Janusz Termer – Przypomnienia – Władca much Williama Goldinga – jak rodzi się zniewolenie

0
38

  Samo „niewinne” słówko zniewolenie ma zakres semantyczny ogromnie szeroki. Obejmuje bowiem wielkie terytorialnie, przestrzennie i czasowo, dziedziny życia ludzkiego’ Od całkowicie  prywatnego  i osobistego, po złożone formy społecznej organizacji i hierarchii. Zauważmy, że występuje ono w języku w dwu głównych, nie całkowicie jedmak oczywistych, jednorodnych znaczeniach, bo niby wykluczających się, ale i zarazem dopełniających! Według Słownika Języka Polskiego PWN (wyd. VII, 1992), „zniewalać”, to po pierwsze zjednać, ująć sobie kogoś, pozyskać czyjąś sympatię, przychylność, a po drugie zmusić, skłonić kogoś do czegoś. Jest to rzeczywiście zatem pojęcie pojemne, nieco nawet labilne, wykraczające poza znane obiegowe konwencjonalne formy bo obejmujące semantycznie zarówno formy zwykłej zależności oraz opresyjne nawet stany panowania jakiejś np. władzy (przewagi) psychologicznej, rodzinnej, obyczajowej (w tym i seksualnej), ekonomicznej czy stricte politycznej, łącznie z przejawami ekstremalnymi  związanymi z rozmaitymi sposobami codziennego funkcjonowania i życia ludzi, jak i konkretnej organizacji życia zbiorowego, w tym państwowego, nie tylko zresztą w otwarcie  autokratycznym ustroju. Terminu tego używam tutaj w znaczeniu bliskim stosowanemu przez Czesława Miłosza w Zniewolonym umyśle (1953).
 

    W każdym czasie historycznym i miejscu, od najdawniejszej starożytności po najbliższą nam teraźniejszość, rodzić się może, rozwijać, dojrzewać, obumierać i na nowo odradzać ów stan tak zwanego „zniewolenia”. Przybierający najróżniejsze formy poddańczej zależności człowieka od człowieka, grupy społecznej od innej mniejszej lub większej zbiorowości  – bardziej lub mniej trwałej. Na przykład rówieśniczej, jak i każdej innej szerszej organizacji życia społecznego (rodzinnego lub/i państwowego).

    Literackich opisów rodzenia się, powstawania, zmienności kształtów i obumierania (upadku) bardziej lub mniej znaczeniowo wyrafinowanych  form zniewolenia mamy bardzo wiele. Od tych bezpośrednich, często pokrywanych frazeologią odwróconych znaczeń rodem z George Orwella, po zręcznie językowo skrywane i maskowane formy zniewolenia poprzez między innymi psychologiczny szantaż emocjonalny lub ideologiczny. A tak po prawdzie, to składa się z nich znaczna część światowej historii literatury, szczególnie prozy nowoczesnej, społeczno-obyczajowej odmiany powieści. Literatury zwanej „piękną”, nie tylko anglosaskiej przecież, gdzie się przecież narodziła na dobre w oświeceniowym duchu w XVII XVII w.

    Jednym ze znamiennych współczesnych jej kontynuacji, przejawów, przykładów i jednocześnie ostrych  polemicznych nawiązań może tutaj być dobrze znana, powstała w połowie XX-w. powieść Williama Goldinga Władca much, o której będzie niżej mowa.Zacząć jednak trzeba od krótkiej bodaj prezentacji doświadczeń życiowych, tak ważnych dla twórczości i poglądów życiowych, dorobku i sylwetki jej autora należącego do dość elitarnego grona znanych w świecie prozaików, których twórczość przekracza granice literackich stylów –  tzw. niegdyś „wysokiego” i „niskiego”, czyli pisarstwa artystycznie wyrafinowanego i popularnego zarazem…

    William Golding urodził się w 1911 roku w St. Columb Minor, zmarł  w 1993 w Falmouth.  Prozaik i eseista angielski. Absolwent uniwersytetu w Oxfordzie. W latach drugiej wojny światowej służył w brytyjskiej marynarce królewskiej, uczestniczył w wielu konwojach morskich i słynnych bitwach, m. in. podczas lądowania wojsk alianckich na plażach Normandii w 1944. Po wojnie był nauczycielem w college’u Bishop Wordsworth School, mało uczestniczył bezpośrednio w życiu artystyczno-towarzyskim środowisk literackich w Wielkiej Brytanii. Laureat Nagrody Nobla (1983). Sławę i niezależność materialną przyniosła mu już debiutancka powieść Władca much, 1954 (wyd. pol. 1967). Wydał ponadto m. in. powieści: Spadkobiercy, 1955 (wyd. pol. 1988), Pincher Martin, 1956, Chytrus, 1956 (wyd. pol. 1995), Wieża, 1964 (wyd. pol. 1966), Widzialna ciemność, 1979 (wyd. pol. 1986), Papierowi ludzie, 1984 (wyd. pol. 1988), Rytuały morza, 1980 (wyd. pol. 1994); opowiadania Bóg Skorpion, 1971 (wyd. pol. 1988); zbiory szkiców literackich The Hot Gates, 1965, A Moving Target, 1992, Dwoisty język, 1995 (wyd. pol. 1997).

    William Golding słusznie zaliczany jest do  znamiennego i znaczącego literacko grona twórców alegorycznych i gorzko ironicznych filozoficzno-metaforycznych przypowiastek prozatorskich poświęconych rodzącym się w XX stuleciu problemom erozji i degradacji tradycyjnych wartości humanistycznych w warunkach współczesnej stechnicyzowanej cywilizacji. Pisarz ten  akcję swych utworów umieszczał często w czasie i miejscach odległych, pozornie tylko, od otaczających go realiów życia. We Władcy much (Lord of the Flies, tłum. Władysław Niepokólczycki), pierwszym i jednym z najbardziej znanych swych utworów, autor z rozmachem nawiązuje do bogatych i zróżnicowanych zasobów literackiego szafażu i form narracyjnych anglosaskiej młodzieżowej powieści przygodowej kilku stuleci. Ta jego powieść jest swoistą swobodną i dyskretnie ironiczną trawestacją XIX-wiecznej młodzieżowej opowieści R.M. Ballantyne’a The Coral Island). Powstaje w efekcie quasi opowieść z gatunku fantastyki naukowej, odwołującej się pozornie do jej dobrze utartych szlaków, tradycyjnych i konwencjonalnych chwytów narracyjnych, mówiąca jednak – w swych istotnych wymiarach – całkiem serio o wielu rozmaitych, wpisanych w nie podskórnie sprawach współczesnej cywilizacji, kryjących się za nimi  problemach filozoficznych, obyczajo-społecznych, psychologicznych – i wszelkich innych uwarunkowaniach ludzkiej egzystencji…

     Utwór ten w zasadniczej swej warstwie znaczeniowej poczęty jest przede wszystkim  z ducha nowoczesnej XX-wiecznej literackiej formy tzw. antyutopii. Williama Goldinga, jak wielu innych pisarzy tego czasu cechuje, jak wiadomo, brak wiary w uszlachetniające człowieka postępy nauki i same zalety rozwoju cywilizacyjnego. Autor Władcy much próbuje dokonać w tej powieści symbolicznej i metaforycznej analizy mechanizmów powstawania, „naturalnego” rodzenia się różnych przejawów rodzajów międzyludzkiego zniewolenia. Czyli podporządkowywania sobie owych „ludzkich” jednostek przez inne jednostki. Mówi o warunkach tworzenia się mechanizmów sprzyjających panowaniu i dominacji jako sytuacji rodzenia się immanentnego Zła w tych będących dopiero in statu nascendi stosunkach międzyludzkich – wszak etymologia oryginalnego tytułu jego powieści  nieprzypadkowo pochodzi od angielskiego imienia samego diabła nad diabłami – Belzebuba!

    Wszystkie te złożonej natury problemy i procesy ewokuje autor na podstawie prostych w gruncie rzeczy i dobrze w literaturze znanych i umocowanych w świadomości czytelników narracyjnych opisach i przykładach. Formach opowieści znanych nam z literackich dzieł jego poprzedników, opowieściom o losach i burzliwych przygodach grupy młodych chłopców, aktywnych i ambitnych jednostkach, mających już wkrótce stać się podporami swojego racjonalnego angielskiego społeczeństwa (jednym z tych odległych wzorców jest tu słynna Wyspa skarbów Roberta Louisa Stevensona). Bezpośrednia akcja fabularna Władcy much koncentruje się wokół dramatycznej i poruszającej wyobraźnię każdego wrażliwego czytelnika historii z życia uczniów ewakuowanych z ojczystego kraju podczas zaczynającej się właśnie wojny nuklearnej. Oto w wyniku awarii samolotu lądują na odciętej od cywilizacji bezludnej wyspie gdzieś na bezkresnym Oceanie. Zmuszeni do zorganizowania sobie życia na nowo sięgają po wzory do znanego im społeczeństwa dorosłych. Tworzą nową małą społeczność, podzieloną jednak od razu na dwa obozy: tych uważających się za „dobrych i szlachetnych” oraz tych „złych i podłych dzikusów”. I jak w świecie dorosłych pojawia się też od razu tendencja do rywalizacji, dominacji jednostek silniejszych nad słabszymi, do podporządkowania sobie i zniewolenia tych i mniej praktycznie zaradnych przez silniejszych i bezwzględnych spryciarzy. Prowadzi to oczywiście do nieuchronnych starć, konfliktów oraz narastających dramatów rozczarowań czy demonstracyjnych upokorzeń jednych przez innych. William Golding nie wierzy już, jak jego wielcy Oświeceniowi poprzednicy i koledzy, w możliwość tzw. utopii pozytywnej, jaką próbowali tworzyć  np. Francis Bacon w Nowej Atlantydzie, Thomas Morus w Utopii, Daniel Defoe w Robinsonie Crusoe czy nawet Jonathan Swift w niektórych partiach swych tam mocno już podszytych sceptycyzmem Podróżach Guliwera.

     Pisano bardzo często na marginesie Władca much, że to w gruncie rzeczy przerażająca powieść o nas, o ludzkiej naturze. Ukazuje bowiem Golding jak już młody człowiek mało potrzebuje by utracić ludzkie odruchy i stać się żądnymi krwi i przemocy dzikusem pragnącym zniewolići podporządkować sobie swoich rówieśników. Za najbardziej przerażające uznano to, że bohaterami tej powieści są dzieci. Małe, niewinne, czyste, „dobre dzieci”. Pisarz polemizuje tu ostro z mitami i przekonaniami tworzonymi przez literaturę sentymentalnych „nieśmiertelnych” czytanek dla dzieci i młodzieży. Dzieci rzucone na bezludną wyspę, przywódcy obu skonfliktowanych grup – Ralf i Jack  – próbują stworzyć coś na kształt wspólnoty społecznej. Ale wymyka im się to spod kontroli i ostatecznie prowadzi do katastrofy. Do głosu dochodzą, jak podkreślano często owe pierwotne lęki i strachy, zwyczajny głód, tęsknota za rodzinnym domem, strach przed brakiem ratunku. Ale to, co najgorsze i w życiu społeczeństw „dorosłych” – nieustająca walka o dominację, władzę, o pożywienie i biologiczne przetrwanie – doprowadza chłopców do obłędu, utraty poczucia rozsądku i wpajanej im kiedyś w domu i szkole wiary w szczytne ideały człowieczeństwa; przekształca ich w bezlitosnych „barbarzyńców”, nie znających litości i potrzeby zrozumienia innych…

  
     William Golding „odziera” w tej powieści z szat niewinności nie tylko dzieci, rozbija bowiem także niejako „przy okazji” mit o dobrej naturze człowieka. pokazuje upadek owych wielkich humanistycznych ideałów „człowieczeństwa” – nawiązując metaforycznie do problemów tak dobrze znanych z realiów zwłaszcza tego naszego, tak okrutnego XX wieku! Ba, pisarz ten zdaje się sugerować, że i po tym wszystkim, czyli obu wojnach światowych i totalitaryzmach tego stulecia, stalinizmie i faszyzmie, i potem w sytuacji powojennych  wybuchów nowych licznych „ukrytych” wojen, trwałej niemalejącej i dziś tendencji do prześladowań politycznych czy pojawiających się tendencji do kamienno-lodowych nieoczekiwanych wybuchów starć i okrucieństw, zbrodni, walk nie tylko  o surowce, ale dominację nad „innymi” („piekło to inni” – głosił wtedy modny  egzystencjalista Jean-Paul Sartre). I, że być może  zło jest immanentnie wpisane w naturę człowieka przez owego diabolicznego „władcę much”?

    W powieści Goldinga widziano też i inną problematykę. Na przykład polski antropolog kultury Wojciech Burszta, widział w tym kontekście metaforę znanego ludzkim społeczeństwom od wieków „rytuału przejścia”, końca „wieku dziecięcego”, czyi przechodzenia w dorosłość za pomocą tak zwanego procesu inicjacji, jako jednym z przykładów i przejawów owego odwiecznego procesu „zniewolenia jednostki”. Zniewolenia i dominacji czasami tylko symbolicznej, znanej dobrze z różnych systemów kulturowych i wszystkich stron świata. Czasowe wyłączenie z życia wspólnoty młodych ludzi było, jego zdaniem, sposobem kanalizowania zniewalającej młodzież przemocy jako wskazywania na jej sens – pewnej już tylko właśnie symbolicznej formy doświadczenia – poprzez zadawanie cierpień czy okresy odosobnienia – co znaczyło osiągnięcie przez nich w oczach wspólnoty wyższego „stanu rozwoju”. To prawda, lecz moim zdaniem zubożająca mocno zawartość myślową Władcy much.

     William Golding, jak zresztą tuż przed nim między innymi starszy od niego o pokolenie znany w świecie prozaik angielski Aldous Huxley nie wierzy już w istnienie społecznych  „wysp”, gdzie można by próbować zbudować “nowe wspaniałe światy”. Powieść Goldinga ma być może bardziej jeszcze ostrą i pesymistyczną wymowę. Sam autor zresztą, który przeżył piekło drugiej wojny światowej, zdaje się nie mieć już żadnych złudzeń co do przyszłości człowieka i jego “dobrej” natury. Choć w jego utworze chłopcy będą ocaleni; po licznych dramatycznych przeżyciach i wydarzeniach na wyspie, odnajduje bowiem i zabiera ich na swój pokład krążownik brytyjski. Jeden z nich, Ralf, patrzy na koniec ze smutkiem na oficera z krążownika: “Na chwilę stanął mu przed oczami przelotny obraz dziwnego czaru, który kiedyś opromieniał plażę. Ale teraz wyspa jest spalona, martwa… Simon nie żyje, a Jack… Z oczu płynęły mu łzy. Po raz pierwszy na tej wyspie rozpłakał się, a wielkie spazmy żalu aż go skręcały. Na płonących gruzach wyspy, pod czarną chmurą dymu, rozlegało się jego buczenie; zarażeni tym uczuciem inni malcy zaczęli też się trząść i łkać. A pośród nich brudny, ze skołtunioną głową i zasmarkanym nosem Ralf płakał nad kresem niewinności, ciemnotą ludzkich serc i upadkiem w przepaść szczerego, mądrego przyjaciela, zwanego Prosiaczkiem”.

     Powieść Wiliama Goldinga ukazuje społecznie i kulturowo zdeterminowane ludzkie charaktery oraz narastającą kruchość łączących ich cywilizacyjnych więzów. “Obsesyjny temat Goldinga   – pisała trafnie polska historyczna literatury angielskiej Bronisława Bałutowa – został tu ujęty w sposób subtelny i przejmujący, a jego pozycja w powieści angielskiej jest wyjątkowa. Ogólne uznanie i poczytność jaką cieszą się jego powieści dowodzą, że w sposób całkowicie indywidualny, nie stosując się niewolniczo do mód i konwencji współczesnych, potrafił on odczuć istotne potrzeby swoich czasów i dać im wyraz artystyczny”. William Golding, istotnie nieufny wobec postmodernistycznych eksperymentów literackich, bliższy jest tradycji klasycznej narracji literackiej przypowieści, alegorii, czytelnego symbolu czy Wielkiej  Metafory; nie narusza też zasad realistycznego prawdopodobieństwa, a zwłaszcza prawdy wewnętrznej motywacji czynów postaci, psychologicznej zwłaszcza rekonstrukcji przeżyć powieściowych bohaterów. Stąd tak wielki nadal, przez ponad pól wieku trwający nieodmiennie rezonans Władcy much pośród ogromnej rzeszy czytelników na całym świecie, jak też i krytyków literackich, co zazwyczaj raczej rzadko, jak dobrze wiadomo, chodzi w parze.

    Dodajmy na koniec, że ten utwór adaptowany był na scenę teatralną przez słynnego i znanego z oryginalności pomysłów interpretacyjnych awangardowego reżysera Petera Brooka i zekranizowany już w 1963 roku. Potem powstało jeszcze kilka adaptacji filmowych, w 1990 (reżyser Harry Hook), a w 2017 (przymierzano się też do filmu, w którym bohaterkami byłyby dziewczynki a nie chłopcy). Wymagałoby to wszystko odrębnego omówienia, choćby z racji tej, że ich twórcy wprowadzali tu pomysły wykraczające daleko poza oryginał literacki (kto ciekawe niech ogląda). Pisano też bardzo wiele – i ciekawie – na ten temat, między innymi prof. Maria Janion i Stefan Chwin (kto ciekaw niech czyta).

J.T.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko