Adam Lizakowski – Sześć wierszy przeciwko Sienkiewiczowi i Miłoszowi

0
115
Adam Lizakowski
Adam Lizakowski

Chicagowski kurz

Nie biały ani czarny
zwyczajny i pospolity, codzienny
a jednak obiecuje niecodzienne rzeczy
o połysku złota
dobre i wygodne życie
tysiącom sprzątaczek z Polski
Ameryki Południowej i Europy Wschodniej
jest potrzebny do życia
jak woda i powietrze
fasola i chleb
Jest dopełnieniem marzeń
o Ameryce:
rodzi się gdzieś pomiędzy
Słońcem a Ziemią
na granicy tęsknoty i pożądania
jest tuż pod ręką
niczym agent obcego mocarstwa
lub urzędnik podatkowy
jest wszędzie :
w dywanach i na obrazach
klawiszach pianina i na obrazach
szalikach i kasach pancernych
na parapetach okiennych i w płatkach róży
niczym celnik na granicy
posiada moc spoza światów
obwąchuje ławki dla zakochanych
na jeziorem Michigan
rozkłada się na biurkach biurokratów
na 89 piętrze Sears Tower
-chicagowski kurz
Przybiera minę dobroczyńcy
Ulubieńca kobiecych dłoni
Nieczułego kochanka
Wyciska łzy
A one takie piękne drżącymi ustami
Proszą o więcej pracy


Published by OBOK oficyna wydawnicza. Wojewódzki Ośrodek Kultury w Dzierżoniowie. Editor Waldemar Rychel.  ISBN 83-905307-0-8. 1996.


Adam Lizakowski
Kiełbasa i Pierogi

Pewnym krokiem wszedł do kawiarni,
na umówione spotkanie ze znajomymi
(nic o jego ojczyźnie nie wiedzieli,
nawet gdzie ona jest? gdzieś blisko Rosji? Chyba).

On pochodził z kraju o tysiącletniej pięknej historii,
gdzie mieszka tradycja całowania kobiet
w rękę na dzień dobry i na do widzenia,
dumny z siebie i kraju patrzył
na nich z politowaniem i wyższością.

Był młody, subtelny, dobrze ułożony,
rano kształcił się
(chciał zostać profesorem literatury swojego kraju),
 popołudniami przesiadywał w kawiarniach
(tam, gdzie mieszkają ludzki gwar i muzyka),
wieczorem ciężko pracował w brygadzie
sprzątającej wielkie sklepy
(tam wysiłek mięśni i pot zamieniał
na wino i papierosy, chleb i kawę).
Amerykańskim znajomym opowiadał z dumą
o swojej ojczyźnie, wspominał sukcesy,
najpiękniejsze momenty jej historii,
z jego ust padały niezliczone pochlebstwa.

Opowiadał o niesprawiedliwości, jaka ją spotkała,
dowodził jej prawości. Jego słowa płynęły
bezszelestnie przez pola i łąki, szybowały
ponad górami i miastami,
dźwięk ich mieszał się z tupotem nóg,
galopem końskich kopyt, warkotem czołgów,
unosiły się ponad stolikami kawiarnianymi,
nasiąkały dymem papierosowym i wonią kawy.

Dla nich nie miało sensu to, o czym mówił,
jakieś tam niepotrzebne żale, fatum ciężące nad jego ojczyzną,
wygrane bitwy, przegrane wojny.
Widzieli jak bladł i jaki sprawiają mu ból mówiąc:
 – Nic o twoim kraju nie wiemy poza tym,
że słyniecie w świecie z kiełbasy i pierogów.
Chicago, 1998r.


Prezes

spotkałem prezesa
zupełnie nie podobnego
do człowieka
ale do prezesa
prezes dobry polak
dobry patriota
dobry katolik
opowiadał mi o cierpiącej ojczyźnie
o zbiórce butów dla ubogich
polaków
o wysyłce mleka w proszku
dla głodnych polskich dzieci
o milionach dolarów wysłanych
dla Solidarności
o walce z komunizmem
o 40 latach pomocy dla kraju
przez duże K
nic nie mówił o kulturze polskiej w Ameryce
chociaż kultura też na k, jak komunizm i kraj
prezes
nie miał złotych pierścieni
na palcach
ale ja je wiedziałem
nie miał bransolety z ametystów
ale ja ją widziałem
nie miał złotej korony
na skroniach
ale ja ją widziałem
nie przyklęknąłem przed
prezesem
ale on widział mnie
na klęczkach
ja mały człowiek
ogon szarej myszki
przyszedłem do prezesa
z prośbą o dotację
na wiersze
wyobraźcie sobie wiersze
i bosy Polacy
głodne polskie dzieci
walka o niepodległość ojczyzny
usta prezesa mówiły
prawdę
prezes to naprawdę mądry
prezes
tyle zrobił przemądrych
rzeczy
szkoda tylko
że poezja nie ochrania stóp
nie nakarmi głodnych dzieciaków
nie obroni ojczyzny
taki miły i mądry prezes
znalazł dla mnie czas
aby to wszystko mi
opowiedzieć

Chicago 1991 
Źródła: Paryska Kultura, numer 2/606/1998.
Adam Lizakowski


Wydawca pisma polonijnego

wydawca polonijnego pisma
skrzyżowanie połykacza ognia
z cudotwórcą mówi:
czy pan myśli, że ja
wierszy nie lubię?
lubię, ale kto dziś czyta
poezję
prędzej pan kijem Wisłę
zawrócisz
niż kiełbasiarz da reklamę
do gazety
gdzie wiersze drukują
prędzej Bałtyk wyschnie
niż adwokat da reklamę
do gazety gdzie wiersze
drukują
panie, jak nie dam nagiej panienki
na okładkę
nikt na gazetę nie spojrzy!!!
magistry, inżyniery,
lekarze, dentyści, właściciele
firm polonijnych, agencje pracy
ubezpieczeniowe, sprzedawcy domów
biura podróży, czyli  tak zwana
polonijna inteligencja
to hołota
w ogóle nie kupują prasy
panie mówienie o wierszach
to kwadratura koła
licznie ile diabłów zmieści się
na końcu szpilki
walenie się młotem w głowę
i mówienie że po każdym
uderzeniu jestem mądrzejszy
tak mi powiedział fachowiec
od polonijnej prasy
w Chicago
któremu jeszcze w Polsce
ZOMO
wybiło ząb mądrości


Portorykanka

Starsza samotna kobieta
mulatka o wyglądzie wysuszonego
ziarnka kawy
spotykałem ją przy kubłach na śmiecie
i to zobowiązywało mnie
do powiedzenia krótkiego – hi –

czasem pomagałem jej wrzucić śmiecie
do kubła
wtedy nieśmiało pytałem
jak się czuje i czy nie myśli
o powrocie na swoją wyspę – ojczyznę
ze słońcem, złotymi plażami
czysty  powietrzem, błękitnym niebem
trzciną cukrową i palmami
– opowiadała „ who knowi, may be tomorow
May be next week, i don’t know.

“ a czy ma pani już wykupiony bilet- pytałem
– I don’t need it – odpowiadała
spuszczała głowę i znikała
w swojej piwnicznej izbie, ciemnej norze
o powietrzu cięższym niż skała
z bladozłotym okiem żarówki.

Wczoraj urzędnicy z City of Chicago
dwóch rosłych wypasionych
(wystarczyło na nich popatrzeć
aby przekonać się że szefowa ich
śmierć – kostucha tłusto ich karmi)
wynieśli sąsiadkę w plastikowym worku
w kolorze palonej kawy
wynieśli ją tak ja wynosi się śmiecie
stary zużyty dywan
rozbitą lampę
coś – co już nie będzie potrzebne.


Zielona karta

Gdy otworzył list z nadrukiem
urzędu emigracyjnego to z wrażenia usiadł
wiadomość dotarła do niego jak huragan,
obezwładniła i połamała psychikę:
wstrzymał oddech, rozpłakał się jak dziecko,
on rzeźnik ćwiartujący zwierzęta od ośmiu lat
(zimno chłodni powykrzywiało mu palce,
skóra twarzy nabrała koloru ołowiu)
człowiek bez pięknych wspomnień emigracyjnych
namiętności i pragnień – otrzymał zieloną kartę.

Choć dawno wyzbył się swoich marzeń
szaleństwa i rozpędu życiowego,
otrzymał zieloną kartę
oczy kiedyś wyblakłe zobaczyły zielony kolor życia,
uszy o przytępionym słuchu – usłyszały
dobiegające z dala głosy.

Nikt już nie będzie wyzywać go od „Pollack”,
tępych emigrantów, przybłędów,
teraz będzie mógł się odszczekać,
przecież otrzymał zieloną kartę,
ciało jego zrozumiało, krew uderzyła do głowy,
zbyt gorące litery parzyły w oczy,
serce, którego myślał, że nie ma, oszalało.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko