Krystyna Konecka – POETYCKIE ŚWIATY IRENY I WOJCIECHA WEISSÓW

1
501
Dom rodzinny Weissów w Kalwarii Zebrzydowskiej. Fot. K. Konecka
Dom rodzinny Weissów w Kalwarii Zebrzydowskiej. Fot. K. Konecka

Cała atmosfera
taka ewangelicznie czysta
tego małego domu
promieniowała dokoła
– i poczułam się tak dziwnie odświętnie,
tak inaczej niż dotychczas.

     Wiersz z podpisem autorki, Aneri Ireny Weissowej, został umieszczony na wydłużonej planszy pod powiększoną czarno-białą fotografią pięknej młodej kobiety w przydomowym ogrodzie. Plansza, jedna z wielu, również ukazujących fotografie postaci i frazy poetyckie pod nimi, to fragment ekspozycji w Sali im. Wojciecha Weissa, urządzonej przez Centrum Kultury w Kalwarii Zebrzydowskiej. W niedalekim sąsiedztwie, na wzniesieniu dotąd stoi jasny dom, który na początku XX wieku stał się własnością rodziny Weissów. Tutaj, przy rodzicach, zamieszkał wraz z poślubioną w 1908 roku młodą żoną, swoją uczennicą i obiecującą malarką – Ireną z Silberbergów, wywodzącą się z Łodzi – uznany już podówczas malarz, grafik i rysownik Wojciech Weiss z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, niebawem profesor tej uczelni, a potem – trzykrotny jej rektor.

     Dom, niewątpliwie, ale przede wszystkim – głębokie, odwzajemnione uczucie obojga stanowiło cezurę pomiędzy dotychczasowym doświadczeniem twórczym artysty, a trwającym przez długie dziesiątki lat wspólnym z żoną życiem, podróżami, wychowywaniem dwojga dzieci oraz rozwijającą się obok siebie twórczością. O tych właśnie klimatach mówi wiersz, opiewający „atmosferę… tego małego domu”, wypełnionego pracą artystyczną, muzyką i poezją.           

     Żeby powracać, nawiązywać, odnosić się do twórczości Wojciecha Weissa, jednego z najciekawszych artystów w dziejach sztuki polskiej, nazywanego „polskim Renoirem”, niepotrzebne są żadne preteksty. Podobnie jak do subtelnych kompozycji malarskich jego żony Ireny Weiss, sygnującej swoje prace anagramem imienia – Aneri. Dorobek twórczy Weissów coraz bardziej dociera do odbiorców poprzez ekspozycje, towarzyszące im znakomite katalogi – albumy oraz dzięki internetowi (który jednak nigdy nie zastąpi żywego kontaktu z oryginalnym dziełem). Znacznie mniej jest sposobności do poznawania twórczości literackiej tego niezwykłego duetu „podopiecznych Muz”, dlatego za okazję dla jej przywołania uznałam niedawne rocznice związane z obojgiem artystów. 4 maja ub. roku minęła 145 rocznica urodzin Wojciecha Weissa,  7 grudnia – 70. rocznica śmierci artysty. Natomiast w dniu 25 stycznia roku 2021 upłynęło 40 lat od odejścia Ireny Weiss, która w swoim dorobku pozostawiła liczne obrazy, rysunki, mozaiki i – wiersze.

      Ilekroć miałam sposobność spotkania z pracami Wojciecha Weissa i Aneri (że wspomnę o monograficznych ekspozycjach w Suwałkach czy zbiorowych w Sopocie, o pracach zachowanych w rodzinnej kolekcji krakowskiej czy w Sali im. Wojciecha Weissa Centrum Kultury w Kalwarii Zebrzydowskiej), odbierałam je jako zaproszenie do podejmowania dialogu z zamkniętą na płótnie dramaturgią. Są koneserzy wyłącznie wcześniejszego okresu twórczości Wojciecha Weissa, prac powstających pod wpływem Edvarda Muncha, ekspresyjno-symbolicznych, cechujących się szczególną, niepokojącą dynamiką. Doceniając ten okres, skłaniam się na równi ku kolejnym latom rozwoju artysty, kiedy – już w partnerstwie z żoną – odkrywał sens życia i twórczości w pozornej monotonii egzystencji.       

     Nie mamy wątpliwości, kiedy powstały najpierwsze dzieła malarskie Wojciecha Weissa. Kiedy późniejsza żona artysty, Aneri, stworzyła pierwsze rysunki, pierwsze szkice (bo jeszcze w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych, zanim via Monachium odnalazła swoją twórczą i życiową przystań w Krakowie i Kalwarii Zebrzydowskiej). Dokładną wiedzę o życiu i twórczości obojga zawdzięczamy przede wszystkim rzetelnym i wnikliwym opracowaniom wnuczek malarzy: Renacie Weiss oraz Zofii Weiss-Nowina Konopka, która od piętnastu lat kieruje, założoną przez rodzinę  Fundacją Muzeum Wojciecha Weissa w Krakowie.

     Nie wiemy natomiast, kiedy zostały podjęte przez artystów pierwsze próby poetyckie, które z czasem przerodziły się w dojrzałą poezję, towarzyszącą nieodmiennie pracy przy sztalugach. „Malarstwo Ireny i Wojciecha Weissów zanurzone jest w poezji – pisze we wstępie do książki poetyckiej „Szklana kula” (autorstwa K.K.) Zofia Weiss-Nowina Konopka. – Refleksja poetycka wpisana była w dzieło obojga artystów przez wszystkie lata ich  twórczości. Malarstwo, muzyka i poezja, nierozerwalne pokrewieństwo sztuk budowało pełnię tego niezwykłego œuvre”. Nie wydano dotąd książki z poezją Wojciecha Weissa i Ireny Weiss: zanim ten moment nastąpi (a niewątpliwie nastąpi) warto zajrzeć do wspaniale opracowanych i zredagowanych katalogów wystawowych – albumów ukazujących zarówno dzieła malarskie obojga artystów, jak również ich poezję. Już z samych zacytowanych tutaj strof i fraz kształtuje się tom poetycki, który – nawet bez niezbywalnych ilustracji – mógłby w wyrazisty sposób ukazać rozwój drogi twórczej Wojciecha Weisa i jego żony oraz (równorzędnie pojmowanych w ich życiu) emocji, prywatności, uczuć…Być może błędne to przypuszczenie, ale wydaje się dość racjonalne, że okres zwierzeń lirycznych Wojciecha Weissa mógł stać się najbardziej wyrazisty wtedy, gdy już oboje, z żoną rozpoczęli wspólne, pełne miłości i porozumienia życie w arkadyjskim otoczeniu domu w Kalwarii Zebrzydowskiej. I już poezja go nie opuściła, i tworzył ją w dialogu z obecną obok, malującą obok Aneri.

     Zatrzymajmy się na moment w czasie równoległym, uniwersalnym, stanowiącym tło dla intymnego świata każdego z artystów, czerpiących w sposób świadomy lub bezwiedny z bogatej oferty dokonań twórczych innych. We Francji odbierał honory pisarz, teoretyk naturalizmu Emil Zola, twórca definicji sztuki jako „…wycinka rzeczywistości widzianego przez temperament artysty” (nie jest jasne, czy brał pod uwagę warunki zewnętrzne, mogące ów temperament prowadzić w jakimś innym kierunku). W Warszawie u progu odzyskania niepodległości promują swoje dzieła, zainspirowani  wpływem poezji Leopolda Staffa, Skamandryci: Julian Tuwim, Iwaszkiewicz, Lechoń, Wierzyński i inni. Krakowian uwodzi zdumiewający uniwersalizm twórczy Stanisława Wyspiańskiego, a zaraz potem – pisarza, filozofa i malarza, Witkacego. Do tego – liryka refleksyjna Adama Asnyka, która scala elementy  stylu romantycznego z zagadnieniami filozoficznymi. To czas nowatorskich sukcesów literackich Bolesława Leśmiana. To „Hymny” Kasprowicza, opublikowane tuż po odzyskaniu niepodległości. To także kontrowersyjna dla większości podówczas twórczość Zofii Nałkowskiej (nieco tylko starszej od Aneri), która w swojej „Nocy podniebnej” głosiła: „Za zadanie wzięłam sobie obalić ten przesąd, że kobieta, co skończyła uniwersytet, przestaje być kobietą” (czy w ślad za takimi teoriami Wojciech Weiss, pierwszy po odzyskaniu niepodległości rektor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych otwiera drogę do studiów kobietom?). To, irytująca niektórych, odważna liryka Lilki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej…   Z kogo czerpał najbardziej dla swojej poezji Wojciech Weiss? A Irena Weiss? A może żadne zapożyczenia nie były potrzebne? Tak jak w malarstwie, które odnalazło się w inspirującym otoczeniu, jedynym dla tych właśnie artystów?

     Twórcy przełomu wieków XIX i XX w sposób bardziej lub mniej ekspansywny wyrażali swoje poglądy na mody i wpływy artystyczne okresu dekadencji, co szczególnie zauważalne było w malarstwie europejskim i polskim, dramaturgii, poezji również. Wojciech Weiss, pobłogosławiony przez samego Jana Matejkę, wyszedłszy z krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, a potem spod skrzydeł profesora Leona Wyczółkowskiego, już doceniany przez Towarzystwo Artystów Polskich „Sztuka”, odkrywa swoje nowe możliwości twórcze podczas studiów europejskich w Paryżu, Florencji i Rzymie. Wszystkiego dotknął: impresjonizmu, ekspresjonizmu, mrocznej dekadencji. Może się mylę, a może terapeutycznym oddechem dla młodego artysty, głębokim oddechem, sygnałem nowego otwarcia był (zamieszczony w 2011 roku na łamach magazynu literacko-artystycznego NIHIL NOVI, wydawanego dotąd w Kalwarii Zebrzydowskiej) sonet Wojciecha Weissa, bez czasu powstania i bez tytułu, opatrzony gwiazdkami:

Leżę w altanie, dzień letni pogoda
Gorąco – jabłkami sad się rumieni
Gną się korony ciężarne do ziemi,
Grusz i jabłoni – Dziewczyna młoda

Maliny podaje – świeża jak woda,
Tuli się druga z oczami ciemnemi
Trzecia całuje wargami mokremi
Rozkoszy jest pełna życia uroda.

„Przedziwna słodycz” – boskie ukochanie
„Piękne oczęta” – szept cichy w altanie
Nade mną światła latają i cienie

Niebo błękitne przez zieleń prześwieca
Woń róż i jabłek, zmysły podnieca.
Malarzem jestem moje to natchnienie.

     A już wkrótce potem (być może) artysta zapisuje strofy (zawsze w wersyfikacji wolne, z występującymi w pewnych frazach rymami) podziwiające, adorujące piękno i zmienność przyrody, pod której urokiem był od początku, i pozostanie już na zawsze, niezależnie od tego, gdzie przyjdzie mu przebywać – czy w przydomowym ogrodzie, czy spoglądając na kalwaryjski pejzaż ze wzgórzem Żar, czy na placu św. Marka w Wenecji, czy nad wielokrotnie odwiedzanym Bałtykiem. Niczym dopowiadane do, już gotowego obrazu, wybrzmiewają wersy „Nocy” (także za NIHIL NOVI):

Ostrożnie idę w czarną otchłań ogrodu.
Majaczą wonią na grządkach kwiaty.
Delikatnie musnęły mą głowę
liście włoskiego orzecha.
Spojrzałem w górę.
Poprzez szczeliny liści
sypie się rosa gwiazd…

     Albo ten kolejny wiersz – „Ognisko”, frazy niczym didaskalia podpowiadające teatralne sceny na płótnie:

Gaśnie wolno światło,
stopione zmrokiem toną pola, drzewa.
Na szafranowym niebie błyszczy
pas długi słońcem rozżarzonej chmury.
Jakby spadł z nieba rąbek ognistej żagwi.

Tli się, pryska wesoło ognisko pastusze.
Snują się ramionami długimi welony białe.
Wloką po rozległych w mroku pogrążonych polach.
Tulą się przy ognisku w dymy owinięte
zziębłe pastuchy.

     Wszystkie trzy wiersze (i dwa jeszcze inne) redaktor naczelny, Stanisław Chyczyński, umieścił w NIHIL NOVI w numerze specjalnym: „Wojciech Weiss dzisiaj”, dla upamiętnienia poprzedniego roku –  2010, ogłoszonego Rokiem Weissa. Stąd domniemanie, przekonanie, że wiersze związane są z ukochaną Kalwarią Zebrzydowską, czego potwierdzeniem może też być artykuł „Weiss w Kalwarii” autorstwa Renaty Weiss, wnuczki artysty, a zwłaszcza to zdanie: „Motywy kalwaryjskie obecne są w jego twórczości na przestrzeni całego życia, piękno krajobrazu i uroki wsi stają się inspiracją wierszy i poetyckich  refleksji artysty”. Od tamtego czasu Wojciech Weiss, już podówczas artysta o uznanym dorobku, obdarowany łaską niespodziewanego dojrzałego uczucia, będzie wiedział: jedyne miejsce mocy, dające siłę do życia i twórczości, to najmniejsza ojczyzna, jaką jest dom. To miłość. To Stwórca. Nicość oferty dekadencji zamienił na nieustające bogactwo odkrywania emocji, cudowności natury, niepojętej a wszechobecnej tajemnicy transcendencji.

     Na pewno poezji Ireny i Wojciecha Weissów nie można traktować jako li tylko „suplementu” do malowanych obrazów, tak jak wierszy Ireny Weiss nie należy postrzegać jako uzupełnienie świata wyobraźni jej męża i mistrza. Zamieszczony w katalogu wystawowym „Piękno do mnie przyszło…” (Muzeum Pałac w Wilanowie, Muzeum Wojciecha Weissa Fundacja, 2007) fragment wiersza Aneri pt. „O świcie” mówi o tym, że to jej indywidualne widzenie świata, jej „ars poetica”:

Szukam słowa, by myśl moją
poczętą w sercu
podać w jasnej prawdzie
wschodzącego dnia.
Odłożyłam paletę.
Zabrakło mi farb.
Drzewo rozrosło się na tle nieba.
Tęcza ukazała mi piękno przemijania.

     Podobnie jak w innym, oracyjnym wierszu „Do św. Franciszka”:

Przykazaniem moim
Twoje słowa radością zrodzone
Karmisz nas
Sercem Twoim
Jak ptaki
Wznosisz na szczyty
Kołujesz modlitwą.

(…)

Błogosławione wzgórza
Na których się modlimy
Błogosławione chwile
Kiedy Cię słyszymy
Boże – Człowieku
Boże – Bracie
Boży Poeto.

     …i jak we fragmencie pięknego liryku miłosnego, poświęconego mężowi (z tego samego katalogu):

Urodzeni jesienią – wiosną kochają.

Ukochała go – on był jej wiosną.
Zanim go poznała, oddała tęsknotę
swej duszy i piękno kwiatów,
i owoców słodycz tajemną.

Na łuku barw tęczowych
Oparła swe marzenia.
Może dlatego, że była córką jesieni…

     Szczupły, poświęcony malarstwu Aneri katalog towarzyszy znacznie obszerniejszemu, o tym samym tytule, prezentującemu malarstwo Wojciecha Weissa z  tzw. białego okresu, ogarniającego lata 1905-1912. Licząca ponad 250 stron księga zawiera setki prac artysty i merytoryczne (i jakże literackie) ich omówienie autorstwa Zofii Weiss-Nowina Konopki, za sprawą której – jak podkreśla we wstępie Łukasz Kossowski – „zostało ujawnione brakujące ogniwo – pośrednie a zarazem kluczowe dla zrozumienia całości twórczości artysty – okres biały, w którym powstaje sztuka niezwykle osobista, szczera, intymna…”. Ten czas w twórczości artysty, nazwanego kiedyś „poetą codzienności”, to apoteoza rodzinnego szczęścia w miejscu dla nikogo innego niedostępnym, a którego – być może – wcześniej się nie spodziewał… Zachwyt dla natury, dla piękna przydomowej, okolicznej przyrody, dzielony od tamtych lat z ukochaną żoną, i z tamtych miejsc wyprowadzony pozostał – tak myślę – wspólną pasją obojga na zawsze. Odnajdzie się ten zachwyt zarówno w malarstwie i rysunkach podczas kilku rekonesansów artysty (także z żoną) w Wenecji. Będzie wciąż obecny na obrazach, szkicach i w wierszach oraz poetyckich refleksjach (właściwie – w prozie poetyckiej) w czasie corocznych, przedwojennych pobytów rodzinnych nad polskim morzem.
     Kolejny, przepiękny album, będący katalogiem do wystawy „Serenissima Wojciecha Weissa” (zawierającym też prezentację prac Aneri „Krajobrazy Wenecji 1913” oraz wzruszający wybór „Listów Wojciecha Weissa do żony”) to „rejestr” twórczej aktywności artysty: obrazy, szkice, rysunki oraz liczne fotografie z pięknych, niedostępnych wtedy dla większości miejsc i niezwykłej architektury – bo przecież ta, wschodząca wtedy dziedzina twórczego posługiwania się techniką, również należała do jego pasji. Tę wielowymiarową artystyczną wędrówkę zamyka fragment wiersza Wojciecha Weissa pt. „Wenecja”, zachowany w rękopisie, i w jeszcze skromniejszym fragmencie tu przywołany:

…Na gwiazdach złotych rozłożył się
Lew skrzydlaty.
Rozgorzały mozaiki.
Światło zachodzącego słońca spływa z mozaik,
z baniastych kopuł tryskających krzyżami,
spływa z Campanilli,
ześlizgnęło się ze złotych skrzydeł anioła.
Zagasł ostatni promień…

Zagrzmiały dzwony na Anioł Pański.
Cicho wlewa się noc…

     Słońce i jego „towarzyszenie” sztuce Wojciecha Weissa odnajdziemy nie tylko w jego licznych obrazach – począwszy od, pełnego ekspresji „Promiennego zachodu słońca”, który to obraz odbieram jako wielowymiarową muzykę, po dialog z nim i z żywiołem wody podczas rodzinnych wakacji w Jastrzębiej Górze. Wyjątkowo bogato tekstami poetyckimi artysty, które powstawały podczas przedwojennych wakacji rodzinnych w Jastrzębiej Górze, został zilustrowany katalog wystawowy z roku 2009 (wydany przez Regionalne Centrum Kultury w Kołobrzegu) z poetyckim tytułem, zaczerpniętym z metaforyki Wojciecha Weissa: „Morze bez końca, niebo bez końca…”. Wcześniejszy swój zachwyt dla bezkresnej, pełnej życia przestrzeni wody z pobytów na wybrzeżu Francji i w Wenecji przełożył artysta na opiewanie, apoteozę bałtyckiego „spektaklu barwy morza, nieba i wiatru” – jak ten czas twórczości zdefiniował Łukasz Kossowski. Z rękopisów, wciąż – z rękopisów, taki oto metaforyczny obrazek, malowany słowem:

Widzę z zachodu na wschód olbrzymią
wodną pustynię
Część morza nawiana we mgle
Od zachodu jakby sieć rozwieszona
wiatrem kołysana
Biały sznur na końcu sieci przy brzegu
Faluje
z zachodu na wschód.

    To z roku 1936. W następnym – inny obraz:

…W dole głęboki jar, zamknięty
sylwetą urwanego
zbocza, oślepiająco połyskują
do brzegu zwijające się fale.
Z blask słońca mam
zmrużone oczy, odwróciłem się – idę,
jak pieszczoty kochanki
tuli się do mnie poranek.

     Wyobraźnia tego malarza – poety sprowadza się do nieustannie przetwarzanych wariantów obrazowania związanych z naturą, i jej wciąż na nowo odkrywanym, esencjonalnym bogactwem, dającym wciąż nowe bodźce do rejestrowania ich w poetyckich frazach. Te frazy – dzisiaj, w dobie epatowania estetyką często nie do przyjęcia – nadal wzruszają, wręcz budzą żal z przyczyny niemożności doświadczania tego intymnego świata, nie do przywrócenia. Jak i to zwierzenie artysty:

Obraz tak powinien mówić – patrz, tak kocham.
Rozkosz malowania to rozkosz realizowania swej miłości.

     Dlatego warto poezję – i Wojciecha Weissa, i Aneri – wydobyć, niczym grudki bursztynu ukryte na dnie morza, pokazać wrażliwym czytelnikom. Jeszcze tacy bywają…

Krystyna Konecka

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Właśnie udało mi się sprowadzić książkę, o której istnieniu (co niewybaczalne) dowiedziałam się zbyt późno. To opracowanie autorstwa Anety Grodeckiej pt. “Wiersze znad palety. Twórczość poetycka artystów polskich XIX i XX wieku” (wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk, 2020). Wśród szerokiego grona malarzy, którzy wyrażali siebie także poprzez mowę wiązaną, autorka zaprezentowała również wiersze-szkice Wojciecha Weissa. Dzięki badawczej wnikliwości dotarła do jego szkicownika artystycznego oraz cyklu wierszy “Pejzaże”, zamieszczonych na łamach “Wiadomości Literackich” (1935). Zainteresowanych Czytelników odsyłam do tej unikalnej pozycji.
    Krystyna Konecka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko