Marek Ławrynowicz – PIEROGI

0
232
Marek Ławrynowicz

Moja prababcia robiła pierogi… babcia robi pierogi, mamusia i wszystkie moje ciocie robią pierogi. Kiedy zbliża się jakieś rodzinne każdy z osobna `zaczyna robić pierogi. Potem przynosimy te pierogi do babci, siadamy przy dużym stole i jemy aż zjemy wszystkie do ostatniego. Potem pijemy kawę, wspominamy zmarłe osoby z naszej rodziny, które też robiły pierogi i to nie byle jakie. Im kto robił lepsze pierogi tym większy ma pomnik na cmentarzu, to taka nasza rodzinna tradycja.

Mężczyźni nie robią pierogów, ale za to jedzą je w dużych ilościach, dlatego dziadek, wujkowie i kuzyni są pięknie zaokrągleni, pucołowaci i dobroduszni. Jedząc pierogi śmieją się głośno, żartują i usiłują podszczypywać ciocię Zdzisię, która jest taka cnotliwa, że kiedyś wstąpiła do klasztoru, ale przeorysza nie pozwoliła jej lepić pierogów tylko kazała gotować bób. Ciocia Zdzisia modliła się przez całą noc, żeby pan Bóg odsunął od niej ten bób, a nad ranem doszła do wniosku, że ma powołanie do życia zakonnego, ale nie do bobu i przerwała nowicjat. Mimo to nadal pozostała cnotliwa i gdy któremuś z wujów uda się ją uszczypnąć ciocia Zdzisia piszczy jakby ją zarzynano, a że zwykle ma w ustach pieroga piszcząc dławi się tym pierogiem, słychać piskliwe bulgotanie, a czasem pisk cioci gwałtownie się urywa, wtedy babcia wstaje i idzie walnąć ciocię w plecy, bo ten urwany pisk oznacza, że pieróg utkwił jej w gardle. Ciocia Zdzisia z trudem łapie oddech, ociera chusteczką oczy, a wujowie śmieją się radośnie, tubalnie i z satysfakcją. W dni rodzinnych świąt wszystkie dzieci czekają od rana na chwilę, kiedy ciocia Zdzisia zostanie uszczypnięta i potem zasypiając przypominają sobie jej wybałuszone oczy i pobladłą twarz a potem dziewczynki marzą o tym, że kiedy już dorosną też będą takie cnotliwe i jak ciocia Zdzisia będą piszczeć i dławić się pierogiem, a chłopcy z góry się cieszą, że przyjdzie dzień, kiedy będą mogli szczypać swoje kuzyneczki a potem śmiać się i śmiać bez końca.

Kiedy miałam siedem lat w Wigilię nocowaliśmy wszyscy w domu babci. Klęczałam przy moim łóżeczku w pokoiku dziewczynek i modliłam się przed snem, kiedy podkradł się do mnie cicho Jasio, synek cioci Eli i kiedy mówiłam „święta Mario Marko Boża” uszczypnął mnie w pupę, aż podskoczyłam, a on zaczął się śmiać i wtedy zrzuciłam na niego akwarium. Akwarium się stłukło, a on siedział na dywanie cały mokry, z czoła leciała mu krew, a z ust wystawał mu poruszający się nerwowo ogonek złotej rybki.

Babcia długo potem ze mną rozmawiała, że kobieta powinna bronić swojej czci, ale to nie powód żeby zaraz zrzucać akwarium. Od tego dnia ani Jasio ani żaden z moich kuzynów nie próbował mnie szczypać, choć nieraz chciałam, żeby mnie trochę uszczypnęli, okazując w ten sposób zainteresowanie. Dlatego myślę, że z tym akwarium babcia miała rację.

Czy są wydarzenia, które zakłócają nasze rodzinne jedzenie pierogów? Nie tyle zdarzenia, co osoby, a konkretnie ciocia Lusia. Lusia jest farbowaną blondynką, zawsze wymalowaną, na palcach ma mnóstwo pierścionków. Nie je pierogów żarłocznie jak wszyscy tylko dzieli je na malutkie kawałeczki, które wkłada sobie ostrożnie do ust i starannie żuje czasem z satysfakcją, a czasem z pełnym pogardy wyrazem twarzy. Babcia uważa, że Lusia kala nasze rodzinne gniazdo i chyba jej mamusia babcia Wanda, musiała zrobić Lusię gdzieś na boku z mleczarzem, albo listonoszem, bo zupełnie do nas nie pasuje. A ja myślę, że to dlatego, że ciocia Lusia jest ambitna, a oprócz niej wszyscy mają ambicję tylko jeśli chodzi o pierogi, a po za tym w ogóle nie. Ciocia przez całe życie chciała zrobić karierę i nawet parę razy prawie jej się udało.

Kiedy mnie jeszcze nie było na świecie, a ciocia Lusia była młoda i śliczna zakochał się w niej działacz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej towarzysz Bączek. Bączek był łysawy i niezbyt inteligentny, ale Lusia wyszła za niego, bo liczyła, że towarzysz Bączek zrobi karierę w aparacie a ona razem z nim. Babcia, gdy się o tym dowiedziała zadzwoniła do Lusi i uroczyście ją wyklęła za to, że wprowadziła do rodziny czerwoną hołotę. Mimo to na imieniny babci Lusia przybyła z wielkim bukietem róż i towarzyszem Bączkiem, który już od drzwi zawadzał i nie pasował.

         Wszyscy starali się go nie zauważać i to się udawało aż do chwili, gdy babcia ustawiła na stole ogromny półmisek z pierogami. Wtedy rozległ się piskliwy, ale pryncypialny głos towarzysza Bączka:

 – Nie lubię pierogów.

Babcia zamarła w pół ruchu a wraz z nią zamarli wszyscy. To, że Bączek jest czerwony ostatecznie dałoby się znieść. Ale że nie lubi pierogów? Cała rodzina spojrzała na Bączka tak, że gdyby miał choć trochę przyzwoitości padłby trupem, ale nie padł tylko dalej gapił się na babcię jak sroka w gnat.

 – Ale ja mam tylko pierogi. – wybąkała babcia z trudem wydobywając z siebie głos.

 – Może być kromka chleba z masłem. – odparł Bączek rozpierając się bezczelnie na krześle.

Babcia znikła w kuchni i po chwili wróciła z talerzykiem, na którym była kromka chleba.

Tego dnia pierogi nikomu nie smakowały a przy stole panowała martwa cisza. Wreszcie wujek Kazik otworzył pół litra wyborowej i zwrócił się do Bączka tonem pojednawczym:

 – Chlapnie towarzysz kielonka?

 – Nie piję. – odpowiedział Bączek.

Akurat. Nie pije. Jakby ciocia Lusia nie opowiadała cioci Krysi, że z każdej egzekutywy wraca pijany w cztery litery. Ze swoimi to chla, tylko z nami nie chce. I wszyscy od razu pomyśleli sobie to samo: nie pije znaczy kapuje. A to gnida.

Wujek Kazik odstawił pół litra i nie polał. W milczeniu cała rodzina wciskała w siebie pieroga za pierogiem, a kiedy półmisek był pusty wszyscy wstali i wyszli. Takie babcia miała imieniny.

Towarzysz Bączek zmienił życie naszej rodziny. Wszystkie uroczystości wyglądały tak samo: przychodzili, zjadali w milczeniu swoje pierogi i wychodzili. Powoli zaczynali nienawidzić pierogów, siebie nawzajem, a szczególnie Bączka.

Wreszcie babcia uznała, że musi działać. Wezwała ciocie Krysię i rzekła do niej tak:

 – Musimy zniszczyć tego cholernego Bączka, bo jak go nie zniszczymy to on nas zniszczy.

 – Tylko, że on wygląda na niezniszczalnego. – powiedziała ciocia Krysia.

 – Każdy jest zniszczalny. Napiszemy na niego anonim do komitetu wojewódzkiego tej jego partii. Ja będę dyktowała a ty pisz tylko drukowanymi literami, żeby SB nie poznało, że to ty. I babcia zaczęła dyktować.

 – Informujemy, że znany nam członek egzekutywy Bączek Stanisław znajdował się na przyjęciu rodzinnym – otwórz nawias – nie wymieniamy o jaką rodzinę chodzi obawiając się zemsty wyżej wzmiankowanego Bączka – zamknij nawias. Na przyjęciu wzmiankowany Bączek spożywał alkohol w dużych ilościach i ciągle się domagał, żeby mu dolewać grożąc, że w napuści na wszystkich Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą.

 – Nigdy tym nie groził. – zaprotestowała ciocia Krysia.

 – Bo u nas nie pije. Jakby się napił na pewno by groził. Pisz. Po spożyciu dużej ilości alkoholu wzmiankowany Bączek zaczął się wyrażać na temat towarzysza Gomułki nazywając go cytuję: moskiewską padliną …

 – Aż padliną to chyba jednak nie. – wtrąciła ciocia Krysia.

 – Jak mówię że padliną to padliną. Dalej pisz: impotentem umysłowym oraz czerwonym kutasem.

 – Tego nie napiszę. – zbuntowała się Krysia.

 – Przecież to nie ty piszesz tylko anonim. A on tylko cytuje Bączka.

 – Nigdy takich rzeczy nie mówił.

 – Mógł raz kiedyś powiedzieć. Skąd wiesz, że nie?

Babcia dodała jeszcze kilka równie obraźliwych określeń i wysłały list starannie usuwając z niego odciski palców.

No i podziałało. Już dwa tygodnie później ciocia Lusia przyszła do cioci Krysi, usiadła w fotelu, westchnęła i oświadczyła:

 – Usunęli Bączka z egzekutywy.

 – A co on takiego zrobił? – zdziwiła się teatralnie ciocia Krysia.

 – No właśnie, że nikt nie wie. Zaklina się, że jest czysty jak łza. Pytał w komitecie nikt nie wie o co chodzi. Ale usunęli.

 – I co teraz będzie?

 – Muszą się z nim rozwieść.

 – A sakrament małżeństwa?

 – Żadnego sakramentu nie było. Mamy tylko ślub cywilny.

 – Ale chyba było ci z nim dobrze?

 – To zależy, pod jakim względem. Piął się, owszem, ale w łóżku…

Ciocię Krysię bardzo zainteresowała ta kwestia.

 – Jest taka prawidłowość. – wyjaśniła Lusia. – Im kto ma wyższe stanowisko tym ma mniejszego.

 – A co ma jedno z drugim wspólnego? – zdziwiła się Krysia.

 – Nie wiem co, ale ma. Pytałam żony innych członków egzekutywy. U wszystkich to samo.

 – Pewnie im się tylko tak wydaje, bo mają przerost ambicji.

 – Nieprawda. Do żony zastępcy sekretarza przyszedł glazurnik względem łazienki i przeprowadziła eksperyment. Okazało się, że ambicji glazurnik żadnej nie ma, ale za to przerost taki, że ho ho!

 – Coś podobnego – zdziwiła się ciocia Krysia i zaczęła myśleć czy u niej też nie przydałoby się wymienić glazury w łazience. Gdyby jeszcze dostać namiar od żony zastępcy sekretarza…

 – W każdym razie – kontynuowała Lusia. – Póki Bączek się piął, to jeszcze miał jakąś wartość, ale jak się nie pnie to na cholerę mi on. I ciocia Lusia rozwiodła się z Bączkiem Stanisławem.

Nadeszły szczęśliwe dni. Pierogi smakowały wszystkim jak nigdy, wujek Kazik polewał radośnie wódeczkę i nikt nie kapował. Czego chcieć więcej. Niestety dwa lata później ambicje cioci Lusi znów dały o sobie znać i przyszła na imieniny babci z innym członkiem egzekutywy Ciupą Włodzimierzem. Wszyscy niemal zemdleli na jego widok, ale niepotrzebnie, bo towarzysz Ciupa okazał się całkowitym przeciwieństwem Bączka. Żarł pierogi aż mu się uszy trzęsły, wódkę pił z prawdziwym zapamiętaniem, a jak wypił opowiadał dowcipy o Gierku. Tak pasował do naszej rodziny, że wybaczono mu tę egzekutywę. Ciupa spodobał się też cioci Krysi, która nie wytrzymała odciągnęła ciocię Lusię na bo i spytała:

 – Lusia, czy ona też?

 – Co on też? – nie zrozumiała Lusia.

 – Też taki malutki? – zarumieniła się Krysia. – No bo jednak jest w tej egzekutywie.

 – Też . – westchnęła Lusia. – Ale za to jak on się pnie.

I pomyślały równocześnie o glazurniku, który obu śnił się czasami po nocach.

Kiedy się urodziłam te wydarzania były już dawno zapomniane, babcia wyglądała już bardzo na babcię, ciocie stały się poważnymi dzieciatymi paniami (nie wiem czy Ciupa stanął na wysokości zadania czy pomógł tajemniczy glazurnik), wujek Kazik cierpiał z powodu wątroby i pił po pół kieliszka, a Ciupa uwłaszczał się na państwowym majątku i piął w hierarchii kapitalistycznej. W życiu naszej rodziny zmieniło się niewiele, nadal robiliśmy i jedliśmy pierogi, które po odzyskaniu niepodległości stały się jeszcze smaczniejsze.

Podobno, kiedy się urodziłam byłam bardzo śliczna. Moja mamusia stała przy stole i lepiła pierogi, cała rodzina się nimi raczyła, a potem zachwycali się mną, byli pewni, że czeka mnie świetlana przyszłość i nikt nie będzie robił takich pierogów jak ja. Nic dziwnego, że pierwsze słowo, jakie wypowiedziałam nie było mama, tylko piejogi.

Wczesne lata życia upłynęły mi na tym, że przychodzili goście i zachęcali: Monisu powiedz pierogi. Piejogi. Monisiu powiedz pierogi. Piejogi. Monisiu powiedz… Piejogi! Mówiłam to radośnie i z satysfakcją, bo ile razy powiedziałam piejogi zawsze mi coś za to dawali. Tak się przyzwyczaiłam, że ledwie wstałam od razu leciałam do kuchni i wołałam: piejogi! I od razu dostawałam coś dobrego.

Kiedy miałam cztery latka mama z babcią przygotowywały pierogi na imieniny tatusia. Kręciłam się obok nich i przeszkadzałam, więc w końcu babcia pozwoliła ulepić pierwszego pieroga w życiu. Bardzo pilnowała, żeby mój pieróg nie pomieszał się z innymi, wyłowiła go pierwszego z garnka i położyła na oddzielnym niebieskim talerzyku ze złotymi gwiazdami – to był najpiękniejszy talerzyk jaki mieliśmy w domu. Wieczorem w czasie przyjęcia babcia podniosła niebieski talerzyk i powiedziała:

 – A tego pieroga zrobiła Monisia.

Wszyscy umilkli i przekazywali sobie talerzyk z rąk do rąk, gapiąc się z zachwytem na mojego pieroga, kiwając nad nim głowami, oblizując wargi, a ja czułam, że dzieje się coś bardzo ważnego i uroczystego. W końcu niebieski talerzyk dotarł do mnie i babcia powiedziała, żebym tego pieroga zjadła, a ja wzięłam widelec i tak jak ciocia Lusia dzieliłam go na malutkie kawałeczki, które potem długo żułam, bo chciałam, żeby jedzenie mojego pierwszego pieroga trwało jak najdłużej. Wszyscy patrzyli jak jem i nikt nie tknął nawet swoich pierogów póki nie połknęłam ostatniego kawałeczka a wtedy cała rodzina zaczęła klaskać, wujek Kazik pospiesznie zaczął polewać, wszyscy wypili moje zdrowie a potem zaczęli śpiewać na moją cześć sto lat, choć to były imieniny tatusia. Tego dnia zrozumiałem, że pierogi są najważniejszą rzeczą na świecie.

Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły zawsze zabierałam na drugie śniadanie duże pudełko z zimnymi pierogami. Moje koleżanki a zwłaszcza koledzy bardzo lubili te pierogi, wyjadali mi je z pudełka na przerwach i musiałam się wykazać refleksem, żeby choć jeden został dla mnie. Koledzy nazwali nie Pierożka. Byłam Pierożką przez całą szkołę podstawową i liceum. Lubiłam to przezwisko, lubiłam szkołę, lubiłam się uczyć. Z kolegami miałam dobre relacje. Lubiłam patrzeć jak grają w piłkę, strzelają z procy, palą papierosy i tak dalej. Aż przyszedł czas, kiedy chłopcy przestali biegać za piłką a zaczęli się interesować nami dziewczynami.

Ich zainteresowanie było trochę głupie. Chodziło głównie o to, żeby dopaść jakąś dziewczynę i przycisnąć ją do ściany. Najbardziej dociskane były te które miały czym oddychać. Ja jeszcze nie miałam to mnie nie dociskali. A tak chciałam, żeby mnie któryś docisnął. Najbardziej chciałam, żeby mnie docisnął Krzysio, bo on był najładniejszy w klasie i wszystkie kręciły się miedzy Krzysiem a ścianą. Krzysio wydawał się tym wszystkim znudzony, czasem docisnął tę czy tamtą, ale przeważnie siedział w kiblu i palił papierosy. Za to Patryczek, bez przerwy by dociskał i dociskał. Tylko, że był strasznie brzydki a w dodatku jak dociskał to wszędzie się prężył. Dziewczyny wolały unikać tego prężenia. Mimo to Patryczek od samego rana czaił się na korytarzu żeby docisnąć. Mnie omijał. Dwa razy miał okazję, byłam pewna, że się rzuci a on nic. Przez to dostałam depresji i zaczęłam malować paznokcie na czarno. Czy ktoś może zrozumieć dramat dziewczyny, której hormony szaleją a nikt jej nie chce docisnąć do ściany na korytarzu?

Był w naszej klasie chłopak, z którym żeśmy się lubili. Miał na imię Adrian i nigdy nikogo nie dociskał, bo był na to za subtelny. Kiedyś wracaliśmy razem ze szkoły i zwierzyłam mu się z mojej depresji.

 – Dlaczego oni mnie nie dociskają? – pytałam przez łzy.

 – No bo ja wiem… – zastanawiał się Adrian. – Może przez to, że jesteś taka… taka…

  – Jaka?! – zawołałam zrozpaczona.

 – Taka pierożkowata.

 – Ja? Pierożkowata?

 – Tak.

 – Ale co to znaczy?

 – Nie umiem ci tego wytłumaczyć. – powiedział Adrian. – Ale wszyscy mówią, że jesteś pierożkowata.

A więc to dlatego nawet Patryczek nie chciał się na mnie rzucić. Byłam pierożkowata. Dlaczego akurat ja?! Co ja komu zrobiłam?! Przecież chyba nie dlatego, że wszyscy w mojej rodzinie robią pierogi? Co to ma do rzeczy? Pół Polski robi pierogi a inne dziewczyny nie są pierożkowate. Poryczałam się strasznie. Adrian próbował mnie pocieszać, że są o gorsze rzeczy niż pierożkowatość na przykład jakbym miała garba, albo wytrzeszcz to co innego. Ale ja ryczałam, bo to było bardzo miłe, że ja płaczę a on mnie pociesza i nie chciałam, żeby przestał. Uliczka, na której, żeśmy stali była wąska i nie było na niej żywego ducha, nikt nie mógł patrzeć na mnie jak na idiotkę, która ma pomalowane na czarno paznokcie i ryczy.

 – Adrian. – powiedziałam wreszcie. – Czy mógłbyś mnie docisnąć?

Nie zrozumiał o co mi chodzi.

 – No wiesz… do tego płotu…

 – Nie wiem… – powiedział niepewnie.

 – Tylko na chwilę. Dociśniesz mnie i pójdziemy dalej.

I ustawiłam się malowniczo czy płocie, żeby mógł mnie docisnąć.

Adrian bardzo nieśmiało naparł na mnie, poczułam całe jego ciało i to było fantastyczne.

 – Mocniej. – szepnęłam. – Jeszcze trochę.

 – Nie mogę. – powiedział Adrian. – Wyzwalasz we mnie instynkty.

O to mi właśnie chodziło.

 – Proszę. Naprzyj na mnie…

 – Mój tato mówi, że trzeba panować nad instynktami.

 – To sobie panuj. Byle byś napierał.

Trochę naparł, a ja poczułam wyraźnie, że nad instynktami ani trochę nie zapanował. Zrobił się cały czerwony i odsunął się ode mnie.

 – Chodź do mnie. – szepnęłam namiętnie.

 – Lepiej nie. – powiedział Adrian patrząc w ziemię.

Podążyłam za jego wzrokiem a po drodze spojrzałam na jego spodnie, gdzie instynkty było wyraźnie widać. Adrian zrobił się jeszcze bardziej czerwony, odwrócił się i ruszył przed siebie, a ja poszłam za nim, wsunęłam rękę w jego dłoń i szliśmy tak w milczeniu. Byłam rozmarzona, a Adrian walczył z instynktami. Od tego czasu często wracaliśmy razem z Adrianem ze szkoły i niektórzy uważali nawet, że jesteśmy parą, ale to nie była prawda, bo Adrian już nigdy nie dał się namówić na to, żeby mnie docisnąć do płotu. Kiedy byliśmy w ostatniej klasie liceum wyjechał z rodzicami do Anglii. Tak straciłam jedynego faceta, w którym wyzwalałam instynkty.

Poszłam na studia i zaraz wróciła moja samotność i pierożkowatość. Ubierałam się modnie. Odsłaniałam wszytko co mogłam ale moi koledzy jakoś tego nie zauważali. Chodziłam do klubów, ale tańczyłam głównie w kółeczku a jak któryś mnie poprosił zawsze okazywało się, że nie umie tańczyć, albo jest pijany. Próbowałam się upić, żeby być bardziej słodka i łatwiejsza, ale miałam słabą głowę i nim się zrobiłam łatwiejsza już spałam w jakimś kąciku i potem bramkarze musieli mnie budzić i wsadzać do taksówki.

W tym czasie wezwała mnie na rozmowę ciocia Lusia.

 – Monisiu powiedziała, jesteś już na drugim roku studiów trzeba pomyśleć poważnie o małżeństwie.

 – Ale mnie się nie spieszy ciociu.

 – A powinno. Pamiętaj kobieta idzie na studia, żeby wyjść za mąż. Potem jest za późno.

 – Kiedy moi koledzy jeśli chodzi o mnie to trochę nie bardzo…

 – I chwała Bogu. – ucieszyła się Lusia. – Zaraz by ci któryś zrobił dziecko a potem przez dwadzieścia lat próbowalibyście się dorobić. W żadnym wypadku nie wolno ci wyjść za studenta.

 – A za kogo?

 – Za profesora. Jako profesorowa będziesz ustawiona.

 – Ale oni już mają żony.

 – Nie szkodzi. Na szczęście są na świecie rozwody.

I Lusia zaczęła mnie pouczać, co mam zrobić by zwrócić na siebie uwagę jakiegoś profesora. Ja bym wolała Jareczka z mojej grupy, który już kilka razy śnił mi się erotycznie, ale ciocia twierdziła, że miłość szybko mija a potem trzeba żyć dalej. Uważałam, że profesor jest może dla mnie trochę za stary, ale ciocia się upierała, że wcale nie musi być tak źle, bo młodość wyzwala w staruszkach siły witalne.

Mimowolnie zaczęłam się przyglądać profesorom. Kilku było całkiem do rzeczy, ale kiedy zobaczyłam podczas uniwersyteckiej uroczystości ich żony zwątpiłam. Były ode mnie o jakieś dziesięć lat starsze, ale po za tym biły mnie na głowę.

Lusia nie dawała mi spokoju.

 – No i jak z tymi profesorami?

 – Nie mam szans ciociu.

 – Żaden nie zwraca na ciebie uwagi.

 – Jeden. Profesor Wróblewski. Ale on zwraca uwagę na wszystkie.

 – Żonaty?

 – Wdowiec.

 – Bardzo dobrze. – zatarła ręce Lusia. – Musisz natychmiast ruszyć do ataku.

 – Ale on ma osiemdziesiąt jeden lat.

Lusia zawahała się.

 – W sumie to może nawet lepiej. – powiedziała w końcu. – Będzie chciał stanąć na wysokości zadania i szybko umrze. A ty będziesz profesorową i będziesz wolna. Same korzyści.

 – Ależ ciociu!

 – To jest biologia Monisiu. Nic się na to nie poradzi.

 – Ale ja nie chcę. On jest taki strasznie stary.

 – Na pewno ma jakieś inne zalety.

 – Chcę stracić dziewictwo z kimś młodym i pięknym!

 – To ty ciągle jesteś dziewicą?! – zdziwiła się ciocia.

 – Tak jakoś wyszło…

 – Oj Monisiu, Monisiu… No to strać szybko to twoje dziewictwo, a potem zajmij się profesorem. Ciocia dobrze ci radzi.

W sumie nawet lubiłam profesora Wróblewskiego, był elegancki, szarmancki i zerkał na mnie ukradkiem tak samo jak na wszystkie moje koleżanki. W jego oczach byłam atrakcyjną kobietą. Wiedziałam, że kobieta musi się czasem poświęcić no ale jednak nie do tego stopnia. W dodatku to dziewictwo. Łatwo cioci mówić. Mam biegać po korytarzu i krzyczeć:

 – Chłopaki chcę szybko stracić dziewictwo!?

Zaczęłam znów chodzić do klubów i dawać do zrozumienia, że chcę się pozbyć dziewictwa, ale im bardziej dawałam to zrozumienia, tym bardziej faceci nie rozumieli, o co mi chodzi. Świat naprawdę jest pełen idiotów.

Tymczasem profesora Wróblewskiego zaprosili do telewizji, żeby się wypowiedział o partii rządzącej i on się tak wypowiedział, że wszyscy sobie przypomnieli, że już dawno powinien przejść na emeryturę. Próbowaliśmy bronić naszego profesora, najbardziej ja, nawet zrobiłam transparent „Ręce precz od profesora Wróblewskiego!”, ale to nie pomogło i profesor znikł z Uniwersytetu a wraz z nim moje szanse na zostanie profesorową.

Tak minął trzeci rok, studiów a potem czwarty. Czy pojawili się jacyś faceci, którym się podobałam? Owszem. Tylko, że im bardziej komuś się podobałam tym bardziej on mi się nie podobał. Nie myślcie, że byłam jakaś wybredna. Byłam bardzo niewybredna, ale ci co się do mnie uśmiechali i robili słodkie oczy, to byli… kiedyś było takie słowo brakoróbstwo… No więc to były ofiary brakoróbstwa i odrzuty z eksportu. Szczerze chciałam się poświęcić, ale myśl, że mam spędzić całe życie z odrzutem, mieć z nim dzieci, które też będą odrzutami przerażała mnie do tego stopnia, że już wolałam zostać do końca życia dziewicą, i wspominać rzewnie jak Adrian dociskał mnie do płotu.

Skończyłam studia i wtedy dopiero się zaczęło. Moja mamusia, babcia i wszystkie ciocie uznały za katastrofę to, że mam dyplom, ale nie mam męża. Przy każdej okazji dawały mi do zrozumienia, że muszę zadbać o siebie, odpowiednio się ubierać, wykorzystać każdą okazję. Tłumaczyłam, że trafiają mi się same odrzuty, a ciotki twierdziły, że każdy mężczyzna jest odrzutem, tylko u niektórych to ujawnia się z czasem.

 – Monisiu. – mówiła zatroskana ciocia Krysia. – Popatrz na nas. Każda ma męża, nie są to jakieś orły, ale przynajmniej ktoś chodzi po domu, czasem się odezwie no i najważniejsze: mamy dla kogo robić pierogi. Czy zdajesz sobie sprawę co to znaczy nie mieć dla kogo robić pierogów. Proszę cię postaraj się.

Co miałam jej powiedzieć? Że moje serduszko rozpaczliwie pragnie miłości, na prawo i lewo daję do zrozumienia, że chcę stracić to cholerne dziewictwo i pogrążyć się w rozpuście? Czy to moja wina, że nie mogę znaleźć faceta, który brutalnie zerwie kwiat mojej niewinności a potem się ze mną ożeni?

Ciotki nie poprzestały na gadaniu. Zaczęły mi szukać narzeczonego. Co pewien czas przeprowadzały jakiegoś, który wręczał mi kwiaty, całował w rękę, a potem siedział sztywny jak kołek w milczeniu pochłaniając pierogi. Kandydaci na narzeczonego wyglądali gorzej nawet od ich mężów, którzy byli starszawi i mieli dużą nadwagę. W końcu przestały przyprowadzać narzeczonych a w zamian za to dawały mi setki rad, że powinnam się zapisać na karate, na jogę, do kółka miłośników poezji, na angielski i tak dalej. Nawet się pozapisywałam, ale z karate wracałam posiniaczona, na angielskim pracowaliśmy w zamkniętych kabinach, a w kółku miłośników poezji były same kobiety w tym jedna lesbijka, której się nawet podobałam, ale jednak robienie pierogów lesbijce to nie było to czego pragnęłam najbardziej.

W końcu nie wytrzymałam. Jeśli nikt mnie nie chce, gardzą nawet moim dziewictwem to nie trzeba. Odejdę z tego świata i niech się wypchają tymi swoimi pierogami i małżeństwami. Skończę ze sobą w wieku 27-miu lat tak jak Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, Kurt Cobain i Amy Winehouse. A potem jedząc pierogi będą wspominać biedną Monisię, która była tak nieszczęśliwa i samotna, że musiała się rzucić pod pociąg. Wybrałam pociąg, bo wydał mi się najpewniejszy. Raz dwa i po wszystkim. A co tam.

Miejsce znalazłam znakomite. Między dworcem Warszawa Ochota i Warszawa Centralna pociągi jadą w głębokim wykopie. Wystarczy usiąść na stromej skarpie a gdy nadjedzie pociąg odbić się i polecieć w dół na tory. Jak Ikar. Postanowiłam, że popełnię samobójstwo w pogodny dzień, w mojej najlepszej sukience, bardzo krótkiej i sexi, z rana pójdę do fryzjera, potem na basen, na spacer w Łazienkach, a kiedy nadejdzie wieczór pójdę miedzy stacje Warszawa Ochota i Warszawa Centralna, usiądę i sama sobie przeczytam wiersz  Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej:

 „Samobójstwo – to nie to, co myślicie.

Któż by się tam zabijał z powodu zmartwienia!

Żyć jest słodko, a smutek to życie!

Chodzi o co innego. Że nic się nie zmienia.”

Tak właśnie zrobiłam. W najpiękniejszej sukience, uczesana przez słynnego i potwornie drogiego fryzjera wieczorem usiadłam na trawie i zagapiłam się na tory. Siedziałam, wspominałam całe moje życie, a łzy płynęły mi tak jakby nigdy nie miały przestać.

I wtedy usłyszałam cichy męski głos.

 – Przepraszam czy mogę obok pani usiąść?

Naprawdę mógł sobie pójść gdzie indziej i nie przeszkadzać mi w skoku pod nadjeżdżający pociąg.

 – Proszę. – szepnęłam przez łzy.

Usiadł. Chudy z rozczochranymi włosami, ale ubrany w porządny czarny garnitur.

 – Przepraszam, że panią zaczepiam… – szepnął. – Ale postanowiłem, że przyjdę tu i skoczę pod nadjeżdżający pociąg… Tylko, że przedtem chciałbym jeszcze ostatni raz posiedzieć obok kogoś…

 – Niech pan siedzi.

Siedzieliśmy. Było już ciemno, więc nie widział, że jestem pierożkowata i mam policzki mokre od łez. Chciałam mu powiedzieć, że ja też tu przyszłam po to samo co on i że w sumie moglibyśmy skoczyć razem trzymając się za ręce, ale jakoś zabrakło mi odwagi.

 – Jak pani ma na imię? Pytam, bo to ważne obok kogo siedzi się ostatni raz.

 – Monia. A pan?

 – Kleofas… To znaczy… Kleoś.

Spojrzałam na niego z ukosa. Rzeczywiście wyglądał jak Kleoś, ale mnie to rozczuliło.

Nadjechał pociąg, ale ani Kleoś ani ja nie skoczyliśmy. Po co się spieszyć. Miło posiedzieć z kimś na skarpie przed śmiercią. Patrzyłam na tory i cieszyłam się, że Kleoś jest ze mną w tej chwili.

 – Czy to by było… czy to by było bardzo nie w porządku, gdybym cię objął ramieniem? – spytał.

 – Możesz mnie objąć.

Objął mnie i przytulił mocno. Patrzyłam w niebo. Gdzieś na horyzoncie spadła gwiazda. Pewnie moja.

 – Moniu… powiedział Kleoś. – Całowałem się w życiu tylko z trzema dziewczynami, a teraz bardzo chciałbym pocałować ciebie.

Tego się nie mówi głupku. To się robi. Słychać było, że nadjeżdża kolejny pociąg, a ja poczułam, że też chcę go pocałować. Odwróciłam głowę w jego stronę i moje wargi dotknęły jego warg. Zamknęłam oczy.

Oboje nie mieliśmy wielkiego doświadczenia w całowaniu, ale wyszło nam bardzo namiętnie. Całowaliśmy się i całowali. I nagle poczułam, że nie mogę umrzeć jako dziewica, chcę, muszę natychmiast oddać się Kleosiowi tu na tej skarpie, wśród zgrzytu przejeżdżających w dole pociągów. Otworzyłam oczy. Jakieś dwadzieścia metrów od nas była duża kępa krzaków. Wstałam, wzięłam Kleosia za rękę i pociągnęłam go w stronę tych krzaków. Ułożyłam się tak żeby mnie nie było widać od strony ulicy. Ci z pociągów niech się gapią i tak zaraz wjadą do tunelu. Patrzyłam w niebo i czułam jak Kleoś niezdarnie i nieśmiało próbuje zdjąć mi majteczki. Trochę mu pomagałam, ale nie za bardzo, żeby sobie nie pomyślał, że jestem jakaś łatwa.

Nad nami za krzakami przejeżdżały autobusy, szli ludzie, pod nami przejeżdżały pociągi a my zapomnieliśmy o wszystkim, o samobójstwie, o całym świecie, kochaliśmy się i nie mogliśmy się sobą nasycić. Potem przejechał ostatni autobus, po nim ostatni pociąg, zrobiło się cicho, leżeliśmy przytuleni i bardzo, bardzo chcieliśmy żyć.

Trzy miesiące później wzięliśmy ślub. Kleosia wszyscy uwielbiają: babcia, mamusia, ciocia Krysia, nawet ciocia Lusia. Wujek Kazik zestarzał się, drżą mu ręce i teraz to Kleoś polewa. A ja mam wreszcie dla kogo lepić pierogi i jestem szczęśliwa.

Powiecie też mi sukces. Pierogi. Tak wam się wydaje, bo nigdy nie jedliście pierogów zrobionych przez zakochaną kobietę. To nie są zwykłe pierogi. To coś o wiele więcej. Jest w nich miłość i samotność, radość i cierpienie, spadające gwiazda i jaśniejące niebo o świcie. Wszystko.

Od autora:

„Pierogi” to monodram napisany dla Moniki Lecińskiej. Wyobrażam sobie, że na scenie stoi wielki stół, na którym Monia podczas swej opowieści wałkuje ciasto i lepi pierogi, oraz wrzuca je do stojącego obok na jednopalnikowej maszynce garnka z gotującą się wodą. Gdy skończy, a może jeszcze w trakcie monodramu częstuje pierogami widownię.

Koniec

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko