Marta Kułaj – Wundany

0
80
Ryszard Tomczyk

            Na marginesie powieści

palce na piórze zwinięte cierpko cierpiąco
grają niby na flecie naszą syberię nasz dom
gonią przed oczy śniadą pól naszych gorącość
kraju bliski tak bliski że całujesz
setką ludzi ty chodzisz od skroni do skroni
bocianich gniazd żałujesz
i chleba kruszyny nie ronisz
kraju
J. Czechowicz, dom świętego kazimierza, ww. 18-25

            Odchodzą ludzie. Każdego dnia. Ważni i ci, którzy traktowani są w powszechnym, zupełnie usprawiedliwionym, odbiorze, jako mniej znaczni. Ci, którzy mają osiągnięcia i których jedynym osiągnięciem jest to, że są. Że żyli. Lub że jeszcze żyją. O pierwszych piszą w prasie, w telewizji mówią, wspominają w radio, bo mają (mieli) wielkie dokonania na swoim koncie. Czasem na sumieniu. O tych drugich ciszej, jakby niechętnie wspominają tylko klepsydry na drzwiach kostnic.

            W mieście, które ledwie pamiętam, takie klepsydry umieszcza się na drzwiach kaplicy u zbiegu ulic. Właściwie jest to tak zwane bivium, miejsce, w którym dawniej wierzono, że gromadzą się złe siły. Przechodziłam tamtędy każdego dnia, idąc do szkoły. Za każdym razem widziałam jednak tylko jej mury. Jak jest w środku, nie wiem (jeszcze).

            Miasto jest niewielkie, a z upływem czasu wydaje się, że staje się jeszcze mniejsze. I mniej jest (tak mówią) z każdym dniem tych, którzy są wspominani, i tych, którzy, z natury rzeczy, mogą ich wspominać. Ci, którzy w nim zostali, przechodzą, niby przez przypadek, by zobaczyć, kogo już nie ma.

            To w związku z nimi narodziły się „Wundany”.

*

            …Wundany miały swojego ducha. Każde miasto, a już na pewno takie, jak to, swojego ducha opiekuna mieć musiało. Sieć ulic była w nim typowa dla osad o rodowodzie średniowiecznym. Jego serce stanowił rynek, wokół zaś koncentrowały się najważniejsze punkty, takie jak sklepy spożywcze i wielobranżowe, bar, dwie apteki, a nieco dalej, po prawej, ciężki, przysadzisty kościół z czerwonej cegły. Był tam i przystanek autobusowy, przy którym przebiegała ulica główna, tak zwana przelotówka, prowadząca od Lawin do Altuna, i jeszcze dalej, w kierunku południowym, do tak zwanego wielkiego świata. Nieco dalej, za skwerkiem, na którym dawniej wznosił się drewniany ratusz, teraz zaś toporny monument, na miejscu gotyckiego zamku strawionego w zamierzchłej przeszłości przez ogień, znajdowała się siedziba władz lokalnych.

            W Wundanach kwitło życie kulturalne, którego ośrodek znajdował się w budynku przyległym do dawnej remizy strażackiej, były tu szkoły, były przedszkola, był posterunek policji i zupełnie mały hotelik. A może go już nie ma…

            Mieszkańcy Wundan byli z zasady uprzejmi, ale nie wylewni. Władze troszczyły się o lokalną infrastrukturę, ale bez nadmiernej przesady. Wszystko tu działało wedle starej, rzymskiej zasady aurea mediocritas.

            Wundany były miastem urokliwym i spokojnym. Miały jednak jedną podstawową wadę, oprócz niewątpliwie innych licznych wad, od których niewolne były także inne miasta i miasteczka. W Wundanach łatwiej było zliczyć na palcach jednej ręki dni słoneczne niż te, w których z nieba lały się strugi deszczu…

*

            Wychodzę z miasta.

            Szosa po prawej z drzewami w rząd. Samochody rzadko ciszę przerywają. Za plecami, w odległości kilkuset metrów, granice miasta. Nie widać ich, gdy patrzy się w stronę, gdzie dom, dalej łąki, teraz pełne życia, jesienią mokre, ciężkie, zimą szare, spokojne. Kropelki deszczu, które na twarzy osiadają i chłód, który przenika wskroś, ale niebolesny, drogi. Niebo, wiosną lekko niebieskie, z chmurami rozwleczonymi, lekkimi, jakby niechętnie przez malarza pędzlem maźnięte, niegroźne. I te chmury jesienne, szare, jednorodne, całą powierzchnię pokrywające, chmury wreszcie zimowe, nieco ciemniejsze, ale nie zawsze, bo gdy temperatura poniżej zera, niebo odzyskuje swoją barwę, chmur nie ma, jest tylko słońce ostre jak miliony szpilek w twarz, w dłonie, w całe ciało kłujących.

            Gdy noc, wchodzi się w ciemności, tuż za ostatnią latarnią miejską jest jej granica. Wchodzi się w tę ciemność bez przerwy. Połyka. Staram się nie wracać późno. A kiedy się zdarza, nie widać nic. Nad głową morze, ocean gwiazd w czerni zawieszonych. Nie słychać nic, tylko śnieg rwany krokami. Skorupa twarda, pod nią pustka i dopiero przy ziemi sypki biały proszek.

            Słońce świeci. Błyszczy się wszystko. Chmury, słońce, brylanty, diamenty. Mróz, który zamraża niebo i ziemię, zamraża wnętrze.

            Jest jednem.

*

            To są moje Wundany.

Warszawa, październik 2021

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko