Magdalena Bytowska – wiersze

0
271
Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

1.
Z perspektywy łóżka, obserwuję ten budynek co noc.
Do rozświetlonych drzwi frontowych podchodzi czarny kształt.
Z początku, nic się nie dzieje- to tylko parter.
Ściana czarnej gładzi, ukazuje swoje okna,
Bo rozbłysło pierwsze piętro.
W sumie jest ich cztery, jeśli doliczyłam się wszystkich.
Pierwsze świeci prawie zawsze, drugie często, trzecie tylko czasem.
Zaświecają się kolejno.
Najpierw, to co na wejściu, co na rzut oka, to co widać.
I to drugie- to przy kawie, to na co dzień, to co zwykle,
I to trzecie- to co rzadko, to co czasem i od święta.
Z trudem wypatrywać okna na czwartym piętrze.
Ledwo widać jego czarny zarys.
„Zawrócił”- pomyślałam.
Tam światła chyba wcale nie ma.
Może ludzie tam nie chodzą, bo jest ciemno.
Albo jest ciemno, bo nikt tam nie chodzi.
Na moich oczach, na czwartym piętrze,
Ktoś właśnie błądzi,
Kreśli białe smugi blaskiem latarki,
Zapewne przyszedł wymienić żarówki.
Wiedząc, że mu się nie uda, nie patrzę już przez okno.


2.
Na moim parapecie hoduję rośliny.
Przeróżne kształty, gatunki i doniczki.
Najstarsza z nich- mam ją od lat,
Jest najwyższa, z drewnianą łodygą
I rośnie w największej z doniczek.
Dziś podlewam moje kwiaty, nawet na nie nie patrząc.
                        Przez Ciebie widzę tylko wzrok, który obiecał nie przeprosić.
                        Z pogardą zerkał na moją, z własnej perspektywy.
                        Kucamy w zaroślach ciszy, na Twoich warunkach.
                        Może w kwestii przeprosin jesteśmy podobni;
                        Iglaste krzewy i kaktusy.
                        Ale czekamy razem, choć ja nie mam na co.
                        Ty na mnie, ja na nic.
                                               I przez Ciebie,
                                               Nie widziałam moich kwiatów.
                                               Z nieuwagi, bez pamięci, ruch, tylko jeden.
                                               Usłyszałam dźwięk tłuczonej ceramiki.
                                               Zbierałam odłamki największej z doniczek,
                                               Leżały, w słonej wodzie i rozsypanej ziemi.
                                               Łodyga się złamała, a ja ją przepraszałam.


3.
Wychodzę mówiąc, że niedługo wrócę.
Stoisz blisko i potakując, spuszczasz wzrok.
Nie pytasz kiedy; gorzko się uśmiechasz,
Bo przecież w końcu- zaraz się widzimy.
Tyłem do mnie, sięgasz do najwyższej z półek.
Przyglądasz mi się, wzrokiem ludzi jeszcze nieznajomych
I tych, którzy poznali się wystarczająco, by móc się pożegnać.
Nie prosisz.
Dajesz swój parasol.
Na wszelki wypadek.
Na wypadek deszczu, albo na wypadek,
Gdybym potrzebowała wypadku jak powodu.
Wówczas byłby jakiś, by tu wrócić.
Mógłby być wymówką.
Przypomnieniem,
Że jestem Ci coś dłużna
I że parasole należy zwracać właścicielom, dziękując za ratunek.

Drzwi domknęły się za mną same.
Krople deszczu puszczam mimo uszu,
Słyszę jak wypełniają tu oczy i kałuże.

Nie wrócę by Ci go oddać,
Na wypadek, gdyby miał się jeszcze przydać.


4.
Jeśli się obrócę,
Zobaczę jak krzątasz się po kuchni.
Dawno straciliśmy poczucie czasu,
Pod ścianą, z zegarem bez baterii.
Na ten moment, dam Ci chwilę.

Znad barierki patrzę na dachy,
Które razem; tworzą parter-
Nowy punkt odniesienia,
Do stąpania lekko i nie po ziemi.
Ściana budynku na wprost, nie ma okien
I jest zupełnie gładka.
Mówisz, że to piękne, że pustostan, że to kochasz,
Że można co godzinę uzupełniać ją o inne, spełnione oczekiwania.
Oczekujesz na darmo; przecież to zabawa,
A ściana pozostaje pusta, wzywając do czekania.
Ta ulica trzyma w szeregu nas i kamienice.
Ciągnie się od wschodu do zachodu,
Przy chodniku i w gradiencie nieba,
Mówisz na to „nieskończoność”.
Powietrze jest ostre, raczej zimne,
Choć mamy lato.
Mamy jeszcze tylko lato.


5.
„Ten pisany na śpiąco”
Raz chciałam to znów poczuć.
Naraz wszystko.
Wraz i na raz, raz jeszcze,
Spróbować bez Ciebie,
Nikomu nie wspominając, ożywić wspomnienie.
Jak dziecko w obawie przed wstydem i w tajemnicy,
Dopełnić rytuału w geście nonszalancji.
Zmysły pamiętały co i jak;
Przyjąć, jednym, głębokim wdechem.
Objąć i dać odejść,
Wypuścić- jak to w życiu.
Tak zrobiłam.
Wokół dym, jak dawniej,
A jednak sens ulotnił się wraz z Twoim odejściem,
Z rozczarowaniem przyznałam przed sobą, że coś zostało mi zabrane.
Zostało zupełnie.
Został nie-smak w ustach i dym wokoło.
Pamiętałam to inaczej,
W Twojej obecności-
Przyjemność.
Nie ślad po niej.
Tylko wtedy, gdy mogę Cię za to skarcić,
Że papierosy, mogę już palić tylko z Tobą.


6.
Robimy wszystko razem.
Razem rozpychamy się łokciami
W tutejszych tłumach,
Takich strasznie obcych ludzi,
Jemy razem śniadania, obiady i kolacje,
A na koniec dnia- to nasza rutyna;
Siadamy w ciszy i czytamy list od Ciebie.
Piszesz, że Ci tam dobrze.
Odrywam wzrok od kartki i uśmiecham się do Ciebie,
Zazdroszczę, że potrafisz być w dwóch miejscach naraz,
Kiedy ja, jestem tylko tutaj.


7.
Dzieci, opierając podbródki o kolana,
Zajmują miejsca na spiralnych schodach.
Kucają, obserwując węzły splątanych balonów.
Kolorami wypełniają pomieszczenia, w których opadają,
Kryjąc, rok po roku, niższy lot.

To takie miłe, życzyć dobrze i gdy Tobie dobrze życzą,
Bez wysiłku, o dobroci, by przykucnąć znów na schodach.
Odegrawszy rolę, nie żałować, że zbyt mała,
Umiejętnie przydzielona i z pewnością sprawiedliwa.
Pozwala sklejać makiety symulacji hologramów
I w spełnionym obowiązku, kucać wraz z innymi.
Znając swoje miejsce, ustąpić tym, którzy bardziej się nadadzą.
Niedługo wszyscy spełnią, czego nam, przyszło tylko życzyć.

Może to listopad. Albo niechęć do wełnianych szalików.
Może znak, że odkrywam sekrety balonów.
Bo gaszone zapałki pachną przemijaniem,
Truskawkowym tortem,
Życzeniem niespełnionym, innym co roku.


8.
Stukając palcami w blat stołu, parzyłam herbatę, na granatowym obrusie.
Ludzie mówią, że trzeba się rozglądać i trzeba patrzeć.
I że łatwo jest przeoczyć to, co najważniejsze,
Gdy myśli się o niebieskich migdałach.
Rozglądałam się więc, i tak właśnie
Spotkaliśmy się przy tamtym stole,
Bez większego powodu.
Ja już przy nim siedziałam, Ty się chciałeś tylko dosiąść.
Zgadzając się, skinęłam głową, nie znałam zasad tej zabawy.

Siedzieliśmy tak, tam razem, naprzeciw siebie, mówiąc i słuchając.
Opowiadałam i mnie opowiadano,
I gdy moja herbata ostygła zupełnie, odszedłeś od stołu,
Żegnając mnie w chabrowych, kulturalnych konwenansach,
A na Twoje miejsce usiadł ktoś nowy.
Nie Twoje przecież, tylko to drugie, to obok mojego.
I tak w kółko, nowe osoby przy tym samym stole i ze starych filiżanek.
Słuchałam i mnie słuchano,
Aż w końcu i ja odeszłam.
W roli moich wszystkich gości, w tym więc i w Twojej,
Dosiadałam się, by następnie odbić wzrok od lewego nadgarstka
I odejść w turkusowej kurtuazji.
Ludzie mówią, że nawet ślepcy widzą odcienie błękitu,
Skoro tak, nawet wówczas zauważyć można to, co ważne,
Nie rozglądając się zupełnie.

Teraz, od dawna już w to nie gram,
Nie odwiedzam i mnie nie odwiedzają.
Wspominam tylko ten czas szafirowych cukierniczek,
Który byłby dziś absurdem, na błękitnym niebie.
Nikt by się już nie zgodził,
Bo zapewne Ty, jak i ja, zmądrzałeś.

Dziś parzę znów herbatę i stukam palcami w blat stołu, o granatowym obrusie.
Dziś czekam, bo może na powrót się dosiądziesz,
A ja opowiem Ci, o tych wszystkich herbatach, z Tobą niewypitych.


9.
Śmiejesz się przy własnej opowieści,
Która dla tamtego musi brzmieć naprawdę pięknie.
Spacerujesz po pokoju,
Przystając, to tu, to tam.
Krok w przód, to w tył.

Pragniesz dojrzeć oczu tego, kto odebrał,
Z pewnością przytaknęłyby Twoim słowom.
Błądząc wzrokiem, nigdzie nie przystając,
Patrzysz nic nie widząc,
Czerwone buty, różowa walizka, zielony brelok,
Odróżniający klucz do drzwi wyjściowych od reszty w pęku.
Tobie tylko, kolorowe plamy w bezkształtnych kształtach.
Nie kupowaliśmy przecież żurnalowych żyrandoli.
Oczy wielkie i ufne, pochłonięte. Zapomniały.

Patrzę na Ciebie, w tym jasnym, idealnym stroju,
Siłując się z paskiem, próbuję zrobić w nim kolejną dziurkę.
Gdy pytasz czy za głośno.
Gestem daję znak, że nie musisz się rozłączać.
Pobądź tam, opowiadaj,
Ale nie patrz na mnie kiedy skończysz.


10.
Pamiętam, jak zdarzało Ci się siadać pod tym drzewem,
Rozprostować nogi i zmarznąć od wilgoci ziemi,
Pomyśleć na kamieniu i wiedzieć coś na pewno.

Dziś, jesteśmy szkiełka. Szlifowane słoną wodą.
W cichości i bez słowa, zmieniamy się nie na swoich oczach.
Ja nie wiem jaka fala i jak na Ciebie wpływa,
A moje sztormy obijają się nie o Twoje uszy.
Czasem słucham muszli,
Szepczą wiatrem prawie pamiętane miraże,
I zanim skończą zdanie zdążą je zmienić.
Kolorowym refleksem tańczą tę ulotną zmienność,
Zmagając się z podmuchami czasu.
I choć blakną i nie są pewne wcale,
Opisują Cię wciąż pod tym samym drzewem.
I choć mówi się, że starych drzew się nie przesadza,
A korzenie zapuszczają raz i na zawsze,
Nie przyjeżdżaj, gdy zechcesz zebrać myśli i siąść w cieniu,
Bo teraz ktoś inny zasypia, marznąc we śnie o nocy letniej.


11.
Dziś się sobie opowiedziałam.
Głównie słuchałam,
Nie zadawałam niewygodnych pytań.
Wychodzę z założenia,
Że do pewnych wniosków,
Lepiej nie dochodzić.
Trzymam się powtarzanych niegdyś słów,
Że jesteśmy dobrymi dziećmi,
Że będziemy dobrymi ludźmi.
Już nie trzymamy się za ręce,
Nie mów mi, że jestem dobra.
Serce mi pęknie
Z żalu o tym,
Jak nie dałam Ci się poznać.


12.
Przymykamy oczy nad gorącą kawą,
W jej parze i bieli niskich chmur,
Znaleźć można dowody, że lato się skończyło.
Słodki posmak mięty, przynależy do poranków.
Pora początków i pożegnań,
Moment, gdy dziś żegna wczoraj.
Chłód przenika nasze płaszcze,
Które w tym samym miejscu, a innym dniu,
Nie były nam potrzebne wcale.

Może lepiej, że jest wcześnie.
Ciała zapominają się wolniej i stopniowo,
Oddalają, drżąc w dreszczach,
Każdym jednym dreszczem, zwracając sobie cicho
Nieswoje części, w sekrecie pożyczone.
Dla zaspanych myśli jest za wcześnie,
Aby wiedzieć, że na zwrot wydarzeń już za późno.
Zostały we śnie dzisiejszej nocy, jeszcze letniej,
Gdzie pora lata, trwała lata, grzejąc skórę słońcem.
Można mówić, że to wszystko wina września, zimna i zmęczenia,
Kiedy twojej czwartej porze roku, przyjdzie drżeć gdzieś indziej.


13.
„Przebiśnieg”
Przecieramy oczy,
Ze zdziwienia, kurzu i zmęczenia.
Kto by pomyślał, że wiosenne porządki
Przypomną tyle zim.
Otwieramy stare skrzynie,
Popękały już kłódki.
Z obawą zaglądamy pod dywany,
Jak dzieci pod łóżka.
Nie da się trzymać za ręce,
Gdy zaciśnięte są w pięści.
Powiedziałabym, że się nie poznaję,
Ale lustro śmieje mi się w twarz siedmiokrotnym echem.

Latem, poznamy się na nowo,
By rozczarować na wiosnę.


14.
Stos książek przypominał mi o wszystkich sprawach, których nie dokończyłam, tak jak nigdy nie doczytałam żadnej z nich. Zaczęłam każdą. Dałam się ponieść, porwać, aby odejść do kolejnej. Historie mają zwykle cztery etapy. Pierwszy z nich to zauroczenie czytelnika jej światem, tym co piękne i bezpieczne. Kolejny przedstawia jego mankamenty, by następnie, wybrany skumulować. Problem nawarstwia się i rośnie w zagrożenie dla tych magicznych kruchości, które już znamy. Doprowadza nas do szaleństwa, napędza i frustruje, by w ostatniej fazie wraz z zakończeniem,
dobrym czy złym, przynieść ulgę. Znamy koniec historii. Mamy świadomość, w której można nareszcie odetchnąć. Notoryczne stwarzanie problemu, aby dać sobie samemu go rozwiązać i poczuć piękno końca. Przeżyć coś naprawdę, a tylko w swojej głowie. Nie mogłam znieść jednak faktu,
że nie mam wpływu na zakończenie, co więcej, nie jestem w stanie nawet go przewidzieć. Ludzie mówią, że po tym właśnie, poznać dobrą książkę. Ale nasza historia nie ma zakończenia. Odłożyłam ją na półkę, na chwilę przed. Wstałam, aby rozprostować nogi, sięgnąć po następną i zapomnieć. Zamiast tego zadzwoniłam do Ciebie, z nadzieją, że nie odbierzesz. Mogłam usłyszeć jak mnie witasz
i neutralnym tonem prosisz, żebym jeszcze zadzwoniła, tylko później. Jakby nigdy nic. Jakby zakończenie było otwarte, jakbym mogła wciąż zmienić wszystko, spotkać i poznać raz jeszcze.
Nie odłożyć wcale, dokończyć źle lub dobrze. Dać nam odetchnąć, bo nic już nie musimy
i nikt już nie czyta.


15.
Stoisz w ciemnym pokoju, gdzie jedynym źródłem światła jest lampka w akwarium. Rytmiczny dźwięk filtra, może zakłócać zasypianie, bądź je umożliwiać, kojarząc się z domem. Uspokajać rytmem, dając znać, że bez względu na to, co zrobisz czy pomyślisz, tamten wodny świat będzie trwał. To taka ładna perspektywa, nie być w stanie zmienić wszystkiego i nie czuć piętna wpływu na bieg jakiegoś życia. Dzieje się samo i trwa samo, otwiera i zamyka się, poza tobą zupełnie. Cykl niezależny od twojego. Niektórzy ludzie mają problem, żeby zasnąć poza domem. Mówi się o „pierwszej nocy w nowym miejscu”. Bezsenność w domu wydaje mi się jednak bardziej wstydliwa. Nie masz wymówki, dlaczego nie śpisz. Nie zrzucasz winy, bo nie masz na co. Jesteś ty i wszystko co twoje. Błąkasz się po pokojach, wypełnionych przedmiotami, których jesteś właścicielem. To jak spacer po własnej głowie. Meble, na których się śmialiście i płakaliście. Drewniane krzesła jadalni, pamiętające trochę młodszych was. Ich sęki nasiąknięte tym, co mieliście sobie do powiedzenia i tym, co wypowiedziane przy okazji. Kuchnia, w której gotowaliście, która w zależności od potrzeby była centrum imprezy lub kątem do dzielenia się sekretem. Kubki bez uchwytu, z czym wiąże się historia. Naczynia, które polecała sprzedawczyni, głośnik, na który zwykł narzekać sąsiad, fotel, na który trzeba uważać bo brakuje mu zasłonki na jednej z nóżek, przez co rysuje podłogę. Znasz wszystko wokół, sam to tworzysz, sam kolekcjonujesz. Więc dlaczego nie śpisz? Ludzie o tej godzinie już śpią, zwłaszcza ci, we własnych domach, koło swojego akwarium i swojego fotela. 


16.
Dzieci, opierając podbródki o kolana,
Zajmują miejsca na spiralnych schodach,
Kucają, obserwując węzły splątanych balonów.
Kolorami wypełniają pomieszczenia, w których opadają,
Kryjąc, rok po roku, niższy lot.

To takie miłe, życzyć dobrze i gdy Tobie dobrze życzą,
Bez wysiłku, o dobroci, by przykucnąć znów na schodach.
Odegrawszy rolę, nie żałować, że zbyt mała,
Umiejętnie przydzielona i z pewnością sprawiedliwa.
Pozwala sklejać makiety symulacji hologramów
I w spełnionym obowiązku, kucać wraz z innymi.
Niedługo wszyscy spełnią, czego nam, przyszło tylko życzyć.

Może to listopad. Albo niechęć do wełnianych szalików.
Może znak, że odkrywam sekrety balonów.
Bo gaszone zapałki pachną przemijaniem,
Truskawkowym tortem,
Życzeniem niespełnionym, innym co roku.

Magdalena Bytowska

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko