Wiersze tygodnia – Aleksander Nawrocki

0
311
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


*  *   *

Żaden mężczyzna nie czeka już,
żebym się przed nim rozebrała,
a jeśli nawet…
Co zrobiłby wtedy?
Zaśmiał się?
Uciekł?
Dlatego płaczę
samotnym deszczem
przed pustym lustrem.


*   *  *

Dlaczego zabijacie sarny? –
zapytałem myśliwego;
są takie bezbronne i piękne.
I tak kiedyś zdechną – odparł.
Kto wtedy zje ich mięso?
Wówczas zrozumiałem
“Czerwone maki na Monte Casino”:
ponad 1000 zabitych…
Według myśliwego
i tak by kiedyś umarli,
ale bez tej legendy
i tej pieśni…


Fragment

Wotywa róż, zamknięte dróg szczeliny,
w regałach czasu broda siwa.
To wszystko nasze. Niemy stróż
za horyzontem ręką kiwa.

Zdradzone mury czyichś spraw
i nieustanna gwiazd udręka…
Człowieczy los to Boga strach,
że już niczego się nie lęka…


Barbara w Wersalu

W sali balowej z kryształowymi świecznikami
pełno kobiecych tłumoków-kapoków,
topornych pni – słowem turystek
i dysonans: dama o gwiaździstym spojrzeniu,
smukła i uśmiechnięta, dystyngowana
w każdym calu. To moja żona. Rozświetla
kolejne sale, przyćmiewa
stylizowaną urodę żon królewskich,
sztywnych jak gipsowe nieszczęście…
Nikt nie śmie jej fotografować, tylko lustra
pragną chwilę dłużej zatrzymać
pochylone niepowtarzalnie
na prawe ramię włosy
i uśmiech, w którym
jest świt nad Polami Elizejskimi,
albo przelot wilgi obok
kwitnącej akacji.


Odeszłemu ojcu

Jak trudno uwierzyć, że już nigdzie cię nie ma:
wiatr, który przewiał, rana co przestała bolec,
wiosna, co nigdy nie przyjdzie.
Twoje imię nosi już ktoś inny, dowód osobisty
przedarł urzędnik i wrzucił do kosza,
ubrania odeszły daleko, w głąb siebie, za siódme szafy,
umarły twoje słowa, niebo, gwiazdy, kobiety.
Gdzie twoje wieczne pytania o godność, o świat bez winy.
Czy jesteś Irydionem, czy Masynissą – któż to wie.
Tylko grób zna tajemnicę, ale on milczy, milczy
ziemia – kochanka tkliwa, co na każdego czeka,
bo życie przecinkiem jest tylko w jednym z kolejnych zdań świata,
śpiewem jedniodniowym ptaka i ważką nad strumieniem,
dlatego dziś ciebie nie ma, zwłaszcza dla najbliższych,
tylko skrzydło powietrza uderza wciąż o pamięć
i imię staje się bólem – martwym motylem w przeciągu…


Do ciebie

Kraj twój słyszę – twoimi uszami,
twój widnokres – twoimi oczami.
Idziesz tak, jak ktoś, kto bardzo kocha,
kiedy marzysz – tęcza w twoich włosach,
obłaskawiasz i kamień, i wilka,
gdy dłoń swoją na mej dłoni kładziesz
i zamykasz się w sobie jak szpilka,
kiedy ból się na tobie chce sprawdzić.


Nie powtarzaj

Nie powtarzaj chwili raz przeżytej pięknie:
smok w niej zamigoce, ptak spadnie, dzień pęknie
i dziewczyny, tej jedynej, włosy
będą tylko spinką, gwizdem kosa
w beznadziejne deszczowe południe,
kiedy kwiatom przetrwać jest najtrudniej:
więc nie wracaj, gdy raz pożegnałeś
i nie żałuj, jeśli coś minąłeś.
W stepie ogień widać jest najdalej,
ale w ogniu zawsze coś się spali.


 Witkacy – malarz

Upiorna zieleń, czerń w koronie,
kobieta ostrzy zbiór instynktów –
kwiat woli, kruk w mężczyzny oku,
kosmiczność w dłoni w dół podciętej
i cisza w orgii, w spazmie głogu,
i świt ostatni – żółty motyl,
i gwiazda w Bogu roztrzaskana,
i sen – baśń morza w skały wnętrzu…
Noc się pochyla nad imieniem,
czas ktoś odpycha stemplem rzeczy,
a on się pali krzykiem serca
i w twarzy nagle się zacina,
co poza świat wychynąć chciała,
lecz skamieniała – wśród przedmiotów.

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko