysłu, przy czym słowo „przemysł” należy rozumieć dosłownie, jest atmosfera amerykańskiej prowincji, jest atmosfera łotrzykowskiej przygody, jest nastrój i język narracji oraz dialogów przywodzący na myśl prozę Twaina, Faulknera, Caldwella, Chandlera, Bukowskiego, klimat filmów takich jak „Nocny kowboj” Johna Schlesingera, „Absolwent” Michela Nicholsa , „Strach na wróble” Jerry Schatzberga, czy „Nashville” Roberta Altmana. I coś z klimatu utworów poety-pieśniarza Ameryki, Boba Dylana. One pływają w roztworze powieści Tarantino prawie niewidzialnie, jak cukier czy sok rozpuszczony w herbacie. Jest tu cudowna tandeta filmowej „fabryki snów”, z jej tandetnymi gwiazdami, prymitywami i bufonami o horyzontach sięgających ich portfela – grającymi herosów. Tarantino, weredyk o niewyparzonej gębie jest bezlitosny nawet dla największych legend Hollywood, gdy pisze o „gniotach z Wayne’m, Stewartem, Fondą, Mitchumem i innymi starymi pierdzielami, które wciąż żerowały na nostalgii swojej kurczącej się publiczności”. Nawiązując do nowej fali pokoleniowej w Hollywood początku lat 70-tych kpi sobie ze staromodnych konwencji filmowych: „A kiedy ktoś w tych filmach ginął, to nie łapał się za brzuch, nie robił grymasu i nie osuwał się z jękiem wolno na ziemię. Strzał rozrywał go na strzępy, a krew lała się na ekran”. Nabija się tandetnego gwiazdora „drugiej kategorii” Ricka  Daltona (w filmie – di Caprio): „wygląda zajebiście w brązowej kurtce z niewyprawionej skóry z frędzlami”. Podkpiwa z kiczu „fabryki snów”: „Czytając (Rick) tani western, dostrzega nad kartkami książki, że nowy dyndający fiut sieci CBS w falbaniastej, czerwonej koszuli i czarnych dżinsach z rzędami srebrnych ćwieków na szwach nogawek zbliża się do niego zakurzonym traktem makiety miasteczka w studiu Twentieth Century Fox”. Przepyszna jest kpiarska scena obrazująca kulturowy prymitywizm ludzi formalnie przynależących do świata kultury, scena w której zamiłowany w „Hamlecie” reżyser próbuje zainspirować wyobraźnię aktora wątkami zaczerpniętymi z szekspirowskiej tragedii. „Rick nie czytał „Hamleta”, więc nie ma pojęcia, że Hamlet był Duńczykiem, a zatem nie rozumie, o co chodzi z tym tronem duńskim”. „O Boże, znowu to pierdolenie o Hamlecie – myśli Rick. „Będą to krwawe rządy, okrutne rządy. Będziesz rządził niczym kowbojski de Sade (…)”. „De Sade, czyli kto? – zastanawia się Rick – To jeszcze jedna postać z „Hamleta”?” Albo kapitalna scena „końskich” zalotów „ujaranej”, zdemoralizowanej nastolatki do podwożącego ją kierowcy, który ku jej zdumieniu uporczywie żąda od niej wylegitymowania się dokumentem potwierdzającym jej dorosły wiek.

Tarantino miesza fikcję z realiami, więc przywołuje też prawdziwe postacie gwiazdorów. Po zaproponowaniu mu roli Old Shatterhanda w NRF-owsko-jugosłowiańskim cyklu filmów o „Winnetou”, Lex Barker „bronił się rękami i nogami. Niemiecki western? Co to kurwa jest? Ja pierdolę, niemiecki western z francuskim Indianinem (Pierre Brice). Mówił: „Marvin, w co ty kurwa, chcesz mnie wplątać”. W powieści pojawia się też – powiedzmy – „polonicum” –  „Roman i Sharon Polańscy”. „Wczoraj (…) pierwszy raz udało mu (Rickowi) się ich podejrzeć. Facet wygląda jak mały fiutek. Ona jednak jest słodka”. Widząc gościa zajeżdżającego porsche-kabrioletem na przyjęcie z rezydencji Polańskich Rick woła: „Kurwa mać, przecież to Steve McQueen!”. Pojawiają się tęż kąśliwe uwagi o gwiazdorach „Rio Bravo” Howarda Hawksa, o Deanie Martinie („makaroniarz”) i Rickym Nelsonie. Pojawia się też w rozbudowanym wątku banda Charlesa Mansona.

Soczyste, pełne dowcipnych bon motów, ironii i wulgaryzmów (ale bez nadmiaru), ale też „ostrego seksu” na granicy porno, oraz specyficznego, nieco „końskiego” liryzmu, są dialogi i odautorskie komentarze. A nade wszystko tematem tej powieści jest kino jako gatunek, stąd liczne o nim dygresje, nawiązujące również do kina europejskiego.

„Kto oglądał rewelacyjny film „Pewnego razu w Hollywood”, musi przeczytać tę książkę, bo nie jest ona scenariuszem do filmu. Jest powieścią, której nie sposób odłożyć, ale też dzięki której dostaniemy odpowiedź na najbardziej nurtujące pytanie, jakie pojawiły się po seansie”. (…) A kto nie oglądał filmu, przeczyta przewrotną, wzruszającą, ale i brutalną opowieść o nieistniejącym już Hollywood”. „Hollywood w 1969 roku. Musicie tam być”.

Uwierzcie mi, że autor tej „reklamówki” naprawdę ma rację! Ani trochę nie ściemnia. Nurzałem się w tej lekturze radośnie, jak prosię w winie. Czego i innym życzę.

Quentin Tarantino – „Pewnego razu w Hollywood”, przekł. Maciej Potulny, Marginesy, Warszawa 2021, str. 427, ISBN 978-83-66863-56-9

XIX-wieczne źródła naszych czasów

Historiografia poświęcona XIX wiekowi jest tak bogata, że wydawanie kolejnych syntez może się wydawać niecelowe. Znów o kresie epoki napoleońskiej, porządku wiedeńskim i Świętym Przymierzu, o przemianach kapitalistycznych naruszających fundamenty feudalizmu, o Wiośnie Ludów, o polskich powstaniach, o francuskich rewolucjach i Komunie Paryskiej, o wielkich ideach intelektualnych, artystycznych i politycznych, o narodzinach nowoczesnego nacjonalizmu czy modernizmu? A jednak historia to nie tylko zasób wydarzeń, zjawisk, dat i personaliów, to także, a może przede wszystkim, ludzka myśl, która historię, czyli to, co minione, nieustannie przetwarza, poddaje fermentacji intelektualnej. Każda kolejna dekada naszych czasów przynosi fakty, które skłaniają do przemyślenia i interpretacji historii na nowo. Rzadko się zdarza, abyśmy, czytając stare dzieła historiograficzne, n.p. sprzed stu (a tym bardziej o dawniejszej jeszcze metryce), a czasem nawet sprzed pięćdziesięciu lat, nie doznawali uczucia anachroniczności przekazu. Niby fakty i daty te same, a jednak podane jakoś nie z duchem naszego czasu. Spróbujmy przeczytać n.p. wysoko kiedyś oceniane syntezy historii literatury polskiej Piotra Chmielowskiego czy Ignacego Chrzanowskiego sprzed lat przeszło stu, a nie unikniemy uczucia anachronizmu. Dotyczy to także wybitnych klasyków historiografii, jak n.p. Adam Skałkowski, Wacław Tokarz czy Władysław Konopczyński. Ich dzieła o Wielkiej Rewolucji Francuskiej, Powstaniu Listopadowym czy Konfederacji Barskiej przeczytamy  z pożytkiem dla wiedzy i podziwem dla uczoności autorów, ale na ogół z poczuciem, że czegoś w nich brak, czegoś co jest w nas jako czytelnikach. Alain Madelin, Pierre Gaxotte, Georges Lefebvre czy Albert Mathiez byli wielkimi historykami Wielkiej Rewolucji, ale po przeczytaniu ich klasycznych syntez czegoś nam brak, czegoś, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, jakiejś barwy, kształtu czy zapachu, więc chętnie  sięgamy po syntezy nowe. Ten brak wywołany jest ich sposób patrzenia na przeszłość, w którym brak następnych kilkudziesięciu czy stu i więcej lat, tych, których przebieg my już znamy. Nawet w barwnej, atrakcyjnej narracji takich mistrzów pisarstwa historycznego jak Szymon Askenazy czy Stanisław Cat Mackiewicz nie da się czasem nie poczuć owego zapachu, o którym zwykło się mówić, że „trąci myszką”. Owo zjawisko zdaje się więc być skądinąd dowodem na to, że historia to nie tzw. materialne fakty, lecz kreatywna ludzka myśl i światło rzucane na przeszłość pod różnymi kątami, światło o różnych barwach i natężeniu.

Dlatego z zainteresowaniem sięgnąłem po tom „Początek końca historii”, o tradycjach politycznych XIX wieku, autorstwa Marka Cichockiego. I nie zwiodłem się. Autor, nawiązując w tytule do słynnej i wykpionej frazy Fukuyamy o końcu historii, stwierdza, że „koniec historii” może jednak nastąpić, tyle że nie będzie to zjawisko uniwersalne, lecz będzie on oznaczał koniec cywilizacji europejskiej. Radykalne przyjęcie skrajnego utylitaryzmu (n.p. Jeremy Bentham) i nihilizmu odbiera tej cywilizacji moc potrzebną do obrony przed procesami rozkładowymi. „Świat machin, śrub, pieniędzy i roastbeafów”, który tak proroczo zobaczył Zygmunt Krasiński, przybrał dziś postać najbardziej utylitarną z utylitarnych. Cichocki przedstawia też analizę źródeł liberalizmu i nacjonalizmu, ich ewolucję oraz relacje wzajemne (n.p. jest zdania, że w przeciwieństwie do sytuacji w XX i XXI wieku sprzeczność między tymi nurtami nie była tak jaskrawa, a nawet istniało rodzaj iunctim). W pokazanym na tym tle „segmencie polskim” swojego studium, Cichocki zajmuje się przede wszystkim kwestią polskiej modernizacji i szeregu jej konkurencyjnych modeli, nieśmiertelny niestety syndrom wynikający z mutującego, ale trwającego podziału na „panów” i „chamów”. „Czy można zrozumieć krytyczny stan współczesnej Europy (…) bez znajomości europejskiej historii politycznej XIX i XX wieku?” – pyta w swoim eseju autor, a jego odpowiedź jest przecząca. Wiele znanych faktów, zjawisk i personaliów Cichocki przemyślał na nowo, a stawiając nowe akcenty, daje czytelnikowi obraz XIX-wiecznych źródeł naszej nowoczesności.

Marek Cichocki – „Początek końca historii. Tradycje polityczne w XIX wieku”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 592, ISBN 978-8196-328-2

„Drugi Mędrzec”, pierwszy po Konfucjuszu

„Mencjusz jest jedną z najważniejszych i największych postaci w całej historii myśli chińskiej, a oddziaływanie jego nauki objęło nie tylko same Chiny, ale całą Azję Wschodnią. Cieszył się oficjalnym tytułem „Drugiego Mędrca”, który oznacza, że ustępował swoim znaczeniem tylko Konfucjuszowi. Jego myśl, spisana w dziele zatytułowanym po prostu „Mistrz Meng” (… tutaj przetłumaczone jako „Mencjusz”), została włączona do tzw. „Czteroksiągu”, który przez ponad pół tysiąca lat stanowił podstawę egzaminów urzędniczych w Chinach, a mówiąc inaczej – podstawę wykształcenia chińskich elit. Myśl Mencjusza była też jedną z inspiracji dla tzw. neokonfucjanizmu formującego intelektualne oblicze Chin przez prawie tysiąc lat i silnie promieniującego również Koreę i Japonię” – tak rozpoczyna się obszerna przedmowa do polskiego wydania  „Mencjusza z wybranymi komentarzami”, autorstwa Małgorzaty Religi. Przedmowa ta świetnie przygotowuje do lektury na pozór nie bardzo trudnej, ale jednak wymagającej przestawienia się na sposób myślenia, na stosunek do świata odmienny od europejskiego, na stosunek do egzystencji charakterystyczny dla cywilizacji chińskiej, stosunek fascynujący i przy pierwszym kontakcie zaskakujący, mimo że na pozór nie aż tak bardzo odległy od pojmowania europejskiego. Mencjusz (żył w IV wieku p.n.e.) kierował się zasadami konfucjańskiego Dao (drogi), myśli chińskiej, która na poziomie najwyższym oznacza „całość wiedzy o tym, jak prawidłowo funkcjonować jako człowiek”. „To wielkie, prawdziwe Dao realizowane jest na dwóch poziomach, nierozerwalnie ze sobą związanych i warunkujących się wzajemnie: po pierwsze, odnosi się do indywidualnej kultywacji cnót i moralnego postępowania w relacjach z innymi ludźmi, a po drugie, do sztuki dobrego rządzenia państwem”. Śladem Konfucjusza, Mencjusz kładł nacisk na moralne wychowanie i moralne samodoskonalenie „junzi” czyli „człowieka szlachetnego”. Najważniejszym składnikiem myśli Mencjusza jest jego przekonanie o dobru ludzkiej natury. Księga składa  się z licznych tekstów Mencjusza oraz dodanych do nich komentarzy filozofów Zhao Qi i Zhy Xi. Komentarze te wchodzą w fascynujący dialog z myślą Mencjusza. Po znacznie obszerniejszą wiedzę o Mencjuszu i jego epoce odesłać wypada do wspomnianej, bardzo merytorycznej, bogatej w fakty i komentarze przedmowy Małgorzaty Religi. Jakie są natomiast walory i pożytki czytelnicze z lektury dokonanego przez nią przekładu? To, co narzuca się od razu, to odświeżający umysłowo i językowo walor tych tekstów, krystaliczna prostota narracji i treści przekazu. Przyzwyczajeni do europejskiej pokrętności w literaturze,  do wieloznaczności, sprzeczności, do kompleksów itd. możemy zanurzyć się w myśli Mencjusza jak w orzeźwiającym źródle zdrowego, sięgającego do praźródeł pojmowania egzystencji ludzkiej. Tak, jakbyśmy wyszli na chwilę z przestrzeni plastikowej, sztucznej w przestrzeń ozdrowieńczej natury. Uważna, staranna lektura stwarza szansę uporządkowania, odświeżenia swojego pojmowania świata i sposobu jego wyrażania. To wymarzona lektura dla każdego człowieka myślącego, ceniącego filozoficzne rozważania, ale też i dla każdego, kto chciałby odpocząć od udręczeń, jakie niesie współczesny świat, a choćby tylko od tego, co zazwyczaj czytamy. Powrót do źródeł myśli i literatury.

„Mencjusz z wybranymi komentarzami”, przekład i przedmowa Małgorzata Religa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 491, ISBN 978-83-8196-333-6

Marian Duryasz – jeden z tych wspaniałych mężczyzn w ich latających maszynach

Lektura tych wspomnień ewokowała w mojej pamięci odległe wspomnienia z lat szkolnych, gdy z pasją czytałem powieści lotnicze Janusza Meissnera („L jak Lucy” czy „Żądło Genowefy”), ale przede wszystkim  sławny „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera, mimo że z tej legendarnej, klasycznej już od dziesięcioleci reporterskiej opowieści z dziejów polskich pilotów walczących w przestworzach w bitwie o Anglię, akurat nazwiska Mariana Duryasza (1911-1993) sobie nie przypominam. Aczkolwiek bowiem otarł się on i o Dywizjon 303, to przede wszystkim był pilotem brytyjskiego 213 Dywizjonu Myśliwskiego, a następnie Dywizjonów 302, 317, 316, a w końcowej fazie wojny (1944-1945) został dowódcą Dywizjonu 302. Jak sygnalizuje już na okładce wydawnictwo „Bellona”, „autor z dramatyzmem opisuje swoje loty bojowe, m.in. w osłonie desantu aliantów w Normandii w 1944 roku i stoczone walki powietrzne. Przybliża też realia życia pilotów i sylwetki kolegów”. Wspomina również przedwojenną  naukę w Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie oraz służbę w eskadrach myśliwskich przed wybuchem II wojny światowej.

Znakomity aktor Wojciech Duryasz, syn bohatera tych wspomnień wprowadza w nie w tonie osobistym, lirycznym, bardzo ciepłym, by nie powiedzieć czułym. Wspomina ojca z perspektywy pamięci kilkuletniego chłopca, który ojca szybko na kilka lat utracił, by odzyskać go w Anglii, dokąd zaprowadziły go wojenne losy. O legendarnym „srebrnym Spitfire” Mariana Duryasza opowiada jego młodszy syn, Marek Duryasz. Autor wstępu Wojciech Matusiak skrupulatnie zauważa, że Marian Duryasz znajduje się na 79 miejscu na słynnej „liście Bajana”, oficjalnej klasyfikacji polskich myśliwców podczas II wojny światowej. Wbrew pozorom to wysoka pozycja, zważywszy, że w polskim lotnictwie podczas II wojny światowej służyło około półtora tysiąca pilotów. Marian Duryasz należy do nielicznych spośród nich, którzy pozostawili po sobie wspomnienia. Są wśród nich Witold Urbanowicz, Jan Zumbach, Wacław Król, Jan Falkowski, Jan Maliński, Janusz Żurakowski. Swoje wspomnienia z walk powietrznych w  kampanii wrześniowej 1939 pozostawił Stanisław Skalski pod tytułem „Czarne krzyże na Polską”. „Wartość faktograficzna wspomnieniowych tekstów jest różna – napisał autor wstępu – od inżynierskiej precyzji (i – niestety – niesłychanej zwięzłości), po Zumbacha puszczającego wodze fantazji tak dalece, że miejscami można się zastanawiać, czy to jeszcze autobiografia, czy raczej już barwna opowieść łotrzykowska, luźno oparta na faktach”. Z tego punktu widzenia wspomnienia Mariana Duryasza sytuują się jakby pośrodku – ich zwięzłość nie jest przesadna, a jednocześnie czuje się ich rzetelność faktograficzną połączoną z barwnością opowieści. Puryści faktograficzni doszukują się czasem nieścisłości we wspomnieniach, ale pamiętniki, jak sama nazwa wskazuje, są zapisami pamięci, a nie pracami naukowymi. Ich autorzy opisują to, co przeżyli i co widzieli tak właśnie jak utrwaliła to ich pamięć, czasem niedokładnie, mgliście, czasem z błędami, bo pamięć się zaciera, bo nikt nie jest alfa i omegą. Jednak na tym właśnie polega ich czytelniczy walor. Jako się rzekło, sięgnąłem po wspomnienia Maryana Duryasza głównie z powodów sentymentalnych, jakby wracając za ich pośrednictwem do wczesnomłodzieńczych lektur, do wczesnomłodzieńczych wrażeń. I nie tyle do drobiazgowych opisów walk, nie do specjalistycznych określeń technicznych, lotniczych, nie do nazwisk i dat, lecz do tej mocno już zagrzebanej w pamięci aury romantycznej, odważnej przygody.

Marian Duryasz – „Moje podniebne boje. Wspomnienia dowódcy Dywizjonu 302”, Bellona, Warszawa 2021, str. 351, ISBN 978-83-11-15743-9

Był sobie Edward Gierek…

„Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji” Piotra Gajdzińskiego pojawiła się na półkach księgarskich w „sam czas” – pół wieku po objęciu władzy przez Edwarda Gierka i jego ekipę, a jej ukazanie się zbiegło się także z premierą fabularnego filmu „Gierek”, która odbyła się w styczniu i który wzbudził duże zainteresowanie publiczności oraz niejedną dyskusję i komentarz prasowy. Mimo to sens jej ukazania się nie dla każdego musi był oczywisty. Niejeden czytelnik zaglądając do tej książki w księgarni może doznać uczucia „deja vu”. Na przestrzeni ostatnich trzech dekad ukazały się setki artykułów prasowych i dziesiątki książek poświęconych na rozmaite sposoby ujmowanej historii PRL. Może to wywołać pytanie o sens lektury kolejnego tytułu dotyczącego tego okresu.  W przypadku książki mającej w swoim tytule nazwisko Edwarda Gierka wątpliwość mogą mieć na przykład czytelnicy wywiadu-rzeki „Przerwana dekada”,  który wiele lat temu przeprowadził z nim Janusz Rolicki, jak również biografii Edwarda Gierka tegoż autora. Bo czyż obraz tej epoki nie jest pełniejszy i ciekawszy w wydaniu jej głównej postaci, niż z „drugiej ręki”? A jednak takie książki warto pisać i warto czytać. Każdą epokę historyczną ( bo nie tylko o dekadę gierkowską chodzi) można pokazać, naświetlić na różne sposoby w zależności od wielu czynników. Należy do nich autorska perspektywa, to, czy autor był protagonistą, uczestnikiem zdarzeń, czy też historykiem, dziennikarzem, a może tylko „szarym” obserwatorem. Duże znaczenie ma też czas pisania i wydania – bliski, względnie odległy latami od opisywanego okresu. Takich czynników można by wskazać znacznie więcej, a należą do nich także takie, jak autorski temperament, stosunek osobisty do opisywanych czasów, poglądy, etc. W przypadku „Czasu Gierka” mamy do czynienia z autorem-dziennikarzem, publicystą. Fakt ten zwolnił autora zarówno z konieczności zastosowania aparatu naukowego, cytowania źródeł dokumentalnych, przypisów, etc., jak i od kreacji typu literackiego. Gajdziński pokazał epokę Gierka publicystycznie, reportersko, barwnie, swobodnie i ze swadą. Ukazał nie tylko krąg najważniejszych postaci skupionych wokół Gierka, jego współpracowników, ale też rywali czy wrogów, w tym m.in. Piotra Jaroszewicza, Edwarda Babiucha , Franciszka Szlachcica, Wojciecha Jaruzelskiego czy Mieczysława Moczara („Aktorzy pierwszoplanowi”), krąg postaci politycznych drugiego rzędu („Aktorzy drugoplanowi”), a także aparat terenowy, m.in. na przykładzie Wolsztyna („Aktorzy prowincjonalni”). Ukazał barwnie pierwszą połowę dekady rządów Gierka, czyli czas prosperity, pomyślnych wiatrów, a także drugą jej połowę, która zaczęła się od kryzysu „podwyżkowego” z czerwca 1976 roku, czego konsekwencją było powstanie pierwszej zorganizowanej opozycji w PRL, czyli Komitetu Obrony Robotników („Pączkowanie oporu”). Gajdziński pokazał też mechanizm i przebieg zdarzeń, które wyniosły Gierka do władzy, śląski wymiar jego osoby, jego charakter indywidualny, walory i słabości, a także relacje z kościołem katolickim w osobie kardynała Stefana Wyszyńskiego, z ZSRR w osobie Leonida Breżniewa, jak również unikalne, jedyne w obozie socjalistycznym dobre relacje z przywódcami niektórych krajów zachodnich, głównie Francji i Republiki Federalnej Niemiec (bliskie, przyjacielskie relacje z Valerym Giscard d’Estaing i Helmutem Schmidtem). Cennym dodatkiem do zawartości „czasu Gierka” jest też bogata (choć niekompletna) bibliografia wielu ważnych książek poświęconych epoce i jej głównemu bohaterowi.

Piotr Gajdziński – „Czas Gierka. Epoka socjalistycznej dekadencji”, Bellona, Warszawa 2021, str. 334, ISBN 978-11-16321-8

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko