Wiersze tygodnia – Zbyszek Ikona – Kresowaty

0
530
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

  F I X    I D E E
 
Szesnaście wierszy

 Jak Simonides z Keos przez Plutarchę 

ten Nieznany Plac w dalekiej Hiszpanii
dał kiedyś mi poczucie wieczności – łuki
jeszcze ruchome po arabach syte kafelki
w słońcu rogaci ludzie jak na arenie
– Plac Pomiędzy aktami turystów i jeden
bez kurtyny głos lamentacji pośród chmar gołębi
jak pamiętam wtedy cały świat łączył się
nad placem ze szczerą ruchomą  płachtą 
czerwonego nieba – – – – — – –

stałem jakby na rogu ogromnego
byka miasta? – Marzyłem o bezimienności
bez odwagi w ogromnym oknie słońca dnia
o tobie Któraś urodziła się w mej głowie
dawno czekałem cały sobą jakby w Cheronei
w bezczasie na ciebie nieznaną daleką
jak na fontannę – Ten Plac dał mi wtedy
czucie przedwieczności – woda była zmęczona
psy na fontannie pilnowały śpiewającego
trubadura czasem wyły do rzeźb
z utrąconymi nosami i palcami u rąk
TY pewnie gdzieś wciąż jesteś choć nie ma
ciebie a już jesteś tą przepiękną chwilą
będziesz gdy będziesz z sadza w oczach
póki co przymróżonaś po – wieki


Poeta przychodzi
 
wcześniej niż światło – Jest
czwarta rano – jego cień wchodzi do domu
drżące ręce zamykają uchylone okno
ze znakiem krzyża – każde okno ma taki znak
on sam jak zdjęta skóra z Marsjasza jak pogoń
drepczą buty  z oderwaną podeszwą siwy ptaszek
usiadł po kawałku podłogi od drzwi do ściany
miota cień go od obrazu do lampy znów okno
od biurka do łazienki – teraz zmywa zarysy twarzy
i przez ramę okna daleko widzi lustro wczorajsze
stare okno poddasza opatrzone pajęczą wicią
łzawi ale on widzi jesień poniżej

Że czarny duży kruk na ganku
dziobie grubą kość – stuka budzi sąsiadów
– Poeta chce spać i podnosi wzrok na regał
białe kruki milczą – nie dowierzał bieli A
jeszcze wczoraj karmił te kruki szukał B
ważnych zapisów wzorów? – kartkował
i gładził trzęsącymi rękami biel 
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
Teraz
obok snuje się obłok łasi się  
pies jak mrukliwy kudłaty dywanik
w łóżku jakby na mgle Ona czekała
– wróciła nocą z daleka – poeta pochyla się
dotyka ustami lepkiej sadzy rzęs i znów
spogląda na światło które wtrąca się między usta
po chwili wargi jego zaczerniły się rysami jej rzęs
zrozumiał daleką podróż Pazyfae – wie
że teraz musi oddać przestrzeni samoistny
czar nocy w czar po – wiek wieków

Jest godzina 6.21 – wydłużony cień woła go
poeta miał do niego zawsze respekt – Podchodzi
ulice ruszyły pod przechodniami – zaczerwieniły
się dachy pod skrzydłami dymnych aniołów
światło połyka ostrożnie ich skrzydła uchodzi u komina
Zasypiają lampy panienki wysokie i obszczymury
zejdą do swoich nor miotają się jak mary ze szkłem
Dzień położył już spać nocne Omamy a poeta widzi
na ganku wciąż jak kruk dziobie tę wielką kość
jakby rapuje niezrozumiale do leżącego psa
ktoś mówi bełkotliwe jego wiersz?
Mallboro unosi go ponad ramą okna

–  A więc zaciągnął się z papierosa
pętla dymu na gardle zaciska się unosi poetę
Teraz – teraz – teraz wzdycha – znów Ktoś rapuje?
na cały głos –  Wiersz w tej chwili został zapisany


TREN DLA PIESKA PRZYDROŻNEGO


Kiedyś dreptał polem za Jankiem Skibą
czasem prowadził go w las ciekawski duch
ganiali za nim hycle i basiory – umykał biały
wtem nagła chwila – szum protektora na szosie
usunął z niego oddech i … tylko zefirem chwilą
oddychał ten piesek przydrożny
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – —
I usiadł na Nim wróbelek Płowy
w konwulsjach jego topił dziób
pod chmurkę kapelusza chciał
go zabrać w pamięci poranka
– zlatywał często na „kiedy ranne”
w jego kolorową miseczkę
gdy tylko zorza – – – – – – –

Przechodził tędy Człek – była wiosna
spojrzał na Niego jak poeta  NIBY M
zapisał – „oto pieczęć przydrożna”
łącznik między ziemią a niebem”?

– Wtedy płowy wróbelek się wzruszył otrzepał
uleciał z krwistej pieczęci wiadomość zabrał
na brzegu rowu z otwartymi oczami
piesek zasnął jak pieczęć
 


TELEFON NA KTÓRY ZDĄŻYŁEM

                                           
– Pamięci Janusza (Kwiatkowskiego) Żernickiego

Odwiedziłem poetę w Tężniopolis
był dziś zmęczony – a ja chciałem pytać
szło na deszcz – sążnie jak pokos mgły
słowa ślizgają się a nawet wróżą wiele
jak w zwolnionym filmie witam się
zimna ręka poety ledwie ze snu wiersza
poeta wychylony skrócony o drogę
toczymy dialog o tych co teraz dziko
 biegają z centaurami po niebieskiej trawie
trzymam za rękę poetę On nie wyrywa się
jakby za słowa przytrzymuję kciuk
puenta goni puentę pomiędzy palcami

„Dość –  proszę pana!”
– oznajmia wieloletnia Muza poety
– wyrywa mu słuchawkę – urywa głos
 – on jest JUŻ – bardzo zmęczony – Zatem
trzeba się śpieszyć – z ukłonem zrywam się
– Janusz szepce przyjdziesz jutro? – – – – – – – – – –
Ładnego ma pan psa panie Januszu – „nie znam Go
uciekłem spod chmury kapelusza  innym psim pyskom…”
Akteon nigdy nie znał własnych psów rozszarpały go
bo NIGDY nie wolno podglądać nagich Muz
co zawsze  grozi śmiercią – Uścisk dłoni – cieplejsza
czekaj! – po drodze wejdź do knajpy – mówi poeta
tam jest poezja – pójdziesz za nią – będzie robić
z tobą czego nie robiła nigdy.
Ona to będzie robić tak, jak nie robiła nigdy jeszcze

Aż się wieczność objawi nagle przelotnym deszczem
tężni poczujesz to na wargach pokąsanych


LIST DO JERZEGO SZATKOWSKIEGO                                                     
                                                   

                                                                      –  Na wspomnienie  Przyjacielowi  i
                                                                     niezrównanemu słowiarzowi
                                                                                                  na katharsis ostatnie


Jerzy teraz możesz wysłowić sam
Bo ta pieśń dziś a ongiś porywista – czy ona
nie płynie jak szalona rzeka między brzegami
czy nie słowi miłości – nie opłakuje kniei piękniejszych?
Czy krople na twej twarzy jak oceany nie pieczętują
głębinnej radości bolesnego spadania w przestrzeń
w pozagrobny zaułek tajemnej przepaści?

Jesteś Teraz zdziczały – „wysoko upadłeś”
biegasz za centaurami  za Iwoną – pytasz Nessosa
Długowłosy proroku jesteś na polach Nirwany
mijasz poetów o których więcej już wszystko wiesz

– A czymże byłyby przymierze tamtych poetów
w nas żywych gdyby nad wędrowaniem umiłowanych
dziś dusz nie było szumu smentarza płaczu zgrzytu szyn i zębów
gdyby zabrakło pieśni wyjca w pobliskim lesie Antoniewa?
 i wycia wilka białego w pobliskim polu – Czy za jeden
serdeczny wiersz bajkę odśpiewaną do poduszki swego dziecka
KIEDYŚ z palcem na ustach „uśnij mi uśnij skarbie mój jedyny
– w śnie jak drzewo rośnij” nie odbieramy już w kołysce
zwielokrotnionego bólu radosnego zdążającego w krzyk
własnego losu – w radosną rozłąkę twórczych powitań
w witaniu i pożegnaniu niecodziennego dziania się
potęgi słowa od którego wszystko pochodzi


ONA

Wspominam
o „puchu marnym” A
Myślę o kłamstwach
Które zaczną się jutro
spadającym piórkiem
po odlocie otwarta przestrzeń
zostanie- jeszcze
mówi ptak – Teraz wiem
będą się jąkały dalej
kłamstwa do ócz
będą sypać się na wieko
grudy do następnego
wieka powiek –wieka
i sadza na oczy na paznokcie

już jestem A KIEDY
do mnie przybędziesz godziną
zegarmistrz wystuka ostatnie kłamstwo
Noce będą czuwać i pachnieć
krwią cień przywołany ostrym
porożem gwiazd – wiem
Wpisanaś w cztery kwadry księżyca
w źrenicę mego spojrzenia jak zjawa
przedwczesnego poranka
kłamstwa w owoc życia
w drzewo rodzaju spadających
zeń dzieci liści i odrostów
Pod wspólnym pniem bytu


NASI SYNOWIE


przepowiadają pogody i wojny 
tulą panny wiosenne nie boją się rodziców
strzygą się na Zero i zlewają się tanimi
zapachami kolońskimi
jak niesforne wygięte kocury
spryskują wszystko co nowe
A miejsca ich spotkań błahe
ale stają ponad poważnymi
sprawami których też
im nie wystarcza
boję się że wezmą wszystko 
że jutro to może być moja
koszula albo piękna kochanka
skarbonka rodem cyniczna
jak Pazyfae


JONASZ

porwało mnie morze
zza zasłony żeber resztek łodzi
śpiew syren wydobywał się falą
a w dali zatoką biegł biały koń 
Perseusz nie pokonawszy tej chwili
topił się z piskiem w falach u mew
stado białych sępów nadlatywało
krążyło nade mną nad moją muszlą
i jeden sztylet uderzył
we mnie jak widomość
 
byłem tylko foremką muszlą
kryjówką zimną czaszką – byłem
wracałem i sam szukałem muszli
w poranku w skrzeku dnia

lgnąłem po fali do ucha z piasku
do szat białej skały zapomnianych
o nagich rozwartych ud Wenus
w zgiełku bezludnej zatoki łodzie 
stare powiązane pętami z dna
– podawały mi oddech


NA KONIEC ŚWIATA TYLKO MIŁOŚĆ

i już po deszczu – a u nas w Lądku
słońce zdroji i pełźnie po tęczowym wzgórzu
za framugą okna po parapecie po łóżku
jak obżarty łaciaty błyszczący legwan łypie
na trzeciego wpycha się między nasze języki
– Przytul się do mej otwartej piersi
jesteś wielością – moim niepokojem
który uwielbiam nawet gdy nagła ręka puka
w drzwi przynosząc pocztę – później Ktoś
uderza jak młot w kowadło ulicy łaskocze
w trzecie ucho TERAZ szepcz mi – czujesz?
– Pulsują pochodnie kilkunastu moich palców
mocno zasupłanych rąk i nie stygnie magnes
w nas Akt w poszlace nocy wciąż zgrzana rzeźba
obu płci parzy się w nas wciąż zawzięcie jak obca
przypadkowa miłość – i już po długiej chwili
powolny puls i niebo twoje w moje tętnice
nachodzi spływa czerwonym zygzakiem
i na mgle zalegasz wyraźnie TERAZ wchodzisz
w moje pięści czuję supeł namiętności – Wiem ŻE
nigdy nie byliśmy sobie tak bardzo tajemniczy
nagli zastani na zawsze nader bardzo szczęśliwi
jakby na koniec świata swoją zrzuciliśmy poświatę
głodną jak miłość co pcha się teraz w krtanie krzyczy
to śmierć wkłada bardzo powoli swoją strzykwę
pomiędzy nasze libido żegna z nami kolejny
koniec świata który dawno w nas


JERYCHO

Nie zdążyłem ocalić Jeruzalem
stać mnie było tylko na pamiątki
wciąż nie do zdobycia te mury miasta
świątynia tyle razy burzona
siedem otwartych Bram w które
tysiące lat dęli trąbici w różne ustniki
odjechali jedni a inni krzyżowali języki
zapomnieli tamci przestrogi sędziwych
ze znakami krzyży jeźdźcy najeżdżali po złoto
wszyscy wiedzieli gdzie jest Arka Przymierza
ale nikt jej nie znalazł nawet wszyscy i święci
dlatego jej nie ma do dziś – dekalog już zapomniany
nawet w blasku morza Martwego rozkołysani szukali
Teraz Erynie wciąż nie dają spokoju pyszałkom zuchwałym
– A tu wystarczy tylko uwierzyć


Niesenność czy homeostaza 

tego wciąż nie pojmuję ale wiem Panie o tym ŻE
jestem wystawiony proszący cię o trochę stanu błogości
daj wytrzymać temu bezdźwięcznemu dźwiękowi pędzącemu
za żaluzjami jak kilogram rozrzuconych gwoździ i klekotu
pędzącego osobowego lub jak KTO woli towarowego pociągu
co kilka minut pojękuje balkon lany z żelaza „wczesny gomółka”
weź i oddal mój dom albo to okno conocnego rytuału jakby anarchii
i wysławiania się nocami stojących pod balkonem hulajgębów
głośnych plujów z taniego bełkotu gnieżdżącego się pod progiem
jak nieustający wiatr Ulico Szeroka 25 aż po skwer za rogiem
gdzie rzeźnia wyje a później chrapie
Kiedy uciszysz mi świat pytam Panie wiosny okno z krzyżem 
otwieram w dali jęczy lotnisko pobliskie metalowymi ptakami
czasem zapadają się ich metalowe skrzydła – to znów kołują
nad pobladłym drzewem północy wyglądam z okna
zbyt dużo tytoniu spala się w uchu popielniczki i
znów rżą ogry ze starogreckiej wyspy Rodos kiepują się kopytem
później idziemy spać w hotelach bezdomnych rozrzucając kawałki szkieł
z wypisanymi tytułami wierszy – jedynie w dali pojękują kotki
a bełciarze torturują ławki na skwerze winem As
Wiem na pewno tak chadzają duchy na katharsis zawodzą psimi
pyskami gdy w krzakach parzą się deptacze szczając po łydkach
ze szczęścia jak nowonarodzone dzieci słońca


Jaskółka  

zawsze w niskim locie
a później wiadomość
jakby z piekieł czarna
czasem skwarząca

jaskółka uwolniona
z zdźbłem tytanu w oczach
z zdźbłem błota w dziobie
niesie dzienna wiadomość na 
swój dom w oborze
później na strych

czasem spada
w serce w środek kołdry łąki
a ziemia – czarna jaskółka
jak sztylet z rękojeścią
mocną z niej zaraz
wydobędzie się krzyk 

A później jest deszcz i
biel skrzydlona i NIE
ma jaskółki byłaby żeby
czarna jak była czasem
zostaje gniazdo u sufitu
szczebioty żółtodziobów
do późnej nocy


Zbadacze

byli i wciąż pokutują za innych
pochyleni nad garnkiem Ziemi
nad dzbanami nieba i furta księżyca z
okiem trzecim albo jednym wielkim
jak cyklopy z wystającymi ponad
głowami w wykopaliskach grobach
jak niewierni apostołowie
prawdy i prapoczątku od stołu
odegnani wysłani jak mrówki przez Boga
aby zbawiali słodki świat posłani
jak ongiś świadkowie naoczni
– – – – – – – – – –
i wciąż krwawią ich usta
jakby na wysypiskach Oni
już wiedzą skąd jesteś kim byłeś
badają czubek igły i ucho pustyni
przez które powinno przejść ziarnko
piasku i nie piasku ale i wielbłąd
dotykają wiercą dziury w dziurach
dna czaszki szukają i robią krzyżyk
wreszcie znajdują gwóźdź czwarty
pokazując go publicznie jak słonecznej dłoni
liczą stygmaty podskakując na nóżkach 
cyrklowych choć w jamach zakopani
pod powiekami mijają się w krótkich
spodenkach w kratkę
jakby mieli przełknąć kosmologię
i zrozumieć mowę kamienia i nóż 
jakby chcieli odgadnąć kształt obły
miseczki znalezionej przypadkiem
i kolor najważniejszy wydobyć
męcząc kont prosty i ostry
żeby oznaczyć szlaki znakami
wszelkie cuda świata o Nich
wiedzą że nie ustaną aż zboczą
żeby na chwilkę otworzyć drzwi lasu 


Koń

to taki duży potulny anioł
zamknięty w kopalni marmuru
biało śnieżny muskuł Herkulesa
już krąży wewnątrz skał splotem żył
odczytuje napisy z Herodota
Gdzieś w Jerozolimie
widzi ją jako pannę młodą
przyobleczoną w kwiaty

i weźmie rzeźbiarz dłuto i młot
które poprowadzi wzrok do drzwi
świetlne lata popłyną pod palcami
i stanie tutaj koń Gabriel?
Całym sobą nawiedzeniem
całym snem niebios na pewno
Ktoś do Testamentu dopisze
bodaj kilka słów
 i zaniesie się płaczem
To Dusza kobiety będzie obecna
i stanie się wiadomością Milos
– – – – – – – – – – – – – – –
będzie czekać nad zatoką
aż  pobiegnie brzegiem koń
i stanie nad kobietą
pełen miłości
biały koń


zrozumienie  języka

i nie wiedzieć czemu
uratowałem figurkę kupioną
kiedyś na bazarze w Meksyku

w dali krajobraz Wieża Babel?
utopiony w ogniu same drabiny
płomień dostaje się już do serc
– czerwona noc jak Tarappeteska
tyle światła i nieproszonego dymu
a ja z figurką boska w rękach
przytuloną do piersi Jezuskiem
spoglądam w żar języków
w głębokie gardło ognia

Nagle zatrzeszczał słup snu
przetarłem oczy trzymając
tę kruchą jedyną pamięć matki
przy sobie zimną jak nagłość
– – – – – – – – – – – – – – – – – –
Wokół biegające świecące postaci
jak w byłym karnawale solidarności
słupy belki pożaru czy anioły?
– Widzę teraz już zawsze
Na białym trawniku obok mnie Ewa
sąsiad Adam ratuje poparzoną Lillit
właśnie powiła strachem jego dziecko
Coś szepcesz mi do ucha TERAZ
to moja muza umorusana Pazyfae?
 – Jakieś światło znów pytanie płacz?
jakie światło do siebie teraz weźmiesz?
– przytulisz – KIEDY? do wstającego dnia
język z ognia jest piekielny jak ludzki
do Kogo Teraz należeć będzie


Woda

woda nosi pamięć
połóż się spać z wodą
tyś ciężki otoczak jej pamięć
obejmie twą obłość
poniesie ja w zatokę być może
uwięzi w piasku kłującym
to tamtędy brzegiem biegł biały koń
Perseusz już pokonał Meduzę
woda nosi do dziś Jego pamięć
młody jesteś zawsze w starej pamięci

w wodzie leży nóż
nie podnoś go – to lustro wiruje
pod kamieniem bezkształtnym
leży złoty talar a perła pokazuje gdzieś
woda nosi zmywa i topi muzykę
fruwającej ryby sen Johna Lenona
woda zbiera pamięć w zawiniątko 
spójrz jesteś z Myken
wpada z cieśniny pragnieniem

póki co w wodzie jesteś młody
krążysz w starych kolumnach czasu
łowisz nad lustrem a woda przesłuchuje
twarze wielkich i malućkich zbrodniarzy
woda w Guanta Namo ujawniła
niemożliwe  – nie można się uwolnić
jej pamięcią to cierpienie ciągłe
namnaża się czasem wie z kim przybrać

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko